Paranoja narasta. Najpierw chodziło o to, żeby nie dopuszczać organizacji gejowskich do szkół, bo dzieci, dowiedziawszy się o tej jakże atrakcyjnej alternatywie, jaką jest homoseksualizm, mogą zainteresować się erotycznie przedstawicielami własnej płci. Teraz idziemy dalej: orientacja heteroseksualna jest tak słaba i tak podatna na "homoseksualną propagandę", że trzeba próbę "promowania homoseksualizmu" karać więzieniem. Czy jest granica tej paranoi?
- Jacek Kochanowski -
"Trzeba bronić społeczeństwa" - taki tytuł ma jeden z cyklów wykładów wygłoszonych przez Michela Foucaulta, francuskiego filozofia. Słowa te przychodzą mi na myśl jako adekwatne podsumowanie dla tego wszystkiego, co dzieje się dziś w Polsce, a co trafnie określić można mianem antyhomoseksualnej paranoi. Trzeba bronić nie tylko lesbijki i gejów przed pełną agresji mową nienawiści rządzących. Trzeba bronić społeczeństwa przed narastającą falą pogardy wobec każdego, kto nie jest z Nimi.
Michel Foucault jest postacią, którą warto przywołać - był naukowcem, jednym z największych filozofów wszystkich czasów, otrzymał dożywotnią katedrę w College de France, jest źródłem inspiracji dla badaczy i badaczek z bardzo wielu dyscyplin. Otóż ten wielki humanista prawdopodobnie byłby dziś w Polsce obiektem zajadłych ataków i z pewnością nie otrzymałby żadnego prestiżowego stanowiska, ponieważ nie tylko był gejem, ale w dodatku - był także gejowskim aktywistą. Zajmował się "homoseksualną propagandą". Gdyby zechciał spotkać się z licealistami i licealistkami, w Polsce poszedłby siedzieć.
Paranoja narasta. Najpierw chodziło o to, żeby nie dopuszczać organizacji gejowskich do szkół, bo dzieci, dowiedziawszy się o tej jakże atrakcyjnej alternatywie, jaką jest homoseksualizm, mogą zainteresować się erotycznie przedstawicielami własnej płci. Teraz idziemy dalej: orientacja heteroseksualna jest tak słaba i tak podatna na "homoseksualną propagandę", że trzeba próbę "promowania homoseksualizmu" karać więzieniem. Czy jest granica tej paranoi? Oczywiście nie! Bo właściwie dlaczego ograniczać się do szkół podstawowych i średnich, przecież można zakazać promowania homoseksualizmu na uczelniach wyższych. Dziatki mają także dostęp do telewizji, należy zatem zakazać przedstawiania homoseksualnej propagandy w mediach. A w końcu przecież najprościej wsadzić wszystkich propagatorów do więzień, bo to najskuteczniej ochroni dzieci przed ich złowrogim działaniem.
Paranoi doświadczam na własnej skórze. Pewien profesor rozesłał do pewnej rady instytutu maila z informacją, iż odgrzebał właśnie (ciekawa zbieżność w czasie, prawda?) moją wypowiedź sprzed trzech lat, w której nawołuję do przynoszenia pornografii przed kościoły. Oczywiście profesor ów zamieścił w mailu pełen satysfakcji komentarz, że jestem agresywnym działaczem gejowskim, który tylko "symuluje naukę". A jak wygląda prawda? Otóż trzy lata temu w czasie wypowiedzi na konferencji z oburzeniem zareagowałem na oświadczenie przedstawicieli LPR-u, że Parada Równości nie może przechodzić obok kościołów, ponieważ to je profanuje. Powiedziałem wówczas (cytuję za tekstem mojego wystąpienia z portalu Homiki.pl):
"Absurdalność tego sposobu stawiania sprawy, niesłychana impertynencja żądania prawa własności do czasu i przestrzeni w tym kraju domaga równie absurdalnych i równie impertynenckich odpowiedzi. Bo problem oczywiście leży głębiej: sama publiczna obecność, jawność homoseksualistów jest problemem, który trzeba zwalczyć. Problemy z paradami to początek. (...) Jestem przekonany, że stoimy na początku wybuchu antyhomoseksualnej paranoi i nadchodzące bezlitośnie rządy prawicy będą pod tym względem niewątpliwie wyjątkowo bezwzględne. (...) Być może potrzebna jest nowa wersja akcji niech nas zobaczą: pojawmy się z wielkimi zdjęciami pornograficznymi, oczywiście gejowskimi, przed katedrami katolickimi. I wynajmijmy ochroniarzy do palowania wyrostków z młodzieży wszechkosmicznej. Niech nas zobaczą. Niech nas wreszcie zobaczą i zrozumieją, że jesteśmy i będziemy." Kończąc zaś, powiedziałem: "Heteronormatywna przemoc ukryta i jawna sprawia, że nie istnieją warunki do przeprowadzenia strategii czysto komunikacyjnej, czyli prowadzenia spójnego i wyważonego dialogu z partnerami zamieszkującymi wspólnie z nami przestrzeń społeczną. Do dialogu tego gotowi są nieliczni, bowiem generalnie lesbijki i geje nie są w Polsce uznawania za partnerów publicznego dialogu. (...)"
Mówiłem to w 2004 roku, przypominam, choć dziś słowa są jeszcze bardziej przeraźliwie aktualne. Wymowa mojego tekstu jest jasna: kiedy nie chcą nas słuchać, kiedy nas poniżają i kiedy plują nienawiścią, pozostaje krzyk i gniew. Mimo tego nie jest dumny z tej swojej wypowiedzi. Po pierwsze dlatego, że to nie Kościół i ludzie wiary, którymi bywają też przecież lesbijki i geje, powinni być celem akcji sprzeciwu, ale politycy, cynicznie wykorzystujący uprzedzenia antyhomoseksualne i religię do swoich celów. Po drugie dlatego - i pewnie zostanę oskarżony przez bardziej radykalnych działaczy o oportunizm - że, jak widać na moim przykładzie, agresja rodzi agresję. Dziś moje niefortunne słowa z tamtego okresu stają się pożywką dla mowy nienawiści.
Co robić? Cała nadzieja w odważnym, zbiorowym, obywatelskim oporze. Obywatelskość to świadomość odpowiedzialności za swój los, za los polskiej demokracji. Każda z antyhomoseksualnych wypowiedzi Giertycha czy Orzechowskiego powinna zgromadzić tłumy gniewnych lesbijek i gejów, żądających odwołania ludzi kompromitujących Polskę. Przeciw Giertychowi protestował Związek Nauczycielstwa Polskiego. Była garstka naszych. A reszta? Podpowiem: to była sobota. Zapewne szykowali się do klubu.
W Polsce nie ma żadnego ruchu gejowskiego, są tylko niewielkie organizacje działające mocą zapału kilku osób. Lepiej radzą sobie lesbijki włączając się aktywnie do działań grup feministycznych. Nie ma ruchu, bo nie ma świadomości, że jeśli dziś nie przeciwstawimy się nienawiści, nie damy świadectwa temu, że nie wolno bezkarnie poniżać lesbijek i gejów, jutro możemy pójść siedzieć. Już wiele razy gryzłem się w język, nie chcąc siać czarnowidztwa, ale wszystko już po wielokroć przekroczyło granice moje wyobraźni.
Nie, oczywiście, wierzę, że wszystko skończy się dobrze. Na szczęście są ruchy społeczne bardziej aktywne, od lesbijek i gejów i to one będą protestować w naszej obronie. Jest garstka działaczy, która będzie rozsyłać po świecie informacje o kolejnych skandalicznych wypowiedziach. Jest wreszcie Unia Europejska, która w sytuacji, gdy dojdzie do skrajnych rozwiązań, zareaguje, mam nadzieję, stanowczo. Są wreszcie tysiące ludzi dobrej woli, którzy wierzą w takie rzeczy, jak demokracja, prawa człowieka i szacunek dla odmienności. I tylko nas w tej walce zabraknie.
Nie mam, oczywiście, nic przeciw klubom. Lubię do niektórych wpadać. Dziwi mnie tylko, że tak wiele lesbijek i tak wielu gejów podziela opinię premiera Kaczyńskiego, którą był uprzejmy przedstawić w Londynie, iż w Polsce nie ma problemu dyskryminacji osób homoseksualnych, ponieważ są kluby i pisma. Mnie się wydaje, że jest problem. Coraz poważniejszy. Trzeba bowiem bronić społeczeństwa przed triumfem paranoi.
W nowych bardzo czasach żyły sobie trzy dinozaury. Gier tych nie lubił nikt, w które ojciec i syn wraz z adoptowanym "Orzeszkiem" grali! Ponieważ smok wawelski wypadł z gry, nie będzie już czterech gadzich muszkieterów, bo zostały tylko trzy...
Stary smok coś nie lubił kobiet, które mają to w poprzek, ani też ich mężczyzn, bo mu ponoć rewolucję kulturalną wywołali, jak gdyby Europa w Chinach się znajdowała. Skąd wziął kasę, by wydać książeczkę dającą wyraz jego lękom, tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że kazał ją sobie ozdobić, dodając logo Pieprzonej Europy, która nijak jedynie słusznych, świętojebliwych wartości narodowo-katolickich uznawać nie chce. No, to za karę zażądał od niej zwrotu forsy wydanej na jej uświadomienie. I słusznie, nie będzie przecież niewdzięcznikom skrytek poselskich za friko swoimi broszurami wypychał!
Jeszcze kolega smoka wawelskiego, prastarego mieszkańca krakowskiego grodu, nie zdążył dać o sobie zapomnieć (to nie był żaden Krak, to był "Król Maciuś I"), a już jego synek, w wyniku ewolucji częściowo w konia przekształcony, dołożył swoje trzy grosze... To jest jasne, że gady jaja składają, zatem nie ma potrzeby, aby w celu rozmnażania się penetrowały sobie ogonami jelita. Nie wiedzieć czemu tak się dzieje, ale kiedy już te jaja na czymś włochatym spoczną, to potem wicepremier lata z tysiącem złotych do kobiety, która owo miękkie podłoże im udostępniła... Mniej więcej dziewięć miesięcy po fakcie! A za pierwszym razem to nawet ten tysiąc z własnego portfela wyjął, wszak nic nie wspominał potem, czy w kwestii jego refundacji miał więcej szczęścia niż papa.
Syn ów, młody jeszcze i niewyżyty, (s)tresować zapragnął pokolenie, które już niczym innym jak ogonem nie myśli - ale żeby nie było, że je potępiamy w myśl zasady "zapomniał wół jak cielakiem był"... W związku z tym jednojajowa premierka dała "Koniowi" fuchę, w ramach której kaganiec oświaty ma mocno w ręku dzierżyć. I tak oto skończy się rewia mody w szkołach, gdzie córuchny bogaczy mogą szpanować przed potomkami biedoty a i dobrze urodzeni synowie też (oba) łby wysoko w górze trzymają. Tarcze i mundurki oraz msza poranna wraz z przystąpieniem do komunii w ramach jedynie prawdziwego obrządku! I "zero tolerancji" dla całej reszty...
Wszystko jak w bajce: gdzie mieszek (z kasą odpowiadającą ministerialnej posadzie), tam i "Orzeszek", chętny by ją zarobić. Jak tu znaleźć sobie zajęcie, w którym by się wykazać było można, a nie napracować za bardzo? Męczyć się nad ujednoliceniem tych popieprzonych podręczników, z których co jeden, to od głupszego autora pochodzi - to zbytnia mordęga! Ale przecież można na zlecenie szefa sprawdzić, która uczennica podłoże jajom udostępniła, nauk (nie tylko przedmałżeńskich) przedtem nie skończywszy. Podobno to tylko po to, by poznać skalę problemu, bo w to, żeby niby im jakoś pomóc, nikt chyba nie jest tak naiwny, by uwierzyć!
Wydawałoby się, że skoro małoletnie samce stanowią zagrożenie jądrowe dla małoletnich samic, i minister, i jego wicek "Orzeszek" winni być szczęśliwi, iż są nauczyciele, którzy na wdzięki małolatek nie polecą. Przynajmniej oni nie będą w materii jądrowej przysparzać kłopotów. A tu patrzcie: wreszcie wiadomo, dlaczego wyginęły dinozaury... Z powodu niekonsekwencji! Nie wiedzieć czemu, chcą wypieprzać (nomen omen!) belfrów, którzy nie będą ukrywać faktu, iż wdzięki młodzieńców są dla nich bardziej inspirujące. A przecież to żadną niespodziewaną ciążą nie grozi!
I przez tę niekonskwencję ci trzej gadzi muszkieterowie polegną, gdyż Pieprzona Europa ma już ich dość! Wcześniej jeden ich mistrz duchowy, imieniem Adolf, prowadził wojnę na dwa fronty i wiadomo jak się ona dla niego skończyła - na froncie militarnym i w ogóle. Gdybyż ci trzej: "Maciej I", "Koń" i "Orzeszek" coś z tego zrozumieli, to braliby się za jednych: albo za pedałów, albo za Żydów. A tak padną w walce z rozjuszonymi potęgami, które posługują się nastraszliwszą bronią nowoczesnej Europy: political correctness! I dobrze im tak - aż do czasu, gdy z mroków niepamięci odkopią ich archeologowie mentalnośći, jeżeli taka dyscyplina naukowa w ogóle powstanie.
Tez jestem ciekawy, co o tym sadza ludzie z tych organizacji.
Powyższa konstatacja nie jest krytyką idei - lecz metod działania. Sądzę, że aktywność wielu młodych ludzi można łatwo pobudzić. Trzeba im tylko zaproponować konkretny program działania. Tylko że w Polsce panuje przekonanie, że nic nie da się usprawnić i polepszyć, bo najlepiej od razu stare rozwalić i budować wszystko od nowa. Samemu. Bez niczyjej pomocy.