"W jego oczach" już w kinach
„Debiutant, Daniel Ribeiro z sukcesem omija niebezpieczeństwa tematyki filmu poruszającego problem niepełnosprawności. Zamiast emocjonalnego szantażu na widzach, pokazuje prostą historię odrobinę niekonwencjonalnej miłości” - pisał w zeszłym tygodniu o „W jego oczach” Łukasz Maciejewski. Film od piątku w naszych kinach, Wasze komentarze nie pozostawiają wątpliwości: jesteście zachwyceni i zachwycone. Nasza czytelniczka Karolina przysłała nam swoją – bardzo osobistą recenzję. Zapraszamy do lektury.
Będąc bezpośrednio związaną ze środowiskiem LGBT, mimowolnie biorę udział w dyskusjach z zażartymi przeciwnikami osób homoseksualnych i często angażuję się emocjonalnie. Właściwie nie często - zawsze. Ostatnio usłyszałam, że miłość między osobami tej samej płci jest niemożliwa, a jakakolwiek więź nie ma prawa bytu. Relacja homoseksualna została zrównana do, cytuję, miłości do kotków i piesków. Co prawda rozmówca chwilę później przekonywał, że tym zboczeńcom zależy tylko na seksie, więc nie wiem, na ile mogę poświadczyć o poczytalności mojego słownego oponenta, ale takie komentarze zawsze bolą. Tym bardziej więc cieszy mnie odnajdywanie kolejnych niepodważalnych argumentów, bo właśnie tym jest ten film. Potwierdzeniem.
Tak jak nie lubię historii o nastolatkach i ich rozterkach, tak jestem absolutnie zakochana w tej. Reżyserowi udało się na tyle zniwelować rzeczywiste "problemy" dotykające dzisiejszą młodzież, że wrażliwość i niewinność bohaterów przenosi nas kilka epok wstecz. Mogłoby się zdawać, że biorąc się za dwa bardzo ciężkie tematy, które wciąż pozostają w sferze tabu - ślepotę oraz bardzo kontrowersyjny ostatnio homoseksualizm - i robiąc z tego film o młodzieży z miłymi zdjęciami i pogodną muzyką w tle, wyjdzie klapa. Jedna wielka klapa. Zaskakująco jednak Brazylijczykom udało się stworzyć obraz, który wzrusza i sprawia, że po wyjściu z kina łapiemy się na nuceniu indie-popowych utworów.
Film opowiada historię Leonarda, niewidomego młodzieńca, który popołudnia spędza opalając się nad basenem wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką. Nadopiekuńczy rodzice starają się zapewnić wygodę i oszczędzić nastolatkowi zbędnego cierpienia. Jedynym problemem zdają się być uszczypliwe komentarze kolegów z klasy, naśmiewających się z jego niepełnosprawności. Wszystko jest czarne i białe, scenariusz prosty jak w bajce. Leo i jego przyjaciele są dobrzy, Fabio i pozostali - źli. Podobnie jak w każdej bajce, i tutaj pojawia się książę na białym koniu. Jego zachwycająca uroda będzie obiektem wzruszeń wszystkich dziewczyn w szkole, ten jednak po cichu będzie wypatrywał swojego kolegi, a naszego głównego bohatera – Leonarda.
Trzeba jednak powiedzieć głośno - to nie jest kolejny film o gejach. Nie zobaczymy walki z homofobicznym środowiskiem i przykrych problemów, z jakimi borykają się zakochani. I to największa zaleta tego filmu. Ribeiro udało się stworzyć subtelne dzieło, które jedynie nakreśla, delikatnie muska rzeczywiste przeżycia głównego bohatera. Wzruszająco niewinna staje się relacja Leonarda i Gabriela, którzy chodzą do kina i uczą się tańczyć. Odkrywanie swojej cielesności, pierwsze dotknięcie, pierwszy pocałunek pokazywane są jedynie w części, ukradkiem, jakby przypadkowo. Nic nie jest tutaj nachalne. Jest za to coś bardzo przekonywującego w filmie Brazylijczyka - być może to gra aktorska (brawo, Ghilherme Lobo!), być może mieszanka nienarzucającego się humoru, ciepłych ujęć i wspomnianej już pogodnej muzyki. A może to po prostu szczerość?
Uśmiecham się przez cały seans i mocno ściskam rękę swojej dziewczyny. Tak. My też jesteśmy ludźmi, jesteśmy zdolni do miłości, do najczystszej, najprawdziwszej miłości. I jest nam z tym bardzo dobrze.
Karolina Piskorz
Film pod patronatem Queer.pl
Nie mogę złego słowa o nim powiedzieć ;D
Wydaje mi się, że to jest właśnie idealne potwierdzenie tezy, że miłość nie wybiera ciała, a duszę. Chłopak się zakochał w charakterze kolegi, w przebywaniu z nim, w zapachu i dotyku, a nie w wyglądzie.
Od autorki:
Mówiąc, że nie jest to kolejny film o gejach, chodziło mi o zrzucenie homoseksualizmu na drugi plan, czego nie widziałam dotychczas w kinie LGBT. Być może nie widziałam zbyt wielu filmów o tej tematyce, ale wydaje mi się to ciekawym odejściem od obrazów typu "Płynące wieżowce", bo homoseksualizm jest wreszcie dodatkiem, a nie głównym tworzywem filmu.
Nie wiem, co do tego ma moja orientacja, ale uważam się za lesbijkę, a "Życie Adeli" za wyjątkowo kiepski film ;)
Pozdrawiam, Karolina
Ale...
Film jest w porządku. To historia o dojrzewaniu, która - cytując autorkę recenzji - "delikatnie muska" kwestię, która nie istnieje w dyskursie publicznym (a co dopiero w kinie), czyli o seksualności osób niepełnosprawnych.
Żeby ją jeszcze mieć xD
tak poza tym bardzo ciekawa recenzja, wybiorę się na to do kina w niedzielę.
Od autorki:
Sprawdzam dokładnie, ale nigdzie nie użyłam przymiotnika "ślepy". Słowo "ślepota" jest nazwą wady, nie widzę w tym nic obraźliwego, tym bardziej, że sam reżyser swobodnie się nim posługuje (polecam: http://www.tongariro.pl/w-jego-oczach/ w zakładce "reżyser o filmie").
Poza tym "bardzo ciekawa recenzja, ale dam minusa" - nie, żebym się czepiała, ale pozdrawiam ;)
Karolina