- Artur Zaborski -
O tym, że Polak-Ukrainiec dwa bratanki, przekonujemy się w ostatnich latach na co dzień. Ukraińscy imigranci nie wyróżniają się wyglądem, są niewidoczni, dopóki pochodzenia nie zdradzi ich akcent. Łączy nas jednak nie tylko karnacja i podobne kolory włosów i tęczówek oczu, ale też mentalność. Bohaterowie „Lekcji tolerancji”, ukraińska rodzina w modelu 2 + 2, równie dobrze mogłaby być familią z Polski. Z łatwością można w tym, co dzieje się na ekranie, odnaleźć nasze narodowe bolączki.
Nadia jest nauczycielką i jedyną żywicielka rodziny. Jej mąż Zenyk myśli głównie o kieliszeczku, a dzieci niespecjalnie troszczą się o cokolwiek. Diana miała co prawda pomysł, żeby zostać aktorką, ale przed próbą realizacji tej chęci powstrzymują ją własne kompleksy. A Denys to jeden z tych typków spod bloku, dla którego priorytetem w życiu jest palenie zioła, a problemy rozwiązuje pięściami.
Możecie sobie wyobrazić reakcję członków familii, kiedy Nadia oznajmia, że zamierza zgłosić się do finansowanego przez Unie Europejską programu, którego celem jest szerzenie tolerancji wobec mniejszości w Ukrainie. Chodzi o to, że na kilka tygodni do domu ukraińskiej rodziny wprowadza się osoba nieheteronormatywna. Ojciec nie wie nawet, co to znaczy, syn krzyczy o homosiach i transach, a córka nie dowierza, że matka mogła porwać się na coś tak głupiego.
Siłą „Lekcji tolerancji” jest to, że choć mówi o takich problemach, jak uprzedzenia i homofobia, to nie wpada w koleiny wyżłobione przez wcześniejsze filmy na ten temat. Ostatnie zdanie należy więc do zadziornej Nadii, która dopina swego. Cudowna jest scena, w której przysłany z programu gej Wasyl puka w drzwi mieszkania rodziny. Otwiera Zenyk z pytaniem, kiedy przyjdzie homoseksualista, bo Wasyl mu na takiego nie wygląda.
56-letni dziś reżyser Arkadii Nepytaliuk obśmiewa stereotypy na temat osób LGBT+, które funkcjonują w bardziej konserwatywnej części Ukrainy (czy raczej całej Europy Środkowo-Wschodniej). Elegancji Wasyl, z modnie przyciętym zarostem i niskim głosem nijak się w wyobrażenia ludzi na temat gejów nie wpisuje. Zenyk, Diana i Denys spodziewają się raczej krzykliwego, kolorowego i zahukanego chłopaka. Gdy okazuje się, że przyszedł pewny siebie, pozbawiony kompleksów dżentelmen, sami zaczynają czuć się gorzej ze sobą. A podejrzenie, że nawet gejowi może wieść się lepiej niż im, dostarcza pretekstów do kolejnych humorystycznych momentów. Jak ten, w którym sfrustrowany życiem seksualnym Zenyk zwierza się ze swojego problemu Wasylowi. Gość uczy go więc erotycznego masażu. I wszystko idzie dobrze, dopóki lekcji nie podejrzą inni członkowie rodziny.
Ze względu na trwającą w Ukrainie wojnę Rosji twórcy musieli mocno ograniczyć zdjęcia do filmu. Całość opowieści rozgrywa się w mieszkaniu bohaterów. Scenariusz autorstwa reżysera i Ludmiły Tymoszenko jest adaptacją sztuki Igora Bilytsa „Gay Parade”, która była hitem wśród Ukraińców. Podczas seansu adaptacji ma się momentami wrażenie oglądania teatru telewizji, ale Nepytaliuk robi, co może, żeby swoją opowieść ufilmowić. Zręcznie posługuje się montażem, różnicuje też zdjęcia, często przechodząc od planów ogólnych do zbliżeń. Efekt - dynamiczny i angażujący, ale przede wszystkim komiczny - wyróżnia się na tle nowego kina ukraińskiego, które w ostatnim czasie próbuje głównie dokumentować i rozliczać nieludzkie działania Rosjan w ich ojczyźnie.
Arkadii Nepytaliuk oferuje ucieczkę od dramatu, z jakim mierzą się nasi wschodni sąsiedzi, co nie znaczy, że jego film jest pozbawiony refleksji. Twórca mówi w wywiadach, że dziś Ukraińców zjednoczył wspólny wróg, co sprawia wrażenie, jakby cały naród mówił jednym głosem. Ale tak nie jest, bo homofobia i uprzedzenia wciąż mają się dobrze, mimo że o zasługach żołnierzy LGBT+ mówi się nie tylko w kraju. O tęczowych mundurowych zrobiło się głośno m.in. za sprawą organizacji Union of the LGBT Military in Ukraine, ale jej założycielowi, Wiktorowi Pyłypenko Kościół Prawosławny odebrał medal za zasługi na froncie, choć wstawili się za nim inni żołnierze
„Lekcje tolerancji” trafiają w swój czas i mogą się społeczności przysłużyć także dlatego, że reżyser jest egalitarny w obśmiewaniu swoich bohaterów. Dostaje się nie tylko Zenykowi i Denysowi, ale też Nadii, która przecież zaprasza geja pod swój dach nie z pobudek ideologicznych tylko dlatego, że potrzebuje pieniędzy. Ale i Wasyl nie jest ideałem - ma swoje za uszami i sam nie jest wolny od pogardy wobec ludzi. Przeglądanie się bohaterów w sobie jest kojące, gdy zaczynają rozumieć, że każdy z nas jest wypadkową dobrych i złych cech. Formalnie film jest podzielony na dwanaście rozdziałów, co z kolei jest zabawnym nawiązaniem do programu 12 kroków.
Miłośnikom kina LGBT+ z tej części globu „Lekcje tolerancji” skojarzą się z serbską „Paradą”, w której Srdjan Dragojević pokazał weteranów wojny bałkańskiej, którzy przymuszeni przez życie muszą ochraniać paradę równości w Belgradzie. Film nawoływał do zjednoczenia mieszkańców terenów byłej Jugosławii ponad podziałami etnicznymi i seksualnymi. „Lekcje tolerancji” też są filmem z misją, ale przy okazji próbują też uchwycić ducha współczesnej Ukrainy.
Zachodnia prasa porównuje Nepytaliuka do twórców z nowej fali rumuńskiego kina - Radu Jude czy Cristi Puiu, którzy stali się nadwornymi kronikarzami przemian pokomunistycznej Rumunii. Coś w tym jest, bo w „Lekcjach tolerancji” też widać gwałtowne i śmieszne zderzenie ludzi zakorzenionych mentalnie w minionym systemie z tymi, którzy próbują inkorporować nowoczesne myślenie. I tak, jak Polakom łatwo się przejrzeć w rumuńskim kinie, tak samo i ukraińska propozycja może posłużyć nam za lustro, w którym odbijają się nasze narodowe przywary i śmieszności.
Sytuacyjna umowność i odejście do psychologicznego pogłębiania bohaterów oferuje zaś dystans do pokazanych na ekranie problemów. Dzięki temu seans, choć przypomina o rozpiętości homofobii, nie jest doświadczeniem dołującym tylko dającym otuchę. Na tę porę roku to film jak znalazł.