Krakowski Marsz Tolerancji obędzie się w przyszłym roku pod nową nazwą. Organizatorzy zdecydowali się na zastąpienie słowa "Tolerancja" określeniem "Równość". "Zmiana wynika z chęci podkreślenia przez nas równości jako celu dążeń ruchu LGBTQ w Polsce" - tłumaczy
Piotr Wójtowicz, koordynator Marszu Równości.
Także w przyszłym roku demonstracji ma towarzyszyć grupa bębniarzy z zespołu SambaKa. "Reszta zależna jest od budżetu" - zastrzega Wójtowicz, podkreślając równocześnie niekomercyjny charakter imprezy. Na pewno zmianie nie ulegnie formuła marszu. Na pytanie, czy jest szansa, aby marsz stał się paradą koordynator Marszu Równości odpowiada, że "tradycja marszy krakowskich powinna być kontynuowana, od samego początku lepiej oddają charakter tej inicjatywy - podkreślają jej obywatelski, niekomercyjny wymiar. Chcemy, aby marsz był wydarzeniem radosnym, ale również miał moc społecznego protestu, co w przypadku parady jest trudniejsze do wyrażenia". Co Wy sądzicie o formule tęczowego święta w Krakowie? Zapraszamy do
udziału w ankiecie.Festiwal Queerowy Maj, w ramach którego odbywa się Marsz Równości może pochwalić się nową,
stroną internetową. Ufundowana przez firmę
Modern NET witryna bardzo pozytywnie wyróżnia krakowski festiwal wśród podobnych przedsięwzięć w innych miastach. Dla organizatorów to bardzo ważny element promocji Queerowego Maja. "Społeczność LGBTQ jest w dużej mierze społecznością internetową i to właśnie w sieci funkcjonują główne media gej i les" - podkreśla
Aleksandra Sowa - rzecznika prasowa festiwalu.
Marsz Równości odbędzie się
15 maja 2010 roku. Już teraz serdecznie zapraszamy.
(ro)
ale przecież heteroseksualiści afiszują się wszędzie non stop ze swoją orientacją ! to im wolno, a nam nie ?! niby dlaczego ??? bo jest ich większość ??? słaby argument ...
Parada, marsz równości (Kraków 2010) http://www.youtube.com/watch?v=E_PdN3W3Ztc
ANTYgejowska manifestacja (Kraków 2010) http://www.youtube.com/watch?v=_emUesFx-OE
Poza is jest rzeczywistość, która operuje swoistą kategoryzacją, a moje odwołanie się do niej jest naturalne i oczywiste, analogiczne do róznic rasowych, religijnych, kulturowych czy w końcu subkulturowych. O ile popieram argumentację Cinclusa (chodzi mi o te epopeje :)), pomimo tego, że się z nią nie zgadzam w zupełności, tak uważam, że tak niekonstruktywne rzucanie hasłami o piątkach w szkole, debilach i idiotach, dorosłym ludziom ponoć nie przystoi.
Co do zasadności marszów, parad etc. Jestem raczej za promocją twórczości queer, jak to robi chociażby "Kultura dla Tolerancji", aniżeli paradowanie po ulicach, w których bierze bardzo mała grupa osób LGBTQ. Choć z drugiej strony, odwołując się do historii Milka, może faktycznie ma to jakiś sens. Zawsze zrobić cokolwiek małego, niż nic nie robić. Ale to już nie jest problem LGBTQ a narzekających wiecznie Polaków.
My jeszcze nie mamy czego świętować. Ale mamy się czego domagać. Jak kiedyś się domagali w Stonewall. Jak dzisiaj u nas domagają się górnicy wysokich odpraw czy stoczniowcy utrzymania miejsc pracy. Nie wiem, czy to jest słuszne, ale, jak widać - skuteczne.
Ja nikogo nie namawiam do brania udziału w marszu czy paradzie. Każdy sam wie, jak powinien postąpić, żeby być w zgodzie z samym sobą. Zastanówmy się tylko, zanim kolejny raz potępimy albo wyśmiejemy jakąś inicjatywę, co tak na prawdę przynosi korzyści. Skąd się bierze postęp w społecznym postrzeganiu osób nieheteronormatywnych. Przecież nasza obecna sytuacja nie wynika sama z siebie. Wynika z historii. Naszej i innych kultur, które do nas przenikają. I ta historia jest historią walki. Czy się to komuś podoba, czy nie.
Smuci mnie, że wiele osób nie chce o tym pamiętać. Albo nie chce tego przyjąć do wiadomości. Nie chce przyjąć do wiadomości, że gdyby się urodzili 70 lat temu, to by skończyli z różowym trójkątem na rękawie w komorze gazowej. Gdyby się urodzili 40-50 lat temu byliby poniżani na każdym kroku przez aparat władzy (przeczytajcie mój po-poprzedni post w tym wątku). Może jest Wam po prostu dobrze, tak, jak jest. Ja już mam dosyć. Chcę się czuć w pełni człowiekiem. Obywatelem. Nie wystarcza mi, że znajomi mnie lubią. Chcę być szanowany przez wszystkich. Nie życzę sobie, żeby ktoś ingerował w moje życie tylko z powodu moich preferencji seksualnych. I z powodu moich preferencji ograniczał moje prawa obywatelskie.
cz. 1
narkoza:
Masz rację.
narkoza:
I znowu Ci przyznam rację: to dobry początek. Ale tylko początek. Potrzebne jest jeszcze rozwinięcie i zakończenie. Jak w szkolnym wypracowaniu. Tu naprawdę nie chodzi o to, żeby jakoś się wyróżniać. Żeby mieć jakieś szczególne prawa czy przywileje. Chodzi tylko o to, żeby mieć dokładnie takie same prawa, jak wszyscy inni obywatele tego kraju. Żeby na tych samych zasadach rozliczać się z podatków, żeby tak samo działało prawo spadkowe, żeby móc się w razie jakiegoś nieszczęścia dowiedzieć w szpitalu, co się dzieje z moim partnerem/partnerką, żebym mógł, kiedy ktoś mi wytknie moją seksualność i poczuję się tym urażony/zdyskryminowany, podać kogoś do sądu i żeby wtedy sąd naprawdę obiektywnie rozpatrzył tę sprawę bez żadnych uprzedzeń kulturowych czy religijnych. Czy to są naprawdę takie wielkie wymagania? Tylko jak to wszystko osiągnąć? Historia pokazuje, że w krajach, w których środowiska LGBTQ wywalczyły sobie równe traktowanie, nie odbyło się to na zasadzie tylko i wyłącznie fali coming outów. Za tym szły demonstracje, protesty, marsze... I parady. Świętujące zwycięstwo. Jak parady na cześć niepodległości czy czegoś tam równie radosnego.
Dobre pytanie, naprawdę. I myślę że nikt nie zna odpowiedzi. Ja osobiście nie mam problemu żeby zaakceptować prawa (albo ich brak) które teraz mamy. Ale nie będziemy wgłębiać się w mój stosunek do tego.
Gdyby homoseksualiści znaleźli taki sposób żeby coś zmienić to pewnie zostałby wdrożony, ale najwidoczniej nie ma i dlatego ograniczamy się do marszów i parad. Bo nic innego nie zostaje. Oprócz oczywiście indywidualnej walki, która chyba jest najbardziej widoczna. Sam "coming out" to już podjęcie jakiejś walki. Walki o akceptację, tolerancję, mam rację? Szef, nauczyciel czy ludzie z naszego środowiska, mają wtedy świadomość że gdzieś w ich pobliżu czai się homoseksualista (jej, jak to zabrzmiało). Przyzwyczaja się, widzi że to taki sam człowiek jak reszta i nie ma żadnych podstaw do tego żeby go dyskryminować. Dlatego sądzę że indywidualna walka to dobry początek. A co dalej? Nie mam pojęcia, ale jak się dowiem to Wam powiem.
shonuff
Teraz Twoja kolej. Wykaż się znowu ironią. Może coś w stylu "A były w tej bajce smoki?" Ehh..
Znajomi, no to wiadomo. Akceptują. Tych bardziej otwartych namówiłem, żeby podpisali petycję na wszyscynatak.pl. Co zrobili.
Hmmm... ja na co dzień po prostu staram się być sobą. Jeśli ktoś mnie polubi, to ok. A jak nie - trudno. Nie mam zamiaru za wszelką cenę wszystkim się przypodobać. No więc tak: chcę mieć swoje prawa. Jak wszyscy inni w tym kraju. Co wg Ciebie powinienem robić? Co jest najlepszym sposobem? Powinienem co niedzielę chodzić do kościoła, żeby mnie wszyscy widzieli? Powinienem się spotykać ze swoim facetem ciemną nocą żeby nikt nas nie widział razem i nie myślał, że grzeszymy? Co powinienem zrobić, żeby poprawić swój obraz w otoczeniu? I jednocześnie być w zgodzie z samym sobą?
Poza tym, jak już na początku pisałem: mam dość płacenia takich wysokich podatków. Niby w imię jakich racji???
Więc teraz napisz mi, proszę, co powinienem robić, żeby się nie ośmieszać (i całego środowiska), a jednocześnie żeby osiągnąć swoje cele?
Wizerunek... No jasne, że to bardzo ważny sposób robienia czegoś dobrego. Problem jest tylko taki, że działa bardzo wolno. Poza tym nie zawsze się da. Pani Nowakowa z pierwszego piętra krzyczy za mną na schodach "ty pedale", bo się ośmieliłem zwrócić jej uwagę, że jej pies permanentnie sra pod moim balkonem. Pani Kowalska za to mnie z kolei lubi, bo pies Nowakowej sra też pod jej balkonem, tylko Kowalska nie chciała wchodzić w konflikt z Nowakową i nic jej nie powiedziała. Może ja też nie powinienem był nic nie mówić. Piątkowski z drugiego piętra mnie lubi, bo mu pomogłem zainstalować satelitę. No i co chwilę mu pożyczam jakieś narzędzia. Pan Zdzisek też mnie lubi, bo zawsze mu daję, jak mu brakuje na piwo. Chociaż było ostro, bo kiedyś mu powiedziałem, że jak jeszcze raz nasika w windzie, to koniec przyjaźni. No ale przestał sikać i teraz jest ok. Syn Przybylskich przestał syczeć pod nosem "ciota" na mój widok, odkąd go ocaliłem pod blokiem od trzech łebków, którzy mu chcieli skroić komórkę. Później mi powiedział "Nie myślałem, że ciota może mieć takie jaja. Szacun." Za to pan Borkowski spluwa na mój widok. Bo nie mam na drzwiach białą kredą "K M B". Do tego pracuję w banku, więc wiadomo: jestem odpowiedzialny za cały światowy kryzys. Pan Borkowski na szczęście powierza swoje oszczędności Ojcu Rydzykowi, więc nic nie stracił. No ale ja jestem dla niego diabeł wcielony: Żyd, mason i cyklista. No i kurcze... nie wiem, co mam zrobić, żeby wszyscy sąsiedzi mnie polubili. W pracy mam podobnie. Pani Basia z kadr mnie lubi, bo zawsze sobie głupio gadamy i mamy śmiechawkę, ale Edek z mojego działu mnie szczerze nienawidzi. Bo to ja pół roku temu dostałem awans, a nie on. Wszędzie rozpowiada, że to tylko dlatego, że szef jest moim wujkiem (zbieżność nazwisk przypadkowa) i po godzinach się pierdolimy w jego biurze (Nieprawda!!! Tylko raz mu zrobiłem loda i nie był zadowolony. Stwierdził, że Zosia z windykacji robi lepiej. Chyba się będę musiał podszkolić.)
Nie mam zamiaru Cię atakować. Masz prawo mieć swoje zdanie i ja je szanuję. I jestem nawet gotowy przyjąć Twój punkt widzenia. Pod jednym tylko warunkiem: jeśli nie marsze, to podaj mi inną propozycję wywalczenia sobie praw. Bo dla mnie to jest istotne. Bardzo mi zależy, żeby płacić niższe podatki mogąc wypisywać wspólne roczne rozliczenie z moim partnerem. Zależy mi, żeby to on po mnie dziedziczył, a nie moja rodzina, z którą jestem skłócony i która go nie akceptuje. Myślimy też o adopcji, bo żal nam tych dzieciaków, które siedzą po domach dziecka. Pytam Cię więc, w jaki sposób możemy dążyć do zmian w istniejącym prawie, żebyśmy nie byli dyskryminowani? Podaj mi jakiś sposób.