Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oraz szef komisji ds. reguł Jim McGovern z Partii Demokratów przedstawili projekt, który wprowadzał do oficjalnego języka organu słownictwo neutralne płciowo. Zmiany weszły w życie większością głosów w stosunku 217-206. Mają promować m.in. "różnorodność i integrację w nowo wybranym 117. Kongresie".
"Jako przewodnicząca Izby Reprezentantów mam przyjemność dołączyć do Jima McGoverna we wprowadzeniu tego wizjonerskiego pakietu zasad, który odzwierciedla poglądy i pełną gamę wartości historycznie zróżnicowanej demokratycznej większości w naszej Izbie" - mówiła Pelosi.
Nowe zasady nie wprowadzają zakazu używania w niższej izbie Kongresu słownictwa z uwzględnieniem płci - obowiązuje on w oficjalnym języku określonym tradycyjnym regulaminem. Przykładowo słowo "chairmen" zostanie zastąpione przez "chair".
Zmiany obejmą również
określenia dotyczące relacji rodzinnych - wyrażenia: matka, ojciec, córka, syn, siostra i brat zostaną zostaną wyparte przez odpowiednio: rodzic, dziecko i rodzeństwo. Z kolei angielskie zaimki w liczbie pojedynczej, odnoszące się do mężczyzny "himself" oraz do kobiety "herself",
zostaną zamienione na liczbę mnogą "themselves".
(jg)
Jest tam jeszcze inny ładny kwiatek: wsteczne społecznie kobiety mówią o obywatelce sołtys per "sołtysica" ;-)
Na marginesie: książka Olgi Szmidt o Kownackiej (2016) jest wyjątkowym popisem niechęci do opisywanej autorki, niezrozumienia osobowości oraz tamtych - przecież nie tak odległych czasów. I co ciekawe obie książki o profesorze Biedronce są nieobecne (sik, sik!).
W ogóle wszystkie przeczytane przeze mnie książki wydawnictwa Czarne, przedstawiają PRL w wyjątkowo czarnych i karykaturalnych barwach. Ale w twardych okładkach. W czym widzę znaczące iunctim.
W weekend przypomniała mi się książka z mojego dzieciństwa (Maria Kownacka, Jan Edward Kucharski - 'Wiatrak profesora Biedronki' Nasza Księgarnia, pierwsze wydanie 1965). Realia dotyczą okresu mniej więcej roku 1955. Do wsi Majdan przyjeżdża pedagog i przyrodnik, profesor Jan Borowiec (tytułowy profesor Biedronka, nazwany tak przez dzieci z sierocińca, które uczy biologii). I takie fragmenty zacytuję (książkę można znaleźć w sieci w postaci elektronicznej):
O tak! Czytałam to w dzieciństwie, ale zupełnie bym nie zwróciła uwagi na takie sprawy wtedy.
Swoją drogą ciekawe określenie "obywatelko sołtysie"
W weekend przypomniała mi się książka z mojego dzieciństwa (Maria Kownacka, Jan Edward Kucharski - 'Wiatrak profesora Biedronki' Nasza Księgarnia, pierwsze wydanie 1965). Realia dotyczą okresu mniej więcej roku 1955. Do wsi Majdan przyjeżdża pedagog i przyrodnik, profesor Jan Borowiec (tytułowy profesor Biedronka, nazwany tak przez dzieci z sierocińca, które uczy biologii). I takie fragmenty zacytuję (książkę można znaleźć w sieci w postaci elektronicznej):
'(...) - Doskonale! - ucieszył się nieznajomy. - A ja się nazywam Jan Borowiec, mieszkam w Warszawie i jestem przyrodnikiem. I chciałbym tutaj jakiś czas zamieszkać. Może w waszej gajówce znalazłby się dla mnie pokój? Dzieci spojrzały na siebie. - Oj, nie, proszę pana - poważnie powiedziała dziewczynka - u nas teraz wszystko zajęte przez robotników. Las sadzą, w tartaku pracują.
- Może gdzie indziej coś się znajdzie? Dziewczynka jednak zmartwiła się wyraźnie. - Nie wiem, proszę pana, u kogo. Trzeba by iść do sołtysa. - No to pójdziemy! (...)
Wreszcie karawana dobrnęła do pierwszych domów wsi. Na drugim z kolei widniała tabliczka: „Sołtys wsi Majdan”. (...)
- Co by tu wymyślić? Przecież chciałabym gdzieś pana ulokować. Ale u nas teraz ciasno. Ludzi się nazjeżdżało do roboty - nowy tartak idzie, dom ludowy budujemy, las się sadzi. W każdej chałupie lokatorzy.
Młoda kobieta w barwnym kretonowym fartuchu wsparła się pod boki i zamyślona patrzyła na przybysza.
- Chyba żeby pan miał życzenie wspólnie z kim zamieszkać. W jednym pokoju. Cicho, Franuś - zwróciła się do małego berbecia, który wsadził nogę za łóżko i wrzeszczał nie mogąc jej wyciągnąć.
Uspokoiła chłopczyka i pytająco spojrzała na swojego gościa.
- Niemożliwe, obywatelko sołtysie - to by mi przeszkadzało. Książkę piszę, różne przyrodnicze obserwacje będę robił. Muszę mieć spokój, nie mogę z nikim mieszkać.
(...)
Przed domem sołtyski przystanął. Gospodyni pracowała w ogrodzie.
Z podłużnej skrzyneczki wyjmowała dorodne sadzonki pomidorów, robiła kołkiem dziurę w grządce, wkładała delikatną roślinkę i starannie obciskała ziemię wokół korzeni. Profesor przez chwilę przyglądał się jej pracy.
- Dzień dobry, obywatelko sołtysie! - zawołał podchodząc do ogrodzenia. - Mam szczęście, zawsze panią spotykam przy pracy!
Kobieta wyprostowała się, otarła dłonie z ziemi.
- A, to pan! No cóż - koło domu zawsze dużo roboty... a jeszcze ten urząd... Cały dzień nie mam czasu usiąść. Chłop w polu podorywa ziemniaki, a ja tu z ogrodem muszę dojść do porządku. Czas już!
Profesor popatrzał na jej zarumienioną twarz i zapytał:
- Niech mi pani powie, jak to się stało, że nie mąż został sołtysem, ale żona. To dosyć niezwykłe. Ja pierwszy raz spotykam kobietę-sołtysa.
Roześmiała się szeroko.
- Nic w tym nie ma niezwykłego! Skończyłam szkołę rolniczą, wygadać się i wypisać potrafię, społecznie się pracowało, no to wybrali. A mój mąż zadowolony. Mówi, że do sołtysa daleko nie potrzebuje chodzić.
Spoważniała i ciągnęła dalej:
- A wie pan, że u nas we wsi to nie ja pierwsza. W czasie wojny kobieta też była sołtysem. Lepiej od chłopa potrafiła się z Niemcami użerać. Dawała sobie radę. Ludzie ją wdzięcznie pamiętają.
Profesor gwizdnął z uznaniem.
- Dzielne kobiety w tym Majdanie!
- A żeby pan wiedział! Podobno kiedyś, dawno, jak tu Krzyżacy napadali, żona jakiegoś księcia, jak jej mąż wyjechał na wyprawę, zamknęła się ze swoimi ludźmi w zamku i obroniła przed nimi. Sama z łuku strzelała i paru wrogów zabiła. (...)'
Podaję te może przydługie ale wymowne fragmenty, by pokazać, ze nie w języku przyczyna i nie metoda, ale w zmianach ekonomiczno-społecznych, które umożliwiają emancypację kobiet. Albo wojna (mało pociągający sposób), albo przemiany w Polsce, jak po 1944 roku, umożliwiające kobietom studiowanie i zajmowanie niezależnej pozycji społecznej i ekonomicznej.
A książkę bardzo polecam (podobnie jak drugą część: Skarb pod wiatrakiem)
Ciekawa jestem waszych opinii w tej sprawie.
Ja bym chciała konsensusu co do jakichś wybranych dukaizmów, żeby były używane analogowo do singular they w angielskim.
Moim zdaniem utrzymywanie się systemu mniej czy bardziej patriarchalnego, nieprzyjaznego kobietom, zależy nie od tego jakie formy słów będą używane. Przyczyną jest wspierany przez religię system ekonomicznej zależności i wyzysku (różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn pracujących tak samo, na tych samych stanowiskach, stanowi czysty zysk właścicieli środków produkcji). Religia ma też ogólnodyscyplinujące znaczenie, ważne dla rządzących. Bez zniesienia tych dwu składników systemu ekonomiczno-społecznego zmiana słów niewiele zmieni. (Czego przykładem niestety Szwecja, w której się nie udało, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety z grup bez kapitału społecznego i kulturowego. Zmiana zaspokoiła kobiety najlepiej sytuowane, tak że przestały zwracać uwagę na pozostałe. Mechanizm jest zresztą uniwersalny.)
Kiedyś w dyskusji zastanawialiśmy się nad tym jak to wprowadzić po polsku.
Ostatnio pojawia się coraz silniejsza tendencja do używania feminatywów, w moim rozumieniu jej celem jest pokazanie, że nie tylko mężczyźni zajmują takie stanowiska, z drugiej strony to w pewnym sensie narzuca rozgraniczenie płci.
Jakie rozwiązanie byłoby dobre? Zrezygnować z form żeńskich i uznać męskie za neutralne? Wymyślić nowe formy, które nie mają przypisania do płci?
Ciekawa jestem waszych opinii w tej sprawie.
To był ironizm i sardonizm pod adresem Imperium Dobra.
Nijakiego, zdaje się że na angielskim nie uważasz.