Ekumeniczna Agencja Informacyjna o "Tajemnicy Brokeback Mouintain"
Najnowszy obraz Anga Lee budzi ogromne emocje - dla jednych to "elegia o kowbojach umierających z miłości" ("The Independent"), dla innych "kamień milowy w historii przedstawiania homoseksualizmu na ekranie" (Krzysztof Tomasik, innastrona.pl) a dla Kazimierza Bema, piszącego dla Ekumenicznej Agencji Informacyjnej (EAI) "Brokeback Mountain" to "filmu o grzechu".
Wbrew pozorom głos dziennikarza EAI nie jest homofobiczną nagonką, która ma miejsce od premiery filmu na festiwalu w Wenecji. To opinia, z którą można się zgodzić, którą można też odrzucić... ale warto się z nią zapoznać. Dziękujemy panu Kazimierzowy za udostępnienie tekstu. To w czasach coraz większych podziałów bardzo wartościowy głos.
Brokeback Mountain, czyli film o grzechach
Kazimierz Bem, Ekumeniczna Agencja Informacyjna
Znana amerykańska gazeta ewangelikalna "Christianity Today" umieszczając recenzję tego filmu zaczęła ją od następującego zdania: "Film ten ukazuje związek homoseksualny i zawiera niedwuznaczne sceny seksualne z udziałem dwóch mężczyzn. Po długiej dyskusji, postanowiliśmy zrecenzować ten film, pomimo jego kontrowersyjnej treści." Tłumacząc przyznanie mu aż trzech gwiazdek (na cztery możliwe), ta sama redakcja dodała :"Jest to związane tylko z jakością reżyserii, aktorstwa, kinematografii etc. To nie jest w żadnym wypadku rekomendacja obejrzenia filmu, ani ocena moralnej dopuszczalności tematu." (podkreślenie w oryginale CT) A zatem i my się przyjrzyjmy temu filmowi o wzajemnej miłości dwóch kowbojów.
Jack Twist (Jake Gyllenhaal) i Ennis Del Mar (Heath Ledger) poznają się pilnując owiec na zboczach góry Brokeback Mountain. Z dala od cywilizacji, od innych ludzi, dwóch mężczyzn najpierw się zaprzyjaźnia, a później, w pewną deszczową i chłodną noc, zostaje kochankami. Ich związek, ilustrowany wspaniałymi widokami, jest pełen niedomówień. Na drugi dzień po wspólnie spędzonej nocy, każdy z nich uroczyście deklaruje, że żaden z nich nie jest "pedziem" (queer). Poszukują bliskości zarówno w miłości fizycznej, ale także i w bójkach. To taniec miłości i nienawiści. Gdy lato się skończy, rozjadą się w różne strony bez pożegnania, i minie kilka lat zanim znów się spotkają. W międzyczasie, obydwaj się ożenią i założą rodziny.
To ponowne spotkanie, po czterech latach, wskrzesi ich związek. Ale będzie różnica: podczas gdy Jack cały czas czeka, aż Ennis zdecyduje się opuścić swoją żonę i zaryzykować zamieszkanie z nim, Ennis uważa ich wspólne "wyprawy na ryby", za ucieczkę do normalności w jego życiu. "Jeśli nie możesz czegoś naprawić, to musisz to przetrzymać" to jego filozofia, która jednak czyni z niego zgorzkniałego, samotnego mężczyznę, który wywołuje bójki dla samego bicia się, by w ten sposób odreagować swoje frustracje.
Mijają lata i niewiele się zmienia. Choć każdy z nich ma coraz większą świadomość uciekającego czasu i niespełnienia. "Chciałbym wiedzieć, jak cię zostawić!" (I wish I knew how to quit you!) - w pewnym momencie krzyczy zrozpaczony Jack do Elmera i jest to chyba najbardziej poruszający moment filmu.
I wreszcie koniec; niesatysfakcjonujący, niejednoznaczny, jak cały film i chyba jak ich życie.
Jeden z ewangelikalnych krytyków nazwał ten film "Wielką obmacywanką", ale trzeba być doprawdy wielkim frustratem seksualnym i intelektualnym zerem, by "Brokeback Mountain" sprowadzić tylko do filmu ze scenami miłości gejowskiej. Co zatem jest chrześcijańskiego w tym filmie? Czy może być coś chrześcijańskiego w filmie o dwóch kowbojach homoseksualistach?
Dla mnie to był film przede wszystkim o grzechu. Jakim? No właśnie. Niektórzy odpowiedzą: o grzechu homoseksualnych zachowań. Bo gdyby Jack i Ennis się nie spotkali, to być może nigdy nie przeżyliby związku fizycznego i emocjonalnego z sobą, nigdy by nie zdradzili swoich żon, ani z sobą, ani z przygodnymi partnerami w Meksyku, co było zwyczajem Jacka. Czyż bowiem nie jest grzechem uporczywe, wieloletnie zdradzanie swej żony i matki swoich dzieci? Czyż nie jest grzechem okłamywanie najbliższych przez lata? I wreszcie, czyż nie jest grzechem kontynuowanie związku, który rani i niszczy wszystkich dookoła i tych, którzy w nim pozostają?
Inni zapytają o innego rodzaju grzech. Czyż nie jest grzechem zmuszanie ludzi do życia w zakłamaniu, dla naszej własnej wygody intelektualnej i moralnej? Czyż nie jest grzechem pokazanie małemu chłopcu "dla przestrogi" skatowanego na śmierć starszego geja, którego sąsiedzi przykładnie (możnaby powiedzieć: biblijnie) ukarali za życie z drugim mężczyzną? Czyż nie jest grzechem zaszczucie ludzi do takiego stopnia, że wolą być samotni niż odważyć się na okazywanie odwzajemnionej miłości? I czyż nie jest grzechem, doprowadzenie do sytuacji, gdzie krzyk "Chciałbym wiedzieć, jak cię zostawić!" jest jedynym wyznaniem miłości w tym filmie? I czy przypadkiem nie byłoby tych wszystkich grzechów mniej, gdyby Jack i Ennis nie musieli uciekać w góry i żyć przez całe lata pamięcią jednego lata spędzonego razem w górach z daleka od innych ludzi?
Nie mam odpowiedzi na te pytania.
Wspomniane czasopismo "Christianity Today" zaproponowało swoim czytelnikom pytania do dyskusji po filmie. Oto kilka z nich: "Czy miłość - hetero czy homoseksualna - może pozostać ukryta i jednocześnie zdrowa? Dlaczego?"; "Jak chrześcijanie powinni podchodzić do filmów ukazujących związki gejowskie? Czy możemy się z takich filmów czegoś nauczyć o kulturze gejowskiej albo o nas samych?"
Gdy siedziałem po zakończeniu emisji w fotelu i zastanawiałem się nad zakończeniem i przesłaniem "Brokeback Mountain" przyszły mi na myśl słowa Pisma: "Jeśli myślimy, że jesteśmy bez grzechu, to oszukujemy samych siebie, i nie ma w nas prawdy."
I być może to jest to przesłanie filmu, tak subtelnie ukryte, jak miłość na zboczu Brokeback Mountain przed wielu, wielu laty.
Jestem gejem (oczywiście, skoro piszę na tej stronie), jestem niewierzący. Ale jak prawie każdy Polak zostałem wychowany na katolika i choć z wiekiem i dojrzałością przestałem wierzyć w istotę nadprzyrodzoną, to pozostałem chrześcijaninem (ale nie w sensie wyznawania jakiejś religii chrześcijańskiej, lecz w sensie przyswojenia sobie systemu wartości Chrystusa – opartego na miłości bliźniego, współczuciu, zwłaszcza dla słabszych, wybaczaniu, pytaniu się kto jest bez grzechu, żeby rzucać kamieniem, wiary w jakąś wyższą sprawiedliwość, której nawet jeśli nie ma, to powinna być).
Jestem bardzo zbudowany i wzruszony tym artykułem, bo przekonuje mnie on, że są jeszcze prawdziwi chrześcijanie wśród tzw. chrześcijan (vide Radio Maryja, Nasz Dziennik, LPR, PiS). U Pana Bema widzę tolerancję, zrozumienie dla problemów gejów, z którymi to problemami musimy się borykać całe życie. Musimy się ukrywać, obawiać (Ennis w filmie mówi o tym, że wydaje mu się, że ludzie patrzą na niego podejrzliwie i że wiedzą o nim), kłamać wobec rodziny, w szkole, w pracy, wobec znajomych, sąsiadów, albo przynajmniej milczeć i zostać takim samotnikiem jakim stał się Ennis. Musimy cierpieć wyśmiewania nas, agresję, przynajmniej werbalną, gorsze traktowanie. Nikt prawie (pozdrowienia dla mojej mamy, która w pełni mnie i mojego Marcina toleruje) nam nie pomaga w zakładaniu rodzin, nie wspiera naszych związków, nie cieszy się, gdy idziemy za rękę lub przytulamy się. Nie możemy żyć tak łatwo jak inni – normalni ludzie. Geje obrażają się jak się mówi na nich „nienormalni”, ale zgodzić się muszę, że akurat takiego modelu popędu płciowego to natura, prostuję: ewolucja i dobór naturalny nie przewidują jako właściwego. Mniejsza o to – o słowa. Mniejsza jak to zakwalifikować. Ważne, aby dać nam żyć tak, jak nas natura w tym jednostkowym przypadku raczyła mieć ochotę stworzyć (względnie wedle koncepcji religijnej: jak Bóg nas niektórych – gejów raczył stworzyć; zawsze się pytam, skoro jest On tak dobry, po co to uczynił?).
Dlatego doceniam bardzo stanowisko Pana Bema. Nie wiem jakie ma przekonania, czy toleruje homoseksualizm jako taki, czy też tylko traktuje nas jako chorych, którym trzeba współczucia. Chcę wierzyć, że sięga dalej niż tylko współczucia dla chorych i że rozumie, że nas takich „skrzywionych” natura (Bóg) stworzyła i nie ponosimy za to winy, mamy to w sobie głęboko, potrzebujemy to realizować tak jak normalny człowiek potrzebuje miłości, ciepła, bliskości drugiej osoby, fizycznych zbliżeń, bezpieczeństwa, jakie ta bliskość drugiej ukochanej osoby daje.
Pan Bem w artykule przedstawia dwie propozycje grzechu: pierwsza staroświecka, powszechna, prosta. Ale ja wiem, że to koncepcja przekorna, może trochę konformistyczna, może dla zachowania pozorów.
Ta druga koncepcja grzechu – grzechu nietolerancji, okrucieństwa i niesprawiedliwości, jest – dla mnie rzecz oczywista – słuszna. Słuszna dla każdego kto doświadczył nietolerancji, niesprawiedliwości, strachu i duchowego uwięzienia.
Czy kiedyś nasz społeczeństwo będzie takie, jakie powinno być? Ja wierzę, że kiedyś tak: po niewolnikach, kobietach, dzieciach, Murzynach, zwierzętach także kiedyś także my geje nie tylko dostaniemy swoje prawa, ale także będziemy akceptowani i rozumiani przez większość.
Polecam gorąco obejrzenie tego głęboko humanistycznego filmu.
Tutaj na Tajwanie, skad pochodzi Ang Lee - rezyser filmu, pytanie z czym kojarzy sie ludziom Brokeback Mountain wcale nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Rozmawialem z kilkoma osobami, ktore zapytane o "ten" najnowszy film gejowski nie wiedzialy o co chodzi.
Dlaczego?
Na Tajwanie "Brokeback Mountain" jest filmem o milosci. O milosci, ktora nie skonczyla sie na jednej nocy, na jednym lecie, o milosci, ktora przetrwala.
Mozna go i kojarzyc z religia, ale chyba wlasnie przez jego uniwersalne przeslanie - milosc.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich i goraco polecam film!
Daniel
PS. Katolikow na Tajwanie jest ok. 1%, a biskup zapytany kiedys przeze mnie podczas jednej z wizyt "naszych" polskich parlamentarzystow o to, co jest najwazniejsze w misji kosciol, odpowiedzial: "Wspolpraca. Wspolpraca dla dobra wszystkich." Kosciol tutejszy prowadzi uniwersytet katolicki, na ktorym studentow-katolikow jest zaledwie kilka procent, prowadza tez domy opieki itp... i wcale nie trzeba byc katolikiem by do nich trafic.
W drodze na lotnisko jeden z parlamentarzystow "madrze" stwierdzil: "Widac, ze brakuje im tutaj tej prawdziwej religii".
Teraz dodalbym jeszcze: "Nawet z obrzydliwego i grzesznego filmu o pedalach potrafili zrobic historie o milosci...".
co do filmu iwidiziałem i polecam, bardzo mi ise podobał.