Kompromitujące informacje w ręku władzy
Przez lata PRL-owskie służby gromadziły teczki osób o orientacji homoseksualnej. Próbowano je wykorzystywać przy nakłanianiu do współpracy z organami bezpieczeństwa. Dziś te akta znów mogą zostać użyte do szantażu pisze na łamach Gazety Wyborczej Robert Biedroń - szef "Kampanii Przeciw Homofobii". Oto fragmenty artykułu:
Już od lat 70. Milicja Obywatelska zbierała informacje o homoseksualnej orientacji wielu Polaków. Stan wojenny na krótko przerwał ten proceder. W 1985 roku na polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka organa ścigania, na czele z MO, rozpoczęły ogólnopolską akcję o kryptonimie "Hiacynt".
(....)
Akcja polegała na masowych aresztowaniach osób podejrzanych o homoseksualizm lub kontakty ze środowiskiem osób homoseksualnych. Aresztowanym mężczyznom - bo zatrzymywano tylko mężczyzn - zakładano kartoteki o nazwie "Karta homoseksualisty", zdejmowano odciski palców, a niektórych nakłaniano do podpisywania oświadczeń. "Niniejszym oświadczam, że ja... [tu imię i nazwisko] jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi".
(....)
Nie jest znana dokładna liczba kartotek, jakie zostały sporządzone podczas akcji. Przypuszcza się jednak, że może ich być około 10-12 tys. Rzecznik prasowy Komendy Głównej MO w wywiadzie dla pisma "W służbie narodu" z 12 stycznia 1986 roku motywował potrzebę przeprowadzenia tej akcji rzekomą wysoką kryminogennością środowiska, szerzącą się prostytucją i niebezpieczeństwem AIDS. Według ówczesnych działaczy gejowskich prawdziwym powodem było inwigilowanie i zniszczenie rodzącego się w PRL-u ruchu gejowsko-lesbijskiego oraz zastraszenie potencjalnych jego zwolenników. Ruch ten w ustroju Polski Ludowej był zdecydowanie niepożądany przez władze i kojarzony z ruchami politycznymi opozycji.
(....)
Paradoksalnie jednak akcja zmobilizowała część działaczy ruchu gejowsko-lesbijskiego do większej aktywności. Podczas wspomnianego już spotkania profesora Kozakiewicza z generałem Kiszczakiem doszło też do rozmowy na temat rejestracji pierwszego stowarzyszenia gejowsko-lesbijskiego w Polsce. Teoretycznie prawo do swobodnego zrzeszania się było gwarantowane przez konstytucję PRL-u. W praktyce władza robiła wszystko, by uniemożliwić zarejestrowanie się jakiejkolwiek organizacji wolnościowej, a więc także zrzeszającej osoby homoseksualne. Generał Kiszczak zaproponował jednak podczas spotkania, że jeśli profesor Kozakiewicz i kilka innych liczących się osób z kręgu kultury i nauki podpisze list, który zostanie skierowany do niego i ministra zdrowia [chodziło o AIDS - geje zaliczali się wtedy do grupy zwiększonego ryzyka], to wniosek taki zostanie rozpatrzony z całą życzliwością. List taki powstał 5 marca 1988 roku. Pisemnego poparcia dla wniosku udzielili m.in.: Kazimierz Imieliński, Artur Sandauer, Jerzy Kawalerowicz, Szymon Kobyliński, Daniel Passent. Obaj ministrowie: zdrowia - Komender - i spraw wewnętrznych - Kiszczak - w ogóle nie zareagowali. Propozycja ministra służyła więc jedynie zbyciu niewygodnego rozmówcy.
"Różowe kartoteki" nigdy nie zostały oficjalnie zniszczone. Gdy na początku lat 90. Marek Nowicki z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka zwrócił się z oficjalnym zapytaniem do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, otrzymał informację, że kartoteki już nie istnieją. Podobną odpowiedź otrzymało stowarzyszenie Lambda w 1993 roku.
W latach 90. dostęp do archiwów policyjnych, UOP, wojskowych i innych służb podległych MSW stał się prawdziwym skarbem. W 1999 roku media ujawniły, że politycy urzędujący w MSWiA gromadzą informacje o charakterze obyczajowym, m.in. o osobach sprawujących funkcje publiczne. Według "Gazety" kierujący ministerialną komisją do spraw lustracji wiceszef MSWiA Krzysztof Bondaryk chciał przekazania pełnej zawartości "różowych kartotek" przechowywanych w policyjnych archiwach. W wywiadzie udzielonym "Gazecie Wyborczej" 28 sierpnia 1999 roku Bondaryk stwierdził, że w archiwach znajdują się dane o homoseksualistach gromadzone do 1988 r. "MO zbierała informacje do specjalnego katalogu pod kryptonimem "Hiacynt" - materiały na osoby o skłonnościach homoseksualnych, zwłaszcza ze środowisk demokratycznej opozycji. I to wszystko jest, choć wedle przepisów w większości powinno zostać zniszczone, gdyż część tej wiedzy jest niezgodna z prawem. Na oczyszczenie i posegregowanie tych akt nie ma jednak pieniędzy. Trzeba by kilkuset ludzi, którzy pracowaliby przy tym przez trzy lata" - twierdził Bondaryk.
Kilka tygodni temu minister spraw wewnętrznych i administracji Ryszard Kalisz oświadczył, że dokumenty z akcji "Hiacynt" zostały przekazane do Instytutu Pamięci Narodowej. IPN twierdzi, że akta posiada, ale rozproszone. Sprawa jest więc poważniejsza, niż się wydawało. Oznacza to bowiem, że IPN nie ma kontroli nad tymi teczkami. W jaki sposób Instytut zamierza chronić akta, skoro nie wie, gdzie one są? Oznacza to również, że każda osoba wskazana przez ustawę o IPN (pokrzywdzony, dziennikarz, naukowiec) może mieć do nich dostęp i zebrać informacje, które służyć mogą do szantażu. Dlaczego bowiem niektórzy dziennikarze nie mieliby być zainteresowani takimi pikantnymi informacjami? IPN twierdzi, że dobrze chroni akta. Ale nie może też odmówić w nie wglądu bez podania powodu. A jaki powód wymyśli profesor Kieres, gdy zwróci się do niego dziennikarz? Skąd gwarancja, że dziennikarz będzie na tyle rzetelny, że nie opublikuje nazwisk? W Polsce nie brakuje gazet, dla których informacja o homoseksualizmie polityka czy innej osoby publicznej, tak dokładnie udokumentowana, może być bardzo cenna.
Należy więc powołać komisję złożoną z historyków, którzy opracują te zbiory. Są one świadectwem okrutnego systemu, który prześladował każdy przejaw wolności. Komisja powinna wymazać nazwiska i wszystkie inne dane osób, którym takie teczki założono. Orientacja homoseksualna wciąż budzi bowiem niechęć i może być powodem utraty pracy czy przyjaciół. Może też zniszczyć wiele tysięcy rodzin, w których żyją, ukrywając swój homoseksualizm, mężczyźni posiadający piętno "różowych kartotek".
Gazeta Wyborcza