Kampania Przeciw Homofobii poszukuje par jednopłciowych (obywatele i obywatelki Polski), które zawarły małżeństwo lub związek partnerski zagranicą i są zainteresowane rozpoczęciem litygacji strategicznej dotyczącej nierównego statusu par różno- i jednopłciowych w Polsce. "Dziesięć lat temu tylko 4 kraje w Unii Europejskiej pozwalały na zawieranie związków jednopłciowych. Od tamtego czasu sytuacja bardzo się zmieniła - aż 17 państw w UE daje możliwość rejestracji związku partnerskiego w jakiejś formie. To już dużo ponad połowa państw członkowskich. Z czasem możliwość zawierania związków stanie się europejskim konsensusem i Polska nie będzie miała wyjścia, jak tylko wprowadzić rejestrację związków. Aktywnie upominając się o swoje prawa możemy to przyspieszyć" – mówi w rozmowie z naszym portalem prawniczka KPH, Zofia Jabłońska.
Czym jest litygacja strategiczna? Działaniem prawnym prowadzonym w interesie publicznym z zamiarem uzyskania jak największego rozgłosu i wpływu na rozstrzygnięcie ważnej społecznej kwestii. Polega na wszczynaniu lub przystępowaniu do toczącego się postępowania, zwykle przed sądem, w celu kształtowania systemu prawnego poprzez m.in. precedensy. KPH przypomina, że związki partnerskie i małżeństwa jednopłciowe zawarte za granicą nie są w Polsce uznawane, ale ustawa o aktach stanu cywilnego umożliwia wpis "przypisku". Informuje on o zdarzeniu "stwierdzonym zagranicznym aktem stanu cywilnego". Nie jest jednak doprecyzowane w jakich okolicznościach "przypisek" może nastąpić. W praktyce urzędy stanu cywilnego odmawiają wpisania związku jednopłciowego zawartego za granicą.
Prawniczka KPH, Zofia Jabłońska, podkreśla że
akcja ma wydźwięk edukacyjny, ale też emancypacyjny. "Ważne jest, aby osoby LGBT zabierały głos publicznie w swoich sprawach - kto ma walczyć o nasze prawa, jak nie my same i sami? Widząc kochające się pary, wiele osób przestaje też myśleć o 'homoseksualnym lobby', a zaczyna myśleć o konkretnych ludziach i ich potrzebach. Ważne jest także, aby uświadamiać urzędniczkom i urzędnikom oraz władzy, że są inne kraje na świecie, gdzie związki jednopłciowe istnieją i Polska administracja będzie musiała się prędzej czy później zmierzyć z europejską rzeczywistością" – podkreśla w rozmowie z naszym portalem. Jabłońska dodaje, że "Z prawnego punktu widzenia - można sprawą w Polsce zainteresować instancje międzynarodowe, których interwencje mogę przyspieszyć wprowadzenie w Polsce związków partnerskich. Układ sił w Europie w tej kwestii zmienia się bardzo dynamicznie. Dziesięć lat temu tylko 4 kraje w Unii Europejskiej pozwalały na zawieranie związków jednopłciowych. Od tamtego czasu sytuacja bardzo się zmieniła - aż 17 państw w UE daje możliwość rejestracji związku partnerskiego w jakiejś formie. To już dużo ponad połowa państw członkowskich. Z czasem możliwość zawierania związków stanie się europejskim konsensusem i Polska nie będzie miała wyjścia, jak tylko wprowadzić rejestrację związków. Aktywnie upominając się o swoje prawa możemy to przyspieszyć" – reasumuje. W dłuższej perspektywie
istnieje możliwość wniesienia sprawy przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.14 lutego, w Walentynki, odbędzie się konferencja prasowa, podczas której zainteresowane pary oraz przedstawiciele i przedstawicielki KPH opowiedzą o o powodach i motywacji złożenia wniosku do USC. KPH przewiduje wniesienie 4-6 spraw do różnych urzędów w kraju.
Więcej o stronie prawnej akcji na stronach KPH.
Osoby zainteresowane prosimy o kontakt na adres:
[email protected]W tytule maila proszę wpisać "litygacja".
(kph/md)
Imo, to bardzo nietrafiona analogia. Primo: optyka wplywu na polityke przez wybory jest z gruntu falszywa. Dochodzi przeciez multum mozliwosci przejawiania aktywnosci obywatelskiej. Potraktuje to osobiscie, bo akurat nie oddalem ani razu waznego glosu, a tylko raz pojawilem sie przy urnie (nie liczac wyborow na poziomie lokalnym). Mowisz mi (bo spelniam warunek nie chodzenia), ze nie mam prawa narzekac na sytuacje polityczna, bo nie bralem poszedlem na wybory? A co z bojkotem wyborczym? Co z pozostala aktywnoscia polityczna, ktora przejawialem pracujac dla org. spolecznych czy wprost organizujac protesty/demonstracje?
Secundo: od kiedy prawo do wyrazania opinii zalezy od zaslug? Szczerze, to jest dla mnie troche szokujace podejscie, chyba, ze czegos nie zrozumialem. Wyjasnij prosze.
Alez wlasnie zmiany prawne w sytuacji lgbt podbijaly poziom akceptacji znacznie bardziej niz kampanie prowadzone wprost w celu "ocieplenia wizerunku". O co mi chodzi? O to, ze postrzeganie coming outu moze byc traktowane jako obowiazek, jesli osoba, ktorej to dotyczy, ma do niego taki stosunek. W innym przypadku moze byc traktowane co najwyzej jako metoda na coming out. Kategoria lgbt jest bardzo luzna, tak naprawde nie mamy wobec siebie zadnych powinnosci charakterystycznych dla np. grupy. Owszem, coming outy sa potrzebne, sa metoda na zwiekszanie akceptacji, ale nie obowiazkiem.
To jak z wyborami - jeśli ktoś nie chodzi na wybory, co jest obywatelskim obowiązkiem, odbiera sobie prawo do narzekania na sytuację polityczną, ponieważ sam nie zrobił nic, by jej nie polepszyć.
W kwestii osób nieheteroseksualnych nawet jeśli nagle politycy jednogłośnie by zatwierdzili fantastyczną ustawę o związkach czy małżeństwach osób tej samej płci, to i tak by wiele to nie zmieniło, ponieważ chodzi o podejście społeczeństwa, nie polityków. Ludzie muszą nas widzieć jako normalne osoby, które każdego dnia są obok, pracują, żyją i tworzą rodziny, a nie wyskakują nie wiadomo skąd raz w roku.
Hmm, moze sie czepiam, ale czemu to obowiazek?
co prawda ja jestem niewierny (bogu) ale wielu ludzi jednak wierzy ze zostali stworzeni i wybiera sie do nieba i Fraciszek chyba ma zamiar dopuscic tych ktorych wczesniej kosciol zywylal do kotlow piekielnych
Właśnie o tym mówię. Nie chodzi mi o zewnętrzne pokazywanie osób nieheteroseksualnych przez np. media, bo tego po prostu nie ma. A skoro tego nie ma, obowiązek pokazywania się na co dzień w zwyczajnych sytuacjach, co pokaże, że jesteśmy normalni (a przynajmniej nie mniej nienormalni ;)) jak wszyscy, spoczywa tylko na nas. Parady są dobre, ale nie jako główne, jednorazowe źródło wiedzy dla osób heteroseksualnych o osobach nieheteroseksualnych. Głównym źródłem jesteśmy my każdego dnia.
Zgodzę się z Tobą. Tylko, że oprócz niektórych seriali, które przemycają związki ludzi nieheteroseksualnych, niewiele jest tego w mediach, poza paradami. Niestety. A ja chciałabym, żeby ktoś zobaczył np moich przyjaciół w kuchni, jak genialnie ze sobą współpracowali robiąc obiad. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Podziwiam tych chłopaków za wypracowanie takiej relacji.
Lubię Parady, z pewnego masochistycznego powodu. Zamiast zabawy, widzę tam rozpaczliwy wrzask : "Jesteśmy! Mamy przyjaciół wśród was, którzy tu z nami maszerują!" Parada budzi sensację, parada jest nagłaśniana, paradę się pokazuje. Po jednej i po drugiej stronie dziennikarz ma pokazywać sensację - czy ktoś oberwał kamieniem, czy ktoś się rozebrał, przebrał, przysłowiowe piórka wsadził, a z drugiej strony, czy ludzie się cieszą, jak się bawią, czy okazują sobie uczucia, byleby nic o tych podskakujących wariatach z nopu.
Kiedyś zabraliśmy do Kitschu na Grodzkiej, który jest tylko klubem gej-friendly, kogoś, ko miał bardzo złe zdanie o gejach. Wyszedł zszokowany, że oni są tacy zwyczajni, tacy normalni. Ubawiło mnie to przednio. Ale taka jest niestety smutna prawda, postrzeganie lgbtiq jako dziwolągów albo zwyrodnialców.
Nie oczekuj, że działania NGO będą idealnie się zazębiały. Nie ma żadnego supermózgu czy jakieś centralnej rady "homolobby", które by wszystko koordynowało odgórnie. Ludzie są różni. Różne jest też "środowisko" LGBT. Nie ma jednomyślności jak należy działać, i jaką strategię obrać aby dojść... no właśnie do czego? Ludzie LGBT różnią się nawet w kwestii tego o co powinno się walczyć. Dla mnie, te różne opinie na temat działalności, nie są wadą. Jeśli ktoś uważa, że należy zrobić akcję społeczną celem zmiany świadomości społecznej, to niech robi. Inna organizacja uważa, że ważniejsze jest wsparcie psychologiczne dla LGBT, to niech to robi. Ktoś chce współpracować z SLD albo TR to OK. Ktoś innych uważa, że lepiej współpracować z partią rządzącą, to też OK.
Im więcej działań tym lepiej. Każde z nich ma jakąś swoją wartość.
Piszemy o tym samym, Ty bardziej szczegółowo. Nie chodzi mi o centralizację w sensie działań lecz o centralne przedstawienie tych działań (poszczególnych organizacji) dla wiadomości zainteresowanych. Dlaczego? Potraktuj LGBT jako światową korporację na płaszczyźnie Polski. W każdym państwie jest inaczej - w Polsce dialog z daną grupą jest inny (np partie). Korporacja jest silna i osiąga cele działając na różnych płaszczyznach w różny sposób. To jednostki w małych organizacjach LGBT stanowią siłę całości. Dzięki tym jednostkom powstają zyskujemy lub tracimy.
Nie oczekuj, że działania NGO będą idealnie się zazębiały. Nie ma żadnego supermózgu czy jakieś centralnej rady "homolobby", które by wszystko koordynowało odgórnie. Ludzie są różni. Różne jest też "środowisko" LGBT. Nie ma jednomyślności jak należy działać, i jaką strategię obrać aby dojść... no właśnie do czego? Ludzie LGBT różnią się nawet w kwestii tego o co powinno się walczyć. Dla mnie, te różne opinie na temat działalności, nie są wadą. Jeśli ktoś uważa, że należy zrobić akcję społeczną celem zmiany świadomości społecznej, to niech robi. Inna organizacja uważa, że ważniejsze jest wsparcie psychologiczne dla LGBT, to niech to robi. Ktoś chce współpracować z SLD albo TR to OK. Ktoś innych uważa, że lepiej współpracować z partią rządzącą, to też OK.
Im więcej działań tym lepiej. Każde z nich ma jakąś swoją wartość.