Premiera filmu „Trzy” Toma Tykwera
Film „Trzy” Toma Tykwera („Biegnij, Lola, biegnij”, „Pachnidło”) wchodzi do naszych kin z dodatkową reklamą zapewnioną przez Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie. Przypomnijmy: dystrybutor filmu, firma „Vivarto” wykupiła reklamowe miejsca w warszawskich autobusach przeznaczone na plakat filmu. Widać na nim dwie pary: męsko-damską złączoną w pocałunku oraz męsko-męską, która składa się do pocałunku. ZTM zażądał zmian: mężczyźni muszą być oddaleni od siebie tak, by nie powstawało wrażenie, że mają się pocałować. Joanna Grabowska, przedstawicielka „Vivarto”, mówiła „Replice”: Zostaliśmy zmuszeni do zmodyfikowania zdjęcia z mężczyznami. Para hetero ZTM-owi nie przeszkadzała. Ocena zdarzenia wydaje się jednoznaczna: decyzja ZTM-u wynikała z dyskryminacyjnych, homofobicznych pobudek. Nawet jeśli osoba, która ją podjęła, sama nie jest homofobem, to kierowała się domniemanymi homofobicznymi pobudkami pasażerów, którzy rzekomo oprotestowaliby plakat (a nawet gdyby, to co?).
Niemniej, jak to zwykle bywa w podobnych sprawach, dzięki ZTM-owi o filmie „Trzy” usłyszało prawdopodobnie więcej osób niż dzięki samym reklamom widniejącym w autobusach. A sztucznie odsunięci mężczyźni i tak „sprawiają wrażenie, jakby się mieli pocałować”.
Sperma na klacie
Jeśli rozgłos zapewnił filmowi darmową promocję, to bardzo dobrze, bo „Trzy” naprawdę warto zobaczyć. Nie tylko dlatego, że biseksualistów – a o nich między innymi opowiada Tykwer - w kinie jest jak na lekarstwo. Przede wszystkim: to niebanalne, nieefekciarskie a efektowne kino zupełnie pozbawione (polskiej) dusznej atmosfery moralizowania. Świeży (niemiecki) oddech.
Nie zdradzę chyba wielkiego sekretu, jeśli powiem, że pocałunek, do którego składają się dwaj faceci na plakacie, zostanie w filmie dopełniony. I to z nawiązką - erotycznych scen jest tu zresztą więcej i są śmiałe, również męsko-męskie. Koneserzy mogą odnotować na przykład kolejny „kamyczek” milowy w pokazywaniu homoerotyki na ekranie: mamy w „Trzy” spermę jednego faceta spływającą po klacie drugiego.
Simon i Hanna to para, która zna się jak łyse konie. Oboje są koło czterdziestki, połowę życia spędzili razem. Nie mają ślubu, ani dzieci. Oboje realizują się zawodowo. Okres szału namiętności mają oczywiście dawno za sobą, ale też trudno nazwać ich „starym dobrym (czytaj: nudnym) małżeństwem”. Nie. Mimo zgrzytów czują się ze sobą dobrze. Razem stawiają czoła śmierci matki Simona i jego własnej chorobie, obchodząc się bez wielkich gestów. Towarzyszy im raczej czarny humor.
Gdy Hanna „skacze w bok” z Adamem, nie myśli o zaczynaniu od nowa, czy o rozstaniu z Simonem. Skok w bok ma pozostać skokiem w bok, nie ma sensu nad nim się rozwodzić, nawet jeśli fajnie jest go powtórzyć, bo Adam to całkiem fajny gość.
Dalej wszystko toczy się… zupełnie inaczej niż w tysiącach filmów o tak zwanej zdradzie. Jeśli nie lubicie spojlerów, nie czytajcie dalej.
Adam
Oryginalność scenariusza – prosta w sumie, choć nikt na to wcześniej nie wpadł – zawiera się w tym, że Simon… też skacze w bok z Adamem. Dla niego to jednak skok nie w bok, tylko w inny kosmos. Simon ma otwartą głowę, więc zaczyna się zastanawiać nad swą nieodkrytą dotąd tożsamością gejowską. „Po prostu pożegnaj się z deterministycznym rozumieniem biologii” – radzi mu Adam.
Adam pracuje jako naukowiec – biolog. Jego życie uczuciowe i seksualne jest skomplikowane… pozornie. A raczej: jest skomplikowane tylko z konserwatywnego punktu widzenia. On sam odnajduje się bowiem w wielorakich konstelacjach bez problemu. Jest miłym, zrównoważonym facetem bez problemów emocjonalnych.
Adam odmieni życie Simona i Hanny w sposób, który zwolenników teorii „dwóch połówek” stanowiących doskonałą całość zmusi do pogłówkowania.
Nie uwieść, by uwieść
„Trzy” uwodzi tym, że nie stara się uwodzić. Jego bohaterowie dają się lubić bez wymuszania sympatii widza. Nie są piękni, czasem zachowują się trochę dziwnie, nie podlizują się widzowi. Aktorzy nie gwiazdorzą, nie mają „koncertowych” scen, w których można by podziwiać ich niesamowity kunszt.
Tykwer podsuwa nam historię Anny, Simona i Adama bez stawiania tez, albo robi to tak subtelnie, że łykamy wszystko nawet nie wiedząc kiedy. Nie dramatyzuje przy tym, ani nie próbuje wcisnąć nam traktatu moralnego, choć daje do myślenia.
To wszystko sprawia, że „Trzy”, film nowoczesny, inteligentny i bezpruderyjny, ogląda się na luzie.
"Trzy" ("Drei"), Niemcy, 2010, reż. T. Tykwer, wyk. S. Rois, S. Schipper, D. Striesow; dystr. Vivarto, premiera w kinach w Polsce: 25 maja 2012
No, a ten drugi podobny do Ziemkiewicza :-P
I bardzo turkusowy :-)
O, faktycznie. "Zupełnie inny weekend" pokazał mniej więcej to samo (z drobną różnią, bo nie była to klata, tylko brzuch).