"W książce bazowałem na skrajnościach: dusza – ciało, błękit – czerwień, wieczność – moment, śmierć – życie. Dzięki temu uzyskałem jasne kategorie, bardzo przejrzyste. Melancholia lubi takie uporządkowanie, choć nie potrafi wybrać, po której stronie ma stanąć" - mówi w rozmowie z nami Marek Susdorf, autor dostępnej od kilku tygodni książki "Dziennik znaleziony w błękicie".
Bóg. Miłość. Melancholia. By rozliczyć się z przeszłością, do piwnicy rodzinnego domu Mladi sprowadza Starijego, obiekt swoich uczuć sprzed pięciu lat. Tutaj urządza prywatną Pasję: pełną okrucieństwa, ale i chłodnej kalkulacji rewanżu. Stawiany na równi z Chrystusem, Stariji biernie podporządkowuje się biegowi wydarzeń. Czy i tym razem męka zagwarantuje zbawienie?
„Dziennik znaleziony w błękicie” jest opowieścią o poszukiwaniu ciała w zgliszczach wypalonej miłości i wszędobylskim reżimie odcieleśnionej religii.
O książce i jej odbiorze, religii i literaturze LGBT rozmawialiśmy z autorem, Markiem Susdorfem.W pańskiej książce – "Dziennik znaleziony w błękicie" – dużą rolę odgrywa religia. Dlaczego to dla Pana tak ważne?Myślę, że dla każdego człowieka religia odgrywa ważną rolę – czy ten człowiek tego chce, czy nie. W kraju takim jak Polska trudno się odciąć od religii. W co drugim pomieszczeniu, do którego się wchodzi, wisi krzyż nad drzwiami. Z okienek urzędów pocztowych oprócz ofert pocztówek i kredytów wylewają się propozycje czytelnicze o Janie Pawle II. Budynki kościołów mijamy na każdym kroku. W mediach lepi się od religii, związków oficjalnych i szemranych polityki i Kościoła, systemu edukacji i Kościoła, moralności i Kościoła, sprawy kobiecej i Kościoła, a ostatnio nawet szpitali i Kościoła. To przecież chore i trzeba zacząć coś z tym robić, bo sytuacja przestała już być straszna, a robi się całkowicie, beznadziejnie (sic!) śmieszna.
Polskie lewicowe środowiska polityczne i kulturalne powinny silniej walczyć z Kościołem i religią. Tworzyć więcej krytycznych prac, demonstrować, zwrócić się ku sztuce ulicy, nawoływać do apostazji, odważniej i częściej krytykować religię, głośno proklamować autonomię myślenia i zasadę „Nie twoje garnki, to do nich nie zaglądaj!”. I uczyć, uczyć, uczyć. Się i innych.
Nie może być tak, że tego samego dnia rząd przeznacza 16 mln złotych na jakiś pieprzony kościół, który wygląda jak wielka wyciskarka do cytryn, a oddala rozpatrzenie projektu ustawy o związkach partnerskich. W Polsce jakiś cholerny budynek z cementu ważniejszy jest od sąsiada. To nie jest normalne.
Bohaterowie, Mladi i Stariji, są szarpani pomiędzy skrajną duchowością (religijnością) a skrajną cielesnością. Czy nie ma nic pośrodku?Oczywiście, że jest – całe życie! W książce bazowałem jednak na skrajnościach: dusza – ciało, błękit – czerwień, wieczność – moment, śmierć – życie. Dzięki temu uzyskałem jasne kategorie, bardzo przejrzyste. Melancholia lubi takie uporządkowanie, choć nie potrafi wybrać, po której stronie ma stanąć.
Nasze ciała zostały przez chrześcijaństwo rozczłonkowane i nacechowane bardzo negatywnie. W katolicyzmie nie ma miejsca na łechtaczkę, tak samo jak na seks analny. Upolitycznienie religijne naszego ciała jest bardzo głębokie. Dlatego w książce chciałem powiedzieć jasno: „Tu jest moje ciało, a swoją, Boże, duszę możesz sobie zabrać”. Interesuje mnie to, co moje, prywatne, cielesne. Moje ciało, które boli i które daje rozkosz. Nacechowanie ciała jako grzeszne wciąż pokutuje. To w ogóle fascynujące: stosunek Kościoła do homoseksualizmu! Lesbijki mogą sobie być razem, ale nie mogę uprawiać stosunków przeciwko naturze. Czyli nie mogą chodzić do łóżka i dzielić się ze sobą ciałami (sic!). Cieleśnie osoby homoseksualne dla Kościoła nie istnieją. Istnieją ewentualnie ich dusze, o które warto zabiegać, bo są wymienialne na konkretne złotówki. Już Gogol coś o tym pisał.
Z jakim odbiorem, nie tylko ze strony recenzentów, ale też mediów czy zwykłych czytelników, spotkała się książka?Na ogół czytelnicy chwalą „Dziennik znaleziony w błękicie”. To książka po pierwsze bardzo kontrowersyjna, zgodzę się, choć każda prowokacja jest tu uargumentowana filozoficznie. Poza tym to powieść wymagająca. Istnieje kilka płaszczyzn, na których można tę rzecz odczytywać, interpretować, rozumieć. Najprostszą jest poziom samej akcji – historia nieszczęśliwej miłości. Kopiąc głębiej, odkryjemy tu całkiem logiczną krytykę religii chrześcijańskiej. Drążąc dalej możemy przebić się do wystąpienia przeciwko całemu systemowi, w którym żyjemy, przeciwko całej kulturze i ludzkości w ogóle. To tylko trzy interpretacje. Podobno jest więcej.
(śmiech)Dotarło jednak do mnie i kilka negatywnych opinii, ale wszystkie zasadzały się na braku odwagi i wytrzymałości recenzentów wobec brutalizmu tej książki. Takie zarzuty w stylu „Sorry, ale to dla mnie zbyt drastyczne” nie interesują mnie. Jestem bardzo otwarty na merytoryczną krytykę, niestety – lub na szczęście!
(śmiech) – taka do mnie jeszcze nie dotarła.
Jak ocenia Pan literaturę LGBT w Polsce w ogóle?W mojej ocenie nie wypada za dobrze. Jest co najwyżej średnio. Brak mi też dobrej politycznej literatury, jeśli chodzi o literaturę LGBT. W ogóle literatura polska w większości wydaje mi się wtórna i płaska. Nie mamy wyrazistych pisarzy. Kiedyś była to Masłowska. O Witkowskim mówi się teraz częściej w kontekście jego stylizacji modowych, nie literackich. Jesteśmy, wydaje mi się, w bardzo dziwnym punkcie, jeśli chodzi o rozwój literatury, jej odczytania, krytykę i sposoby promocji. Takie literackie fin de siècle przeżywamy. Niby wydawcy wypuszczają na rynek mnóstwo książek, ale większa część tej lawiny to naprawdę literackie gówna. Sparafrazuję Nietzschego: „Literatura nie żyje”. Jak wiadomo, bóg nietzschego żyje wciąż i ma się wcale dobrze. Może musimy po prostu przeżyć ten słabszy, zbyt wariacki dla literatury okres.
Jakie są pańskie inspiracje literackie? Czy są jakieś tytuły, które szczególnie na Pana wpłynęły lub wpływają obecnie?Kiedy piszę, przeważnie otaczam się literaturą, która pomoże mi wejść w klimat czy to okresu historycznego, czy stylistyki, które mnie w danym momencie interesują. Uwielbiam „Panią Dalloway” V. Woolf, jeżeli już mam wymienić moją ulubioną książkę. Choć na niej lista się nie zamyka. Bardzo cenię też Jelinek, Bernharda, Joyce’a, Manna, Dostojewskiego… I miliard, ba!, pierdyliard innych nazwisk!
Rozmawiał: atKsiążka "Dziennik znaleziony w błękicie" ukazała się nakładem wydawnictwa Nowy Świat.
Portal Queer.pl objął książkę swoim patronatem.