II edycja festiwalu Pryzmat (9-11.11.2007) odbywająca się w warszawskim kinie Luna, okazała się sporym sukcesem. Widoczny w porównaniu z zeszłym rokiem postęp sprawia, że wszyscy zainteresowani kinem LGBT mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Przede wszystkim dopisała publiczność, kilka seansów odbyło się niemal przy pełnej widowni, a nawet wczesne projekcje zbierały dobre kilkadziesiąt osób. Jeszcze rok, dwa i będzie trzeba ustawiać się w kolejce po karnety w przedsprzedaży.
- Mariusz Kurc -
Współpraca: Krzysztof Tomasik
II edycja festiwalu Pryzmat (9-11.11.2007) odbywająca się w warszawskim kinie Luna, okazała się sporym sukcesem. Widoczny w porównaniu z zeszłym rokiem postęp sprawia, że wszyscy zainteresowani kinem LGBT mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Przede wszystkim dopisała publiczność, kilka seansów odbyło się niemal przy pełnej widowni, a nawet wczesne projekcje zbierały dobre kilkadziesiąt osób. Jeszcze rok, dwa i będzie trzeba ustawiać się w kolejce po karnety w przedsprzedaży.
Rozrost repertuarowy festiwalu robił wrażenie: ponad 50 filmów (w zeszłym roku - 9), pokazy jednocześnie w dwóch salach warszawskiego kina Luna zaczynały się o 14.00 i trwały prawie do północy. Nie sposób było zobaczyć wszystkiego.
O zwyżce rangi festiwalu świadczył już sam początek: pierwsze "dobry wieczór" powiedział widzom Jacek Poniedziałek, a w hallu w miłej atmosferze serwowano wino. Inauguracyjny piątkowy wieczór zaczął się od pokazu francuskiego dokumentu "Poza nienawiścią" (reż. O. Meyrou) o rodzicach, których syn został bestialsko zamordowany z powodu homoseksualnej orientacji oraz szwajcarskiej fabuły "Testament Hildy" (reż C. Vorster). Ten utrzymany w dość letnim klimacie film opowiada historię Rexa i Steffa. Spada na nich obowiązek wypełnienia ostatniej woli Martina, z którym obaj - na różnych etapach życia - byli związani.
Jednym z najciekawszych filmów festiwalu okazała się amerykańska komedia "Stowarzyszenie małych cycków" (reż. J. Babbit) - historia Anny, nastolatki, która po rozstaniu z dziewczyna przypadkiem trafia do grona feministek walczących z uprzedmiotowieniem kobiet często radykalnymi metodami. Grupa nazywała się "C(I)A", ale w polskim tłumaczeniu użyto określenia "CBA", co powodowało dodatkowe salwy śmiechu na sali. Był to frekwencyjny rekord przeglądu i nic dziwnego skoro w jednym filmie obok przedniego humoru i antydyskryminującego przekazu udało się zawrzeć jeszcze historię miłości głównej bohaterki do jednej z działaczek. Tylko dlaczego tak sympatyczny film nie wchodzi na ekrany polskich kin w zwyczajnej dystrybucji?
Innym wydarzeniem Pryzmatu był "Wild Side" (reż. S. Lifshitz) - rozgrywająca się na francuskiej prowincji ponuro piękna historia niezwykłego trójkąta miłosnego, w skład którego wchodzi dwóch gejów oraz transseksualna kobieta. W zgodnej opinii widzów i jury był to najlepszy film festiwalu.
Prócz perełek i rarytasów były zgrzyty: porcja krótkometrażówek pod zbiorczym tytułem "Genderowy eksperyment" okazała się eksperymentalna aż za bardzo. Jedynie pokazany w tym bloku "Rosario Miranda" (reż. D. Saute) - choć raził tanim sentymentalizmem - mógł zaciekawić ciekawym bohaterem - transseksualnym biologicznym mężczyzną, który nie zamierza zmieniać płci. Żyje jak kobieta (w małej wiosce na Wyspach Kanaryjskich), czuje się kobietą - a więc jest kobietą.
Wśród innych krótkich metraży wyróżniło się 6-minutowe "Oskarżenie" (reż. J. Quintanilla) z aktorką Almodovara - Loles Leon ("Zwiąż mnie!"). Brawurowy dialog, brawurowa gra aktorska i zaskakująca puenta. Na uwagę zasługuje także "Eskorter" (reż. D. Reitz) o początkującym filmowcu, który decyduje się na seks za pieniądze z facetem, który niegdyś był gwiazdką popularnego serialu.
Z fabuł warto odnotować jeszcze film "Całkiem nowa rzecz" (reż. A. Buchbinder) - pokazywany wcześniej w ramach krakowskiego festiwalu Kultura dla Tolerancji. Emmerson, chłopak wychowany przez pozbawionych uprzedzeń rodziców, zakochuje się w swym nauczycielu - geju przyzwyczajonym do realizowania swych potrzeb seksualnych w publicznej toalecie...
Kto szukał na Pryzmacie tzw. czystej rozrywki, znalazł ją na seansie zabawnej komedii niemieckiej (to jednak nie oksymoron) "Faceci z jajami" (reż. S. Horman). Tak, grała na stereotypach, ale pal sześć - można było naprawdę się uśmiać. Wzruszenie wywoływał za to nagrodzony przez jury "Queerowy pomiot" (reż. A. Boluda), w którym dzieci homoseksualnych rodziców opowiadają o swych rodzinach. Trochę żałuję, że w czasie tego seansu siedziałem na sali obok i oglądałem blok "Zakochanych chłopaków" (zakochanych, ale i nudnawych).
Festiwal zakończył się bardzo mocnym uderzeniem w postaci dokumentalnego obrazu "Mężczyzna we mnie" (reż L. Woodward) o seksualności transseksualistów. Ze słowem "transseksualny" często kojarzą się takie tematy jak zmiana płci czy koszmar życia w nieswoim ciele. W "Mężczyźnie we mnie" nie ma nic z tych rzeczy. Mamy za to scenę, w której dominująca kobieta pociąga łańcuszkiem, na którego końcach są szpilki wetknięte w wargi sromowe jej faceta (tak, tak...). Transseksualiści nie gęsi i swe życie seksualne mają - i to jakie! Wrażenie robi też opowieść chłopaka (który kiedyś był dziewczyną) o korzyściach z nieposiadania "naturalnego" penisa (oraz posiadania wielu sztucznych).
Nie mam wątpliwości, że takie imprezy są potrzebne szczególnie w Polsce, gdzie większość produkcji o tematyce LGBT zwyczajnie nie dociera, festiwale gejowsko-lesbijskie to właściwie jeden z niewielu momentów, by się z nimi zapoznać. Pryzmat zapewne dalej będzie się rozwijał, na przyszłość sugerowałbym organizatorom jedynie troszkę ostrzejszą selekcję filmów (zwłaszcza "eksperymentalnych" krótkich metraży) oraz takie ułożenie programu tego trzydniowego, a więc krótkiego festiwalu, by maratończycy mogli po zakończeniu odetchnąć słowami: "widziałe(a)m wszystko!".
Ja mogę tylko apelować do osób, które coś ciekawego potrafią i chcą podzielić się wiedzą i czasem, aby się do nas zgłosiły, zaś ci, którzy uważają, że poza zakupem biletu do kina warto nam przekazać złotówkę lub dwie też będą bardzo mile widziani.
Mam nadzieję, że spotkamy się na 3. Pryzmacie w przyszlym roku i że tym razem obejdzie się bez nadludzkiego wysiłku, jak to mialo miejsce w tym roku.