Przedstawiamy Wam fragment powieści Bartosza Brzezińskiego "Pierre i Raimundo. Symfonia losu". Książka ukaże się prawdopodobnie w lipcu i jest kontynuacją pierwszego tomu "Pierre i Raimundo. Cztery pory roku". Queer.pl objął publikację swoim patronatem.
Postanowiliśmy ugotować gar spaghetti według mojego przepisu (z którego byłem równie dumny jak ze świadectwa z czerwonym paskiem). Wspólne gotowanie szło nam w miarę dobrze, chociaż nie podobało mi się to, jak nierówno Raimundo kroi pomidory, ale trudno. Postanowiłem wyłączyć pedantyzm.
W garze właśnie bulgotał sos, a my mogliśmy delektować się winem, oparci o blat. Raimundo właśnie opowiadał o swoim pomyśle na pogodzenie planu zajęć z siłownią, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
Zamilkliśmy i popatrzyliśmy po sobie.
– Zapraszałeś kogoś? – spytałem.
– Tak, na naszą rocznicę, pomyślałem, że fajnie by było, gdyby przyszła trzecia osoba.
– Mmm, sarkazm. Robisz się taki seksowny. – Zamruczałem i przejechałem dłonią po jego torsie.
– Uczę się od najlepszego. – Odstawił kieliszek na stół.
Powlokłem się za nim do przedpokoju. Zapalił światło i otworzył drzwi wejściowe. Za nimi stała młoda dziewczyna.
– Cześć, Rai.
– O, cześć, Ewelina – odpowiedział zaskoczony.
Spojrzałem na Raimunda, pytając wzrokiem, skąd ją zna.
– Nie przeszkadzam? – spytała. Miała lśniące czarne włosy i była naprawdę drobniutka. Dziw brał, że przy podmuchach jesiennego wiatru nic jej nie porwało.
– Odrob… – zacząłem.
– Nie, skąd! – Rai przerwał mi pospiesznie i uśmiechnął się. Jego uprzejmość czasem mnie zaskakiwała. – W czym możemy pomóc?
– Właściwie to w niczym, ale chciałam was zaprosić. Razem ze współlokatorami organizujemy w mieszkaniu małą parapetówkę i pomyślałam, że skoro wy też zaczynacie studia, to może byście wpadli? Zawsze to lepiej poznać się większą grupą.
– Musimy to… – zacząłem, ale Rai mi przerwał.
– Jasne! Byłoby świetnie! Kiedy?
– W środę. – Wydawało się, że odetchnęła z ulgą. – Potem odespać kaca przez dzień i w październiku ruszyć na studia.
– Sprytny plan – pochwalił Rai. – Możemy zgarnąć ze sobą naszą współlokatorkę? Jutro wraca do Torunia.
– Jasne! Im więcej, tym lepiej. Do zobaczenia! – Odwróciła się na pięcie i pognała schodami w dół.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy własnego głosu w Internecie. Daliśmy radę przez 24 lata - z Waszą pomocą przetrwamy także ten ciężki okres. Równocześnie utrzymanie takiego projektu jeszcze nigdy nie było tak trudne.
Zobacz jak wspomóc QUEER.PL
Rai zamknął drzwi na klucz i zapytał:
– Co ci nie pasuje?
– Absolutnie nic. – Podniosłem ręce w geście poddania się. Po chwili wypaliłem: – Skąd ją znasz? Muszę tam iść? Naprawdę masz zamiar odsypiać kaca do końca września?
Rai się roześmiał.
– Znam ją, bo wpadłem na nią na klatce. Okazało się, że też jest studentką, więc zaoferowałem kontakt, w razie jakichś problemów. Tak, musisz iść, bo chcę, abyś się otwierał na ludzi, a poza tym będę obok. Kaca zamierzam pokonać szybciej.
– Naprawdę muszę? – jęknąłem.
– Erm… tak? Jesteś moim chłopakiem. Chcę cię zabierać w cudowne miejsca i pokazać świat.
– Aladyn?
– Tak.
– Dobre zagranie. Ale! Może twój chłopak nie chce iść?
– Nonsens. – Machnął dłonią. – Poznamy nowych ludzi. Przestań być taki aspołeczny, musisz nieco wyjść ze swojej strefy komfortu.
– Nie jestem aspołeczny.
Raimundo uniósł brwi.
– Dobra, może odrobinkę…
– Idziemy i koniec. Serio, Pierre, trzeba poznawać ludzi. Oni cię nie zjedzą.
– Powiedz to kanibalom. – Odwróciłem się do niego plecami. – Torturujesz mnie. Wiesz, że nie lubię takich imprez.
– To nie impreza. To domówka. Poza tym będę ja i Milena. Dasz radę. Będziemy cię wspierać. A jak uznasz, że to za dużo, dajesz znać i zbieramy się do wyjścia.
Zastanowiłem się. Może Rai miał rację? W końcu muszę wyjść z tej swojej fortecy. No i nie będę sam.
– Sos! – wykrzyknął nagle Rai i pognał do kuchni. – Uratowany! – uspokoił mnie, gdy wpadłem za nim do pomieszczenia.
Odetchnąłem z ulgą.
Nałożyliśmy sobie po porcji i przenieśliśmy się do salonu, by usiąść naprzeciw siebie na podłodze, oparci o kanapę.
– Swoją drogą… Ciekawe, co u Mileny – rzuciłem, nawijając makaron na widelec. – Nie odpisała na moje wiadomości.
– Może jest zajęta Sebastianem? Wiesz, niedługo nie będą się widzieć tak często.
– Racja. Wróci w środę i nam opowie. Milena nienawidzi niczego tłumaczyć, nie mając możliwości gestykulacji.
Raimundo się zaśmiał.
– Tak, jest niezłą artystką. Potrzebuje przestrzeni do wyrażenia ekspresji.
– Wiesz – oznajmiłem, odkładając talerz na bok. Następnie usiadłem na kolanach Raimunda i objąłem jego szyję. Przyglądał mi się z oczekiwaniem kryjącym się za radosnymi iskierkami w brązowych oczach. – Mamy mieszkanie na kilka dni dla siebie. Też potrzebuję miejsca do pewnych ekspresji.
– Wiem. – Również odstawił talerz, ale kieliszek wciąż trzymał w dłoni. Upił łyk, gdy przysunąłem się do niego bliżej, poruszając biodrami. – Coś tam kojarzę.
Ponieważ przed chwilą skosztował wina, czułem cierpki smak alkoholu na jego ustach. Całowaliśmy się powoli, prawie leniwie, ale czułem narastającą ekscytację. Upijałem się jego ustami i działały lepiej niż alkohol. Już nawet pod ich wpływem zdejmowałem koszulkę Raimunda, gdy w kieszeni chłopaka zadzwonił telefon.
– Szlag! – warknąłem i otrzeźwiałem. – Serio? Teraz?
Rai spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem, po czym sięgnął po komórkę. Jasny niebieski wyświetlacz oznajmił, że dzwoniła jego siostra.
– Tak? Cześć, Mandy… – przywitał się trochę nieuprzejmym tonem, ale prawdopodobnie ona tego nie wychwyciła. Cała Mandy. – Mhm… Jasne. Tak.
Błądziłem dłońmi pod koszulką Raia, czekając cierpliwie i zastanawiając się, czy nie zacząć całować jego szyi. Gdy to zrobiłem, poczułem jak jego dłoń wślizguje się pod moją koszulkę, a opuszki palców masują plecy.
– Jedynie chce się przespać z moim chłopakiem. To tak wiele? – rzuciłem cicho do ucha Raimunda.
Zachichotał nerwowo, wyginając szyję do tyłu.
– Nic, nic, Mandy. Mów dalej – zreflektował się szybko. – Tak, dogadujemy się… Mandy! Miałaś nie zadawać takich pytań! – krzyknął skrępowany. – Posłuchaj, zadzwonię jutro, dobra? Mamy dzisiaj rocznicę i… – Urwał i nawet ja usłyszałem podekscytowany głos jego siostry. – Tak, tak. My też dziękujemy. Trzymaj się – odpowiedział i zakończył rozmowę. Odrzucił telefon na kanapę i westchnął. – Nie wierzę, że ona może tyle gadać. – Raimundo przejechał dłońmi po moich bokach. – Masz jeszcze ochotę, czy już ci przeszło?
– Prawdę mówiąc, ochota ochoczo wraca. – Wsunąłem dłonie pod koszulkę, by móc ją w końcu z niego zdjąć.
Znów zaczęliśmy się całować. Zegar u sąsiadów za ścianą wybił dwudziestą drugą. Kiedy już pozbyliśmy się swoich górnych części garderoby, Raiowi zaburczało głośno w brzuchu. Bezczelnie głośno.
– Jesteś głodny? Jeszcze?
– Przepraszam, ale ta porcja spaghetti już wyczerpała swój limit ATP w moim organizmie.
– ATP?
– Adenozynotrójfosforan. To jakby transport dla energii w człowieku.
Zamilkłem i zamrugałem.
– Skoro zgłodniałeś, myślę, że znajdę coś, co możesz przekąsić – oznajmiłem, kierując jego dłoń do mojego pasa. Raimundo się roześmiał.
– Masz rację. Rzeczywiście mam apetyt na to.
Tym razem udało nam się już nawet zdjąć spodnie, gdy zadzwonił mój telefon.
– No co jest?! – krzyknąłem. – Wszechświat przeciwko mnie?!
Raimundo oparł się o kanapę i otarł czoło, wypuszczając głośno powietrze z ust.
Wygrzebałem telefon z kieszeni leżących obok spodni. Spojrzałem na wyświetlacz i pokazałem go Raiowi.
– Alicja?
– Zmówiły się – rzuciłem z przekąsem. I chciałem nawet odrzucić połączenie, ale… co, jeżeli dzwoniła w pilnej sprawie? Co jeżeli do domu wrócił mój ojciec? Albo wydarzyło się cokolwiek równie złego?
Odebrałem połączenie.
– Tak? – spytałem dość nieuprzejmym tonem.
– Dobry wieczór, Pierre – zaświergotała Alicja. – Chciałabym cię postawić przed pewnym pytaniem.
– Och, nie wątpię – warknąłem, ale szybko się uspokoiłem. Spojrzałem w oczy Raimunda, a ten zarzucił dłonie za szyję i zaczął się przeciągać, odrobinę sennie. – Jakie to pytanie?
– Gdzie jest dziadek do orzechów?
Zmarszczyłem czoło, na widok czego Rai uniósł brew.
– W operze? – zasugerowałem.
– Sąsiad przyniósł nam dwie torby orzechów i chcemy z mamą zrobić ciasto, ale nie mamy dziadka do orzechów, a jestem pewna, że kiedyś go ciebie z nim widziałam.
– Tak, na Wigilii, jak miałem osiem lat – odpowiedziałem zrezygnowanym tonem. – Jeżeli nie ma go w kuchni, to na pewno jest na strychu. Tata kiedyś wynosił jakieś pudło z rzeczami z kuchni.
– Mówisz? – odparła zaintrygowana. – Mamo! – zawołała wprost do słuchawki. – Chyba jest na strychu! Dobra, Pierre, dzięki. A co u ciebie? Jak się czujesz?
– W porządku. Jestem trochę zajęty, więc będę kończył, dobra?
– Jasne! Trzymaj się, pa!
Rozłączyłem się i cmoknąłem. Odłożyłem telefon na kanapę i pokręciłem głową.
Romantyczny nastrój tego wieczora prysnął jak bańka mydlana. Prawdę mówiąc, czułem już tylko senność.
– O co chodziło? – spytał Rai.
– O dziadka do orzechów. Co teraz, biorąc pod uwagę naszą sytuację, kojarzy mi się jedynie z miażdżeniem… no wiesz.
– Ajć – jęknął Rai i skrzywił się. – Chodź. Idziemy do łóżka jak cywilizowana para. I wycisz telefon.
Poniedziałek, 15.10.2007 Ja, czyli 66 moich miłości
Środa, 06.04.2005 Trzech panów w łóżku, nie licząc kota
Środa, 02.05.2012 Ranking: poprzednicy "Zucha"
Środa, 30.11.2022 Prezent na Gwiazdkę lub Mikołajki - Polecamy queerowe książki
Piątek, 12.01.2018 Dziś premiera książki "Tamte dni, tamte noce"