"Lolelaj zbudowane jest z tęsknoty za ustawkami w parkach, pikietami, za tym, co w pewnym sensie podziemne, nieznane i zakazane. Mateusz i przyjaciele buntują się przeciwko kopiowaniu normalności, monogamicznego mieszczaństwa stworzonego na obraz i podobieństwo heteroseksualnego" - podkreśla w recenzji najnowszej książki Bartosza Żurawieckiego, "Do Lolelaj. Gejowska utopia", Kuba Wojtaszczyk.
- Kuba Wojtaszczyk -Bartosz Żurawiecki w swojej najnowszej powieści
„Do Lolelaj” zabiera czytelnika do świata, który dla jednej grupy może wydawać się przeżytkiem, jakimś
specyficznym skansenem gejowskiej emancypacji; z kolei dla drugiej książka ta będzie nie tyle możliwością zajrzenia pod podszewkę, ale wręcz zupełnym negliżem, zdradzeniem tajemnicy. W pierwszej grupie znajdują się młodzi (lub młodsi od bohaterów) homoseksualiści, którzy w weekendy, korzystając ze zmian społecznych, wybierają wielkie tęczowe kluby z muzyką elektro-podobną i nie zapuszczają się do nor pokroju tytułowego przybytku; w nosie mają egzystencjalne rozmowy o losie gejów – pewnie nie zawsze, ale
w weekend prozaicznie wolą się wyszaleć i nie zastanawiać. W drugiej grupie są kobiety o orientacji wszelakiej, które zwyczajnie, bardzo nietolerancyjnie, do Lolelaj (i podobnych) wstępu nie mają, a jeżeli już to nie do wszystkich części lokalu; trochę jak w komputerowej grze przygodowej – gdy nie rozwiążesz jakiejś zagadki, nie pójdziesz dalej. W tym wypadku ową łamigłówką jest płeć, czyli
game over. To książka dla nich, ale nie tylko.
Opowieść Żurawieckiego posiada pokaźny ładunek nostalgii za czasami, a może bardziej – za miejscami, które straciły nie tylko swój emancypacyjny charakter, ale też rentowność.Głównym bohaterem „Do Lolelaj” jest
Mateusz, czterdziestoparoletni dziennikarz na skraju załamania nerwowego. Chce porzucić swój mieszczańsko-intelektualny tryb życia, ma dosyć książek i filmów, dochodzi do wniosku, że „przez całe swoje dotychczasowe życie byłem stanowczo zbyt trzeźwy. Powiedziałem więc sobie, że tak dalej być nie może. Muszę zostać alkoholikiem, bo trzeźwość mnie zabija”. Towarzystwa niezbędnego do picia (chlanie do lustra to według Mateusza „zajęcie żałosne i czcze”) szuka w tytułowym lokalu. To wstęp.
Wstęp nie tylko do klubu, ale też do próby jego wiwisekcji. Mateusz zaszywa się w Lolelaj, którą obiera sobie za drugi dom.
Klub pociąga, kusi, obiecuje coś innego, coś, co – dosłownie – na powierzchni miejsca mieć nie może. Niemal każdej nocy knajpę, niczym duchy czasów pamiętających harce z „Lubiewa” Witkowskiego, zapełniają specyficzni, często kiczowaci, aktorzy grający w Lolelaj pierwsze skrzypce. Zlatują się, bo tylko tam mogą oddychać pełną piersią; spotkać im podobnych, posiadających tożsamy bagaż doświadczeń i, co najważniejsze, tęskniących za czasami przed transformacji. Tytułowy klub to ich ziemia. Między kolejnymi piwami czy szotami wódki, pocałunkami i seksem rozmawiają, żalą się, przeżywają dramaty.
Darkroom nie zawsze jest też tym, do czego został stworzony – to swoiste centrum dyskusyjne bractwa, jak gdyby założonego przez bohaterów książki Żurawieckiego; należy dodać, że bractwa bardzo elitarnego, do którego dostanie się jest obostrzone restrykcjami. Na pewno nie mogą na nie liczyć modni chłopcy, hipsterzy z elektrogejowni, wspomnianych na początku tekstu.
Jeżeli któryś zabłądzi do Lolelaj, traktowany jest na zasadzie kuriozum, błędu, ale też egzotycznego okazu, do którego podchodzi się z zaciekawieniem, ale i z drwiną. W końcu też gdzieś czai się zazdrość, że
oni, w wieku średnim, młodzieży nie dogonią, nie zrozumieją. Mogą, co najwyżej patrzeć lub poderwać.
Lolelaj zbudowane jest z tęsknoty za ustawkami w parkach, pikietami, za tym, co w pewnym sensie podziemne, nieznane i zakazane. Mateusz i przyjaciele
buntują się przeciwko kopiowaniu normalności, monogamicznego mieszczaństwa stworzonego na obraz i podobieństwo heteroseksualnego. Jednak od tego nie ma ucieczki – bohaterowie ponoszą klęskę.
Nie można (już?) zbudować gejowskiej utopii opartej na hedonizmie, seksualnej swobodzie, ale też zamknięciu, odgrodzeniu się od świata zewnętrznego. I postaci Żurawieckiego o tym wiedzą, to na tym opiera się ich dramat, poczucie schyłku. Dlatego wszystkimi możliwymi środkami tworzą chimeryczne państewko, wciąż i wciąż na nowo, każdej nocy, choć na kilka godzin. Później najchętniej przesypiają dzień, by na nowo obudzić się wśród swoich. Snują baśń, że oto znajdują się w lepszym miejscu, enklawie, błyszczącej cekinami i wypełnionej piosenkami diw z PRL-u. Jednak tak naprawdę przebywają w muzeum, do którego chłopcy z tęczowych lub
gay friendly elektro-klubów mogą przyjść i zobaczyć własnych przodków w naturalnym (?) środowisku.
Bartosz Żurawiecki, "Do Lolelaj. Gejowska utopia"Wydawnictwo SzafaDO LOLELAJ w Queerotece. Książkę można kupić w sklepie PRIDESHOP.PL