Wczoraj w "Dzienniku Polskim" ukazał się wywiad z Janem Dudą — przewodniczącym Sejmiku małopolskiego. Opowiedział w nim między innymi o tym, czy uważa, że małopolska rzeczywiście straci fundusze od UE, oraz jaki był kontekst przyjęcia uchwały "anty-LGBT".
Naprawdę, trudno w tej deklaracji znaleźć jakieś przejawy ksenofobii czy dyskryminacji. My jako radni niczego nie zabraniamy, ale z Komisji Europejskiej dochodzą do nas sygnały, że mamy obowiązek promowania różnorodności preferencji seksualnych. Oznacza to zmuszanie nas do promowania neomarskistowskiej ideologii gender, którą uważamy za społecznie szkodliwą. I mamy do tego prawo. Uchwała jasno przedstawia niezgodę na określone działania, a nie jest atakiem na ludzi! Społeczność LGBT szanujemy, nie mamy problemów z tolerancją. Czym innym jest jednak prawo do oceny konkretnych działań.Zapytany, o jakie konkretne działania chodziło, odpowiedział:
Kontekst był taki, że grupy zradykalizowanych lewicowców atakowały świątynie, malowały sprayem hasła po murach kościołów, bezkarnie obrażały nasze uczucia religijne.Co ciekawe, protesty "Strajku Kobiet" miały miejsce w październiku 2020 roku, czyli długo po przyjęciu uchwały.
Nie ma i nie było w Polsce jakiejkolwiek dyskryminacji prawnej ani też istotnych problemów z tolerancją w życiu społecznym. Od dwóch lat funkcjonuje wspomniana uchwała i nikt nikogo w Krakowie, jak i w całej Małopolsce nie wyklucza. Lewicowcy uprawiają nachalnie propagandę, osłabiającą instytucję rodziny. Tak, taki jest zamysł ideologów, bo wierzę, że nie protestujących.
Wtorek, 28.09.2021 Kolejne województwa rezygnują z uchwał "anty-LGBT" - lubelskie, podkarpackie, małopolskie
Piątek, 26.06.2020 Lubelskie: "Rzekome "Strefy wolne od LGBT" to kłamstwo wymyślone przez prowokatora"
Środa, 10.06.2020 Aktywiści LGBT do prezydenta Dudy: Karta Rodziny? Ok, ale Każdej!
Środa, 03.06.2020 Strefy "wolne od LGBT" bez unijnych pieniędzy?
Wtorek, 30.09.2025 Trybunał Konstytucyjny: Ochrona osób LGBT+ przed mową nienawiści narusza Konstytucję
To samo całkiem dużo osób mogłoby napisać o obecnej władzy: wszystko mam, jakoś żyje, nikt mnie nie prześladuje.
Jest też dość zabawnym popisem niewielkiej spostrzegawczości, że autor nie powiązał partyjniactwa swojej rodziny z dobrobytem.
Albo raczej, o czymś nam nie wspomina. Ja jestem z stary na takie sielanki. Wszystko ma swoją mroczną stronę. Kiedy ktoś tak koloruje swoje życie, to łatwo nabrać podejrzeń.
Łatwo każdemu, poza zakochanym w PRL Czarusiu, bezgranicznie wierzącym we wszystko, co przeczyta, zatopionym w swoich marzeniach, z dala od świata.
Dziś jest mi tylko wstyd. Historia nie zna bowiem przypadku, by heteroseksualizm, sama czysta heteroseksualność kogokolwiek wyratowała z opresji, komukolwiek zapewniła środki do życia. Cóż, byłem „obcym w obcym kraju", nie znałem nowych realiów, języka wolnego rynku... Zrozumieją mnie ci, którzy niedawno wyjechali do Anglii czy Irlandii. Są jednak wśród nich tacy, którzy znaleźli tam swoją drugą ojczyznę. Ba, swoją „prawdziwą" ojczyznę. Szczególnie wielu emigrantów-gejów cieszy się, że wreszcie uwolnili się od Polski - jakiejkolwiek Polski, bo dla nich jako gejów zawsze była piekłem, czy to przed, czy po 1989 roku.
Jestem z innej gliny. Od 19 już lat mieszkam „za granicą" i, co gorsza, wiem, że nigdy nie wrócę do ojczyzny. Wraca... tylko ta prawda z wypisów szkolnych, z wiersza, na którym niestrudzone polonistki uczyły miłości ojczyzny kilka pokoleń dzieci, nie podejrzewając, że to wiersz przyszłej noblistki:
Można nie kochać cię - i żyć, ale nie można owocować.
Marcin Krzeszowiec
Skończyły się wakacje i poszedłem uczyć w szkole. Przez jeden jedyny w życiu semestr uczyłem, naprawdę i po prostu uczyłem rosyjskiego w IV Liceum im. Stefanii Sempołowskiej w Lublinie. Od 1 marca 1989 wróciłem na uczelnię. Szkoła średnia czy wyższa, nauczycielskie, w ogóle budżetowe zarobki nie znaczyły już nic. Coraz większe nominały na banknotach, coraz grubsze ich harmonie w kieszeniach - portfela nie miałem, nie było sensu, bo nie istniał bilon, a tym bardziej karty płatnicze. Moja ojczyzna umierała w szeleście bezwartościowych banknotów.
Jednak to nie 4 czerwca 1989 jest dla mnie dniem jej śmierci, jak zawyrokowała Joanna Szczepkowska. Myślę, że dla każdego obywatela PRL kończyła się powoli, na raty, każdy w innym momencie uświadomił sobie, na mocy olśnienia, że oto właśnie coś się skończyło, coś się nieodwracalnie zmieniło. Ja, obdarzony świadomością określaną przez byt, zmianę ustroju poczułem przez kieszeń. Tę, w której nosiłem banknoty. Moja ojczyzna umarła dla mnie o północy z 31 lipca na 1 sierpnia 1989 roku. W lipcu spędziłem ostatnie, takie właściwie jeszcze studenckie wakacje, podczas których przez cały miesiąc na wszystko było mnie stać. W sierpniu za te same pieniądze mogłem wyjechać tylko na pięć dni. Przez kilka następnych lat żyłem w biedzie. Teraz ja stałem się wyklętym ludem ziemi, który wszakże wiedział, że już nie zdoła powstać.
Jestem szczęśliwy, że w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej zdążyłem, niemal „na styk", odebrać pełną, porządną i - co z dzisiejszej perspektywy chyba najważniejsze - bezpłatną edukację. Studia skończyłem w 1988 roku. Już wtedy zmierzchała era rusycystów. Rok później rosyjski zaczął być stopniowo rugowany ze szkół. Nienawiść do języka byłego okupanta miała zawładnąć narodem na najbliższe kilkanaście lat. Decydując się poprzeć dyplomem znajomość drugiego z ojczystych języków (tego stricte ojczystego, o ile polski jest macierzystym), doskonale wiedziałem, że zatrzasnę się przez to w klatce niesławnej przeszłości. A przecież, jak Celina Katelbina, „postąpiłem właściwie bardzo ładnie, poszedłem za głosem serca". Dzięki temu niejako przeminąłem razem z nią - z moją ojczyzną.
Ze zrozumiałego powodu najwdzięczniej wspominam moje polonistki. Wszystkie były niezwykłymi osobowościami. Moja profesorka z liceum włożyła mi do ręki narzędzie pracy, którym do dzisiaj zarabiam na utrzymanie. Nasze możliwości intelektualne wolała przeceniać niż ich przypadkiem nie docenić. Na lekcjach panowała atmosfera uniwersytecka. To osobna historia. „Uśmiech dzieciństwa" gości mi na twarzy, gdy wspomnę panie z podstawówki. Nie był to jeszcze czas upolityczniania lekcji. Zwłaszcza lekcji z małymi lub tylko trochę większymi dziećmi. Polonistki, choć one mogły to czynić najłatwiej, nie ujawniały swoich poglądów. Poruszały się w obrębie ministerialnych programów. Mieliśmy wspaniały dobór tekstów w podręcznikach. Szkoła wpoiła mi patriotyzm i nadzwyczajną wrażliwość na poezję. Tak, odbywały się wykpiwane dziś szkolne akademie, uroczyste apele. To z nich pozostało w pamięci mnóstwo wierszy sławiących ojczyznę.
Przekazywano uniwersalny, laicki światopogląd. Być dobrym i użytecznym dla innych uczono bez wprowadzania pojęcia Boga. W antologii dla klasy siódmej był fragment powieści Poli Gojawiczyńskiej „Krata" - scena śmierci Hanki Sawickiej na Pawiaku. Gdy pozostałe więźniarki z celi namawiały konającą do modlitwy, ta ostatkiem sił wyznała: „Ja nie wierzę. Służyłam ludziom i dla nich umieram". Znikły z ulic tabliczki z nazwiskiem Hanki Sawickiej, ale jej słowa pozostaną moim życiowym „non credo".
Gdy byłem w liceum, ta niepojęta dla mnie drôle de guerre swymi falami polizała i moje stopy: żołnierzami, a raczej partyzantami, okazała się część kolegów i koleżanek z klasy. Nie wiedziałem, o co oni walczą i dokąd zmierzają. Współczułem dyrektorowi szkoły, prywatnie frontowemu koledze mojego ojca, gdy działaczki Solidarności, formalnie jego podwładne, wywracając w 1981-1982 roku szkołę do góry nogami, publicznie, personalnie poniżały go przed młodzieżą na uświadamiających politycznie apelach. Nie brałem udziału w spotkaniach z nagle wyrosłymi jak spod ziemi prelegentami głoszącymi prawdę o Katyniu i o powstaniu warszawskim. Konsekwentnie od dzieciństwa chodziłem na pochody pierwszomajowe. Zostałem uznany za potencjalnego kablownika, element niebezpieczny. Wiadomo, syn partyjniaczki i agenta sowieckiego reżimu, mimo że ojciec nigdy nie był członkiem żadnej partii, w roli rusycysty przymusowo obsadziły go stalinowskie władze oświatowe, które poszukiwały kadry nauczycielskiej wśród przesiedleńców ze Związku Radzieckiego, a cała partyjna kariera matki, byłej uczennicy ojca, która wyszła za niego li tylko z naiwnej miłości egzaltowanej maturzystki do młodego profesora, doprowadziła ją zaledwie do nic nie znaczącego stanowiska protokolantki w zakładowej POP.
Wszystkim rówieśnikom, którzy do śmierci nie darują Jaruzelskiemu, że 13 grudnia 1981 nie było „Teleranka", chcę przypomnieć, że tamtego feralnego dnia około godziny 13.00 telewizja nadała dla dzieci (jakimi oni w swym sposobie myślenia do dziś pozostają) przedstawienie lalkowe Macieja Wojtyszki „Trzynaste piórko Eufemii".
Mimo tych przedmaturalnych zgrzytów mogę uznać, że w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej odebrałem wspaniałą edukację. Moja szkoła podstawowa była jedną z kilkunastu szkół w kraju objętych w latach 70. specjalnym programem ministerialnym, realizowano w niej różne eksperymenty dydaktyczne. Szkoła zatrudniała znakomite, starannie wyselekcjonowane grono pedagogiczne. Moje liceum, gdy byłem jego uczniem, znajdowało się w ostatnich latach świetności, tej jeszcze przedwojennej, mierzonej życiem najstarszych członków kadry. W roku mojej matury zmarł jeden z trzech ostatnich pedagogów-weteranów, trzy lata później - mój ojciec, krótko po nim na emeryturę odszedł wspomniany dyrektor i przestała istnieć moja ojczyzna.
Marcin Krzeszowiec www.polgej.pl
wtorek, 22 lipiec 2008
Jeśli przyjąć definicję ojczyzny zawartą w „Słowniku języka polskiego": „kraj, w którym się ktoś urodził i który jest krajem jego rodaków" - moją ojczyzną, czy tego chcę czy nie, jest i na zawsze pozostanie Polska Rzeczpospolita Ludowa. Mojej ojczyzny już nie ma. Odebrano mi ją w 1989 roku. Choć nie przemieściłem się fizycznie, czuję się emigrantem, wyrzutkiem, człowiekiem bez ojczyzny. I tęsknię po niej. Lada miesiąc skończę tyle lat, ile miała ona, gdy ginęła z ręki swych własnych solidarnie jej nienawidzących obywateli. Dziś dzień jej urodzin. W tym dniu chcę o niej opowiedzieć
Mój kraj był krajem ukochanym, umiłowanym. Krajem barwnym, pelargonii i malwy, krajem węgla i stali, i sosny, i konwalii. A przecież wciąż był to ten sam kraj, gdzie kruszynę chleba podnoszono z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba. To był dom, rodzinny dom, nasza biało-czerwona, owo „tu", gdzie nie byłbyś, gdyby nie „oni", i do którego powrócisz - sławione gardłami Sośnickiej, Santor, Połomskiego, Pisarek i wielu innych artystów tamtych czasów.
W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej urodziłem się, a krótko później, jako niemowlę, zostałem do zdrowia powrócony cudem, przez doktora Korycińskiego uratowany od śmierci z uduszenia. Przyszedłem na świat w najprzeciętniejszej rodzinie, należącej do warstwy, którą wówczas nazywano „inteligencją pracującą", w odróżnieniu od tej „prawdziwej" inteligencji, spadkobierczyni arystokracji, jej majątków i mecenatów. W moim kraju spędziłem najszczęśliwsze dzieciństwo, niezmącone ani jedną troską. Jako jedyny syn marnie zarabiającego nauczyciela języka rosyjskiego i równie marnie - mimo członkostwa w PZPR - uposażonej księgowej, do samego końca PRL nie doświadczyłem zauważalnych przerw w dostawach szynki, która w tamtych latach była symbolem wszelkiego dobrobytu. Polędwicę, pieczony schab, pasztety i inne odpowiednio spreparowane zwłoki zwierzęce jadałem na co dzień, dlatego stół świąteczny różnił się dla mnie od codziennego tylko kolorem obrusu. Na święta obrus był biały i trzeba było cholernie uważać z czerwonym barszczem.
Mówię o tym dzisiaj, gdy nasłuchałem się niezrozumiałych dla mnie historii o rodzinach, które w PRL miesiącami nie widziały mięsa, o gruźlicy atakującej niedożywione dzieci. Ja osobiście nigdy nie spotkałem niedożywionych czy gruźliczych dzieci. W szkole podstawowej było trochę dzieci z rozbitych, patologicznych rodzin. Szkoła zapewniała im obiady, organizowała zbiórki ubrań, a także wypłacała niewielką pomoc materialną w gotówce. Dorastając, dzieci te zazwyczaj przechodziły do tzw. klasy uzawodowionej, kończyły podstawówkę w trybie uproszczonym i podejmowały naukę jakiegoś „praktycznego" zawodu.
Nasłuchałem się także o dorosłych, że niektórzy bardzo w PRL cierpieli. Niewymownie. Ach, jak im było źle. Czuli się jak w więzieniu. Jakby mieli kneble w ustach i kajdany na rękach i nogach. Nawet jeśli mieli szynkę i nie mieli gruźlicy, to i tak cierpieli. Chodzili na manifestacje, protestowali. Nieraz byli katowani na komisariatach lub zabijani na ulicach. Nie widziałem tego. Obok mnie, chodzącego zwyczajnie do szkoły, czytającego książki, bawiącego się w teatr i pochłoniętego enerdowską kolejką PIKO - toczyła się krwawa wojna, w której były prawdziwe ofiary, a czasami nawet padały strzały i do akcji włączały się czołgi.
Może wtedy rechot dzwońców i czytelników Darskiego znalazłby jakiś intelektualny kontrapunkt, a historia LGBT w Polsce nie byłaby nieistniejąca.
'Jeśli przyjąć definicję ojczyzny zawartą w „Słowniku języka polskiego": „kraj, w którym się ktoś urodził i który jest krajem jego rodaków" - moją ojczyzną, czy tego chcę czy nie, jest i na zawsze pozostanie Polska Rzeczpospolita Ludowa. Mojej ojczyzny już nie ma. Odebrano mi ją w 1989 roku. Choć nie przemieściłem się fizycznie, czuję się emigrantem, wyrzutkiem, człowiekiem bez ojczyzny. I tęsknię po niej. Lada miesiąc skończę tyle lat, ile miała ona, gdy ginęła z ręki swych własnych solidarnie jej nienawidzących obywateli. Dziś dzień jej urodzin. W tym dniu chcę o niej opowiedzieć'
Radzę zapoznać się z całym tym tekstem. Chyba gdzieś jeszcze egzystuje w Internecie.
Zapoznać się, i przestać pi----ć bzdury.
No chyba, że bzdury płatne od wierszówki.
BUAHAHAHAHAHAHA XD
Sorry, ale tego nie idzie wziąć na poważnie xD Biedny emigrant wewnętrzny, ojczyznę utracił xD
Zadziwiające, jakie lektury poprzez które interpretują rzeczywistość, mają dzwońce.
Co najciekawsze, to że to chyba plataniczna miłość, bo Darski najchętniej LGBT powiesił by na platanie.