Na festiwalu LGBT "Pryzmat" zasłużony sukces odniosły filmy z wątkiem "T". Komponentu "B" zabrakło, "G" i "L" były zaś reprezentowane na bardzo różnym poziomie...
Na festiwalu LGBT "Pryzmat" zasłużony sukces odniosły filmy z wątkiem "T". Komponentu "B" zabrakło, "G" i "L" były zaś reprezentowane na bardzo różnym poziomie.
W trzy weekendowe dni (10-12 listopada) można było w warszawskim kinie Luna na 6 seansach zobaczyć 9 krótko-, średnio- i długometrażowych filmów (cena za seans troszkę wygórowana: 16 zł).
Festiwal otworzył 26-minutowy dokument "Ivan - nietolerancja" (reż. Marko Popović) o 20-letnim studencie z Belgradu, który nie chce ukrywać homoseksualnej orientacji, więc musi zmierzyć się z homofobią otoczenia. Mieszkanie w akademiku - wśród nieustannych drwin i gróźb - staje się dla niego udręką, a po kolejnych pobiciach samotne wyjście na ulicę bywa zadaniem ponad siły. Film pokazuje również zmagania tamtejszego środowiska LGBT z organizacją belgradzkiej parady równości, która przerodziła się w otwarty atak strażników "normalności". Czyli mimo, że formalnie na Bałkanach - jesteśmy w domu.
Oba filmy, które zajęły pierwsze i drugie miejsce w plebiscycie publiczności, podejmowały problemy osób transseksualnych. Pierwszy z nich ("Z niezwykłym okrucieństwem" Janet Baus i Dana Hunta) opisywał straszną sytuację transseksualnych więźniów, drugi ("Transparent" Julesa Rosskama) przedstawiał transseksualnych rodziców. Znamienne, że w pierwszym przypadku mieliśmy do czynienia wyłącznie z transseksualistami M/K(mężczyznami pragnącymi zmienić płeć na żeńską) a w drugim - wyłącznie z transseksualistami K/M.
Transseksualnym więźniom odmawia się kontynuacji kuracji hormonalnej będącej kluczowym etapem procesu zmiany płci. Osadzeni w celach z innymi mężczyznami - wyśmiewani, poniżani i gwałceni - przeżywają gehennę. Samookaleczenia nie są w tej sytuacji rzadkością. Scena, w której Linda opowiada, jak będąc u kresu wytrzymałości psychicznej odcięła sobie penisa przy pomocy żyletki na oczach więziennego strażnika nie należy do łatwych w odbiorze. "Z niezwykłym okrucieństwem" ukazuje świat i problemy, z których chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę. W konflikt z prawem wchodzi aż 30% wszystkich transseksualistów. Śledząc perypetie dwumetrowej barczystej Lindy, której nikt nie chce nigdzie zatrudnić i która zmuszona jest do wegetacji w małej chacie bez prądu i wody można się przekonać, z jak potwornym (np. w porównaniu z sytuacją gejów czy lesbijek) wykluczeniem społecznym mamy tu do czynienia.
W "Transparent" transseksualne kobiety opowiadają o procesie zmiany płci i o tym, jak ich dzieci reagowały na to, że mama staje się mężczyzną. Facet spokojnie mówiący: "Tylko przy pierwszym porodzie miałem częściowe znieczulenie, z trzema następnymi dzieciakami poszło mi gładko" może "troszkę" zaskoczyć nie zaznajomionego z tematyką transseksualną widza. Film ukazuje ludzi, którzy rodzicielstwa doświadczyli z obu stron "lustra". Mówią oni zgodnie, że nie płeć jest tu najważniejsza, ale miłość i człowieczeństwo. "Moje dzieci wciąż mówią na mnie "mama" - mówi facet o wyglądzie harleyowca (potężny długowłosy blondyn z brodą), chociaż "mamę" zastępują zaimkiem "on" a nie "ona".
Niestety, nie zabrakło na festiwalu niewypałów. Duńska komedia romantyczna "Raz na wozie, raz pod wozem" ("En kort, en lang", reż Hella Joof) przeznaczona jest chyba tylko dla bardzo niewybrednej widowni. Historia pary gejów, z których jeden - Jacob - zakochuje się (z wzajemnością) w...szwagierce drugiego (Jorgena) to zlepek kosmicznych nieprawdopodobieństw. Czy Jacob jest biseksualny? A może to tylko chwilowy zawrót głowy (lub główki?)? Lub dała o sobie znać płynna seksualność Jacoba swobodnie poruszającego się po skali Kinseya? Wszystkie te pytania pozostaną bez odpowiedzi; reżyserka-ignorantka wykorzystała wątek romansu hetero, bo chciała zrobić postmodernistyczną, bezpretensjonalną, "zakręconą" i "odjechaną" komedię. A zrobiła postmodernistyczną kupę na dodatek śmierdzącą rodzinnym ciepełkiem (przewijające się wątki świąt, prezentów itd.). Wszyscy geje w tym filmie to groteskowo przegięte cioty oprócz - oczywiście! - naszych bohaterów, którzy przegięci być nie mogą, bo inaczej popcornowa publiczność by ich nie zaakceptowała. To prezentem dla tej właśnie publiczności ma być romans Jacoba z kobietą, dzięki niemu "przeciętni" widzowie mogą z uciechą kibicować wycieczce bohatera na "jasną stronę mocy". "Raz na wozie, raz pod wozem" ustanowił również nowy rekord świata w kategorii "najgłupszy happy end", zostawiając wszystkie hollywoodzkim gnioty daleko w tyle.
Interesujący, choć może trochę przydługi (100 min.) był dokument "Mój punkt widzenia" (reż. Robin Cackett i Carsten Does) o Gadzie Becku - urodzonym w roku 1923 niemieckim Żydzie i geju, którą z wielką werwą i humorem opowiadał niekoniecznie radosne koleje swego losu. Zaczął od samego początku: "Akuszerka wyciągnęła mnie z łona matki, podniosła do góry...to znaczy, oczywiście nie pamiętam tego, ale pewnie mnie podniosła, po czym klepnęła w pupę i ...poczułem rozkosz. To była proroczo gejowska rozkosz!". Dziś ponad 80-letni Beck z doświadczeniem życia w nazistowskich Niemczech, które odebrały mu ukochanego Manfreda, ze smutnym uśmiechem spogląda na paradę gejów w Berlinie: "Zawsze bałem się tłumów, bo w czasach mojej młodości tłumy oznaczały zagrożenie, niebezpieczeństwo. Ciągle bałem się, że ktoś odkryje, że jestem homoseksualistą albo Żydem i będzie po mnie. A teraz - proszę!" - mówi i puszcza oko do transwestyty przechodzącego obok.
Dzięki "Niewidocznej" (reż. Christiane Wehr, Janna Joke Janssen, Jo Bucher, Marlen Jacob) - niemej grotesce o różnych "kategoriach" lesbijek (butch, femme) - wiem, że nawet na 15-minutowym filmie można się wynudzić.
"Gypo" (reż Jan Dunn) - pierwszy brytyjski film z certyfikatem Dogmy podejmował problem asymilacji romskich emigrantów z Europy Wschodniej i w tym kontekście zaskakiwał wątkiem lesbijskim.
"Butch Mystique" (reż. Debrah A. Wilson) natomiast to kompilacja bezpretensjonalnych wywiadów z lesbijkami butch (zachodzę w głowę, dlaczego wszystkie bohaterki były czarne...). Dziewczyny opowiadają o tym, jak są wypędzane z publicznych toalet damskich, bo wyglądają na facetów; jak kontrowersyjnym tematem w seksie jest penetracja ("Można robić ze mną wszystko, ale do mojej cipki nic nie dam sobie włożyć!") i jak traumatycznym przeżyciem było noszenie sukienek czy kokardek w czasach szkolnych.
Na koniec - polski akcent czyli "Meluzyna" Lucyny Dąbrowskiej. "Dzieło", na które najrozsądniej byłoby chyba po prostu spuścić zasłonę miłosierdzia. Jest to niezamierzona tragikomedia, w której dwie młode dziewczyny poznają się przez Internet i zakochują w sobie a ich uczuciu towarzyszy dezaprobata ze strony rodziców Meluzyny - biernej, zahukanej matki i agresywnego ojca (druga bohaterka, Ewa mieszka sama). Wszystko narysowane najgrubszą z możliwych kresek, karykaturalne, bez dbałości o szczegóły (dlaczego Meluzyna podaje Ewie stacjonarny numer telefonu, skoro ma komórkę?). Pamiętacie fabularyzowane rekonstrukcje wydarzeń z programu "997"? Aktorstwo z tamtych filmików to mistrzostwo świata w porównaniu z "Meluzyną".
Po seansie odbyła się rozmowa z reżyserką. Prowadząca Anna Laszuk musiała dwoić się i troić, by wydobyć z twórczyni "Meluzyny" choć kilka sensownych zdań.
W tej sytuacji zwycięstwo dwóch dokumentów o osobach transseksualnych wydało się jedynym możliwym werdyktem, którego publiczności i sobie serdecznie gratuluję. Po ostatnim seansie organizatorzy zaprosili widzów na pożegnalną lampkę wina.
"Pryzmat" ma być imprezą cykliczną, co przyjmuję z wielkim entuzjazmem oraz nadzieją, że następnym razem frekwencja będzie jeszcze większa (w porównaniu z czerwcowym festiwalem "Teddy On Tour" widać niewielką tendencję zwyżkową, a dziewczyny zdecydowanie górują liczebnie nad chłopakami), a selekcja filmów dokonana staranniej. I że pojawi się wreszcie dobry film o biseksualistach.
Mariusz Kurc - "Replika"