Piesek, główny bohater „Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę”, był zawsze inny. Żółty, obcy, drobny, słaby. Małym, wietnamskim dzieciom nadaję się przezwiska, aby złe duchy nie mogły się do nich dobrać. „Piesek” to azyl i kryjówka, która z czasem może zamienić się tożsamość. Powieść Oceana Vuonga jest autobiograficzną opowieścią o odwadze wyjścia z kryjówki, o stwarzaniu siebie.
O wyjściu z szafy? O tym również. Zresztą Vuong napisał tę książkę dosłownie w szafie, ta bowiem była jedynym względnie wytłumionym miejscem w zatłoczonym, studenckim mieszkaniu.
Gejowski romans zaś jest kulminacyjnym momentem powieści, przynajmniej w estetycznym sensie. To wtedy bowiem Vuong, jakby obnażając się, odziera swoją narrację z resztek prozatorskiego porządku, pisząc właściwie wierszem.
Ponieważ Ocean Vuong był dotąd znany jako poeta. I to poeta z ogromnym sukcesem. Jego debiutancki tomik – „Night Sky with Exit Wounds” zdobył m.in. prestiżową nagrodę im. T. S. Eliota. A sam Vuoung stał się fenomenem niemal popkulturowym, trafiając aż do popularnych talk show. Jego wiersze natomiast czytają i interpretują bohaterowie popularnego serialu We Are Who We Are Luki Guadagnino. Jak na poetę, przyznajmy, jest to prawdziwe success story.
Najmocniejszą stroną debiutanckiej powieści Vounga jest język. Już tytuł niesie w sobie poetycki ładunek. Z prostej frazy wyziera tęsknota za świeżością i niewinnością, która pojawiają się w życiu raz, jest właściwie błyskiem, po czym szybko umyka, pokazując nam czym życie mogłoby być, gdyby nie zamieniało się szybko w kaskadę powtórzeń znajomych rymów i rytmów. „Zacznę jeszcze raz”, pierwsze zdanie książki, wskazuje na czysto literacki trop ponownego stworzenia rzeczywistości, jakby tylko literatura była w stanie cokolwiek ocalić z czegoś, co gdy to przeżywamy wydaje się trwać, a co z perspektywy czasu jest zaledwie impulsem wpychającym nas na ścieżkę, z której zwykle bardzo trudno zawrócić.
Książka ma formę listu do matki. Matka Vuonga jest wietnamską emigrantką pracującą w salonie paznokci. Jego dziadek był amerykańskim żołnierzem służącym podczas wojny wietnamskiej. To tam zakochał się w niepiśmiennej wieśniaczce. Miał z nią trzy córki, jednak nie zdążył ich odchować, został wraz z amerykańskim wojskiem ewakuowany. Dziewczynki trafiają do sierocińców. Matka Vuonga, Róża rodzi syna mając osiemnaście lat. Jako „mieszaniec” jest w komunistycznym Wietnamie źle traktowana. Wreszcie zostaje zmuszona do emigracji. Wybiera Stany Zjednoczone.
Wesprzyj Queer.pl - najstarszy portal LGBT w Europie
Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy własnego głosu w Internecie. Daliśmy radę przez 24 lata - z Waszą pomocą przetrwamy także ten ciężki okres. Równocześnie utrzymanie takiego projektu jeszcze nigdy nie było tak trudne.
Zobacz jak wspomóc QUEER.PL Cały ten rodzinny background jest w opowieści Vuonga niezwykle istotny. Nagromadzenie wojennych traum babki, społecznego wykluczenia matki, jej obcości i samotności jest środowiskiem, w którym dorastał Piesek. Głosy i całe życia rodziny są mocno obecne w narratorze. Pięknie o tym mówi Vuong w jednym z wywiadów, kiedy stwierdza, że musiał je wysłuchać i pozwolić im zniknąć. Jego pisanie jest w tym niczym echo, które pozwala je usłyszeć na nowo.
Do tego dochodzą jego własne traumy. Bycie żółtym, ciemnym, na pewno zaś obcym homoseksualistą na amerykańskiej prowincji nie jest łatwą sprawą.
Dorabiając przy zbiorze tytoniu, wśród pyłu, potu i zmęczonych ciężką pracą emigrantów Piesek poznaje Trevora. Trevor jest prostym chłopakiem żyjącym z ojcem alkoholikiem w przyczepie. Sam nie stroni od używek, biorąc wszystko jak leci. W wolnych chwilach gra na konsoli, ogląda football i słucha 50 Centa.
Relacja Pieska i Trevora jest pełna młodzieńczej pasji, będąc przy tym niezwykle czułą, bardzo świadomą. Obaj wiedzą, że tego związku w żaden sposób nie da się ocalić. Od początku jest on naznaczony fatalizmem tego krótkiego momentu w życiu, chwilę przed tym, jak wszystko stanie się poważne. Mężczyźni zdają sobie jednak sprawę, że to, co nigdy nie mogło stać się poważne, mogło być w zamian prawdziwe.
Z tą niezwykle bolesną wiedzą każdy radzi sobie inaczej. Piesek „biegnie z myślą, że prześcignie to wszystko, a jego wola jest silniejsza od strachu przed życiem”. Trevor natomiast pogrąża się w heroinowym nałogu. Jak duża część amerykańskiej prowincji zresztą, na której mieszkają całe rzesze ludzi przegranych, nie próbujących sobie nawet wyobrazić przyszłości. O czym niby wiemy, docierają do nas jakieś wiadomości, ale dopiero prawdziwe wejrzenie w skalę zjawiska przeraża. Trevor był właśnie takim przegranym chłopakiem, wspaniałym tylko przez chwilę.
Róża, matka bohatera nigdy nie zapozna się z adresowanym do niej listem. Nie czyta po angielsku, jest niepiśmienna.
Forma nieprzeczytanego listu jest działającym literacko wehikułem, który pozwala autorowi na bezwzględną szczerość. Jednak ta szczerość nie ma w sobie nic z brutalności. Nawet jeśli pisze ostro, to lirycznie, tak jakby poezja była kokonem chroniącym przed światem. Stąd wrażenie obcowania z po prostu piękną książką, mimo że jest w niej dużo śmierci, rozpaczy, strachu i niepewności. Temu poczuciu sprzyja pewnie coś, co można by nazwać „wschodnią nutą”. Jest w powieści Vounga kojący spokój, medytacja, nazywajmy to jak chcemy. Wystarczy przeczytać fragment:
„Czasami, gdy jestem beztroski, myślę, że przetrwanie jest łatwe: po prostu idzie się naprzód z tym, co się ma lub co pozostało z tego, co się kiedyś dostało, dopóki coś się nie zmieni – lub dopóki w końcu sobie nie uświadomisz, że możesz się zmienić bez znikania, że wszystko, co należy zrobić, to poczekać, aż burza minie i okaże się, że – owszem – twoje imię wciąż jest przywiązane do żywej istoty.”
Być może ten spokój pozwala przetrwać nostalgię, przeżyć moment utraty.
Życie jest eksperymentem w języku i na języku, a kosztem takiego eksperymentowania często jest cynizm, mówi Vuong. Ale w tym samym języku nadal można odzyskać nadzieję, nauczyć się w niej żyć. Dlatego powstało „Wspaniali jesteśmy tylko przez chwilę”.
Powieść na język polski przetłumaczył Adam Pluszka.
Po prostu żołnierz sobie służył i się zakochał, zapewne w wieśniaczce z My Lai (lub podobnej wiosce, jakich w Wietnamie były tysiące). Jak już ją, po zakochaniu, uratował z masakr dokonywanych ręcami jego miłujących wolność i demokrację kolegów, dochował się trojga dzieci, wychowywanych wspólnie w miejscu postoju armii pokoju. Jaka szkoda, że w końcu (nie-do-wychowawszy dzieci) musiał się z kolegami ewakuować do Ojczyzny Wolności.
A tak na marginesie, Piesek nie jest traktowany bez specjalnego respektu, w Wietnamie, nie ze względu na mieszaną rasę (to raczej specjalność południa USA), ale ze względu za związek jego matki z agresorem.