W niedzielę zakończyła się kolejna odsłona OFF Festival. I chociaż jechałam do Katowic z poczuciem, że zeszłorocznego line-upu nic nie pobije, jak zwykle wróciłam zachwycona i muzycznie zainspirowana.
Co roku nie brakuje krytyki, że odgrzewane kotlety, że organizacja mogłaby być lepsza, że nagłośnienie, że ciepło, że kolejki... Nie da się jednak ukryć, że OFF Festival jest jednym z najciekawszych muzycznych wydarzeń w naszym kraju dla fanów alternatywnej muzyki – i co najważniejsze z propozycjami i dla wielbicieli/wielbicielek eksperymentalnego jazzu, i rocka, metalu, elektroniki.
Jednym z najważniejszych i najpiękniejszych koncertów w tym roku był z pewnością występ legendy shoegaze,
Slowdive. Angielski zespół zabrał nas w piękną muzyczną podróż, która jak dla mnie mogłaby się nie kończyć. Przyznam też, że chyba nigdy nie słyszałam na żywo tak pięknych gitar.
Niedzielnie zagrał też inny angielski zespół, na którego występ czekałam chyba najbardziej –
65daysofstatic. Trochę ciężko mi zrozumieć dlaczego panowie z Sheffield grali w tym samym czasie co Belle & Sebastian (co niestety widać w muzycznych serwisach – większość dziennikarzy pomija występ 65daysofstatic w recenzjach) i do tego na małej scenie namiotowej Trójki (gdzie ledwo się mieścili), ale fani i fanki dopisali i niesamowicie żywiołowo reagowali na zespół (czym panowie wydawali się wręcz zawstydzeni).
Kilka słów o samym zespole: 65daysofstatic doskonale łączy moje dwie wielkie muzyczne słabości: post-rock i elektronikę. W ostatnich latach panowie coraz bardziej eksperymentowali: melodyjne gitarowe instrumentale ubarwiali elementami dance, techno, czy nawet drummowymi bitami. Na żywo brzmi to wybornie i widać, co sami podkreślają, że scena to ich żywioł. Wspaniały koncert!
Ostatniego dnia festiwalu zagrał też sam dyrektor artystyczny festiwalu, czyli
Artur Rojek. Nie da się ukryć, że artysta zaszalał: było confetti, był chórek składający się z dzieci i seniorów podczas "Beksy". I były tłumy! Jedno trzeba przyznać:
"Składam się z ciągłych powtórzeń" brzmi na żywo dużo lepiej niż na płycie.
Po gitarowej pięknej ścianie dźwięku Slowdive, nadszedł prawdziwy koniec świata i kolejna ściana – ale tym razem elektroniczna. Niesamowity (oszczędny wizualnie) występ dał duet
Fuck Buttons. Ciężkie i hałaśliwe brzmienia panów z Bristolu były ucztą dla zmysłów, cierpieniem dla uszu i radością dla członków, które same chodziły i skakały.