Czy dorośliśmy do demokracji
W ostatnim wydaniu Gazety Wyborczej ukazał się tekst "List - Ja, lesbijka" podpisany przez Baszkę von Hanff z Warszawy. Oto jego treść:
Od najmłodszych lat, choć czułam się dziewczynką, wiedziałam, że jestem inna. Fascynowały mnie kobiety. Paradoksalnie, moja pierwsza miłość była chłopcem. Miałam 12 lat, gdy oczarowała mnie uroda Pawła. Cała moja miłość wyciekła, kiedy usiłował pocałować mnie w windzie. Do dziś pamiętam falę obrzydzenia, gdy poczułam na wargach jego ciepłe usta. Byłam rozczarowana, bo okazał się chłopcem.
Szkoła średnia była pasmem zauroczeń w dziewczynach. Potrafiłam wytrwale adorować kobiety ze swego otoczenia, pogrążona w marzeniach o wielkiej miłości. Swe wybranki opisywałam w wierszach. Odkrywałam przyjemność płynącą z obdarowywania ich kwiatami i drobnymi prezentami. Okazywałam uczucia delikatnym dotykaniem, zawsze uważając, by nie zrazić ich natarczywością. Przyjmowane to było różnie: od kompletnej obojętności do nieśmiałych prób odpowiadania czułością na moje dotknięcia. Żyłam przekonana, że kiedyś znajdę kobietę swego życia.
Mając 20 lat, dowiedziałam się, że kontakt fizyczny między kobietami jest zły. Wyrzucona z domu dziewczyny, której rodzice wykrzyczeli swą opinię na ten temat, musiałam poddać rewizji swe poglądy. Dostrzegłam, że kobiety wcale nie marzą o byciu z inną kobietą. Tematem ich rozmów byli mężczyźni; celem - znalezienie męża, ślub, dzieci.
Przez kolejne 30 lat udowadniałam sobie, że jestem normalna. Wyszłam za mąż, urodziłam córki. Cały czas tkwiła jednak we mnie tęsknota do kobiet. Lubiłam przebywać w ich towarzystwie. W 11. roku małżeństwa spotkałam kobietę, która zachwyciła się mną tak silnie jak ja nią. Burzliwy romans trwał krótko: mąż po pierwotnej niby-akceptacji naszej "przyjaźni" po czterech miesiącach postawił ultimatum: "Albo ja, albo ona".
To nie był łatwy wybór. Chciałam umrzeć. Po nieudanej próbie samobójczej trafiłam do seksuologa, który stwierdził, że homoseksualizm nie jest chorobą. Nie uwierzyłam. Podjęłam następną próbę udowodnienia, że nie jestem lesbijką. Po kolejnych prawie 20 latach zaprzeczania swym uczuciom postanowiłam przestać udawać. Odeszłam od męża, zaczęłam szukać kontaktu z innymi lesbijkami. Wreszcie spotkałam kobietę swego życia, z którą chcę spędzić resztę swych dni.
Trudno mi odpowiedzieć na pytanie: jak to jest być lesbijką? Łatwiej mi mówić o życiu w kłamstwie, w obłudzie. O tym, ile wysiłku potrzebowałam, żeby ukryć przed światem swe najbardziej naturalne potrzeby. Teraz, kiedy potrafię przyznać, że jestem lesbijką, kocham kobietę i chcę z Nią być, nie zastanawiam się specjalnie nad swym nowym życiem. Przyjmuję je z ulgą, radośnie. Czuję się wolna. Swobodnie mogę wyrażać swe uczucia, a moja kobieta i zaprzyjaźnione osoby nie potępiają mnie, traktują normalnie. Już nie jestem "zboczona".
Nie przypuszczałam jednak, że stanę przed ścianą problemów wynikających z chęci ułożenia sobie życia z kobietą. Nie wiedziałam, że osoby homoseksualne są w Polsce pozbawione podstawowych praw zapisanych w Konstytucji RP. Nasze życie w żaden sposób nie jest prawnie usankcjonowane. Nie mamy prawa do wspólnoty majątkowej, nie możemy po sobie dziedziczyć ani korzystać ze wspólnego ubezpieczenia czy opodatkowania. Listonosz, wydając list polecony, stawia dociekliwe pytania; nie mogę wpływać na decyzje lekarskie w razie wypadku, bo z punktu widzenia prawa jesteśmy dla siebie obcymi osobami.
Wydarzenia w Krakowie pokazały, jakie jest nasze społeczeństwo [w maju br. w Krakowie narodowcy zaatakowali marsz poparcia dla równych praw gejów i lesbijek; wcześniej sprzeciwiły się mu m.in. LPR, Młodzież Wszechpolska i PO - red.]. Pokazały totalną ignorancję dziennikarzy opisujących te zdarzenia (np. ilustrowanie ubiegłorocznej Parady Równości w Warszawie zdjęciami z Love Parade w Berlinie) i kryptohomofobów usiłujących dowodzić, że homoseksualizm trzeba leczyć (tymczasem nie ma go już w spisie chorób). Z przerażeniem patrzę na Młodzież Wszechpolską głoszącą obłudne hasło skierowane do "pedałów": "Rób to w domu, po kryjomu"; z lękiem - na funkcjonowanie w Polsce prawa i demokracji. Czy po to wchodziliśmy do Unii, by okazało się, że wcale do demokracji jako naród nie dorośliśmy?
Gazeta Wyborcza 02.01.2005
przeciez nadzieja umiera ostatnia.