To chyba normalne, że czytając książki, chcemy tam znaleźć także coś o sobie? Ja w każdym razie cieszę się, ilekroć znajduję. Co prawda nie mam wielu powodów do radości, bo drag queens pojawiają się w polskiej prozie rzadko: są wykluczone jako osoby nieakceptowane społecznie przez swoją orientację (bo przecież to najczęściej geje), a jednocześnie bywają odrzucane również przez sporą część środowiska LGBT – jako dziwadła, freeki, postacie z piórami w dupie, niepotrzebne na Paradach, szkodzące wizerunkowi, opóźniające emancypację. Dlatego też, nawet kiedy polska literatura przełamała się i pojawiły się w niej postacie gejów, byli to najczęściej geje „ugrzecznieni”, młodzi, ładni i sympatyczni, nie łamiący społecznych norm (poza tą jedną, seksualną, o której zresztą zazwyczaj nie wspominano za dużo). Dopiero kolejny etap to pojawianie się postaci bardziej kontrowersyjnych, które mają prawo do istnienia nie dlatego, że nie różnią się od osób hetero, ale dlatego, że istnieją.
Magdalena Zych, autorka „Siedmiu szklanek” (2011, Wydawnictwo Prószyński i S-ka) jest zaangażowaną działaczką LGBT, interesująca się teorią queer. To niebanalna i napisana żywym językiem historia rodzącej się miłości zwykłego, nie wyróżniającego się Kuby oraz ekscentrycznego Emila. Uwagę zwraca zwłaszcza ten drugi. Emila poznajemy na prywatnej imprezie. Kuba, uprzedzony o tym, że Emil „czasem ubiera się w sukienki” wyobraża sobie „pokracznego drag queena z niedogoloną kwadratową szczęką i wystającymi łokciami, kiwającego się niezgrabnie na wysokich obcasach, całego w kolorowych piórach”, jednakże kiedy go widzi, sądzi przez chwilę, że ma do czynienia z autentyczną kobietą. Emil „śpiewa” do improwizowanego mikrofonu, tańczy na stole (do drag queenowskiego klasyka „I will survive”), jest sympatyczny i irytujący, przyciąga i odpycha. Padają zdania, które niejedna drag queen wypowiedziała na scenie, np. „Na świecie w ogóle nie ma heteryków. Są tylko źle podrywani biseksualiści”. Z czasem poznajemy Emila dokładnie, widzimy, że choć ma niewątpliwie cechy drag queen (również cięte riposty!), na pewno jednak nie reprezentuje jednego typu mniejszości (zresztą, chyba żadnej drag queen nie dałoby się zaszufladkować). Jak się wydaje, to zabieg celowy. Autorka, nie ukrywająca fascynacji teorią queer, stworzyła postać, która nie mieści się w przegródkach z podziału LGBT, i sama ma te przegródki w głębokim poważaniu: „LGBT, myślałby kto (…) Ta ich żałosna branża! (…) żenujące anonse, te obślizgłe darkroomy i te zawrotne kariery, bo się któryś wziął i wykamingautował. Też mi osiągnięcie. (…) Biseksualiści są traktowani jak zdrajcy, wyrzutki i tchórze, transseksualiści to wybryki natury, o transwestytach lepiej nie wspominać. Nawet nie mają swojej szufladki. Zamiata się ich elegancko pod dywan. Zresztą oni sami najlepiej się tam czują, z miotełką i w jedwabnej bluzce żony. Ja sobie za bardzo cenię niezależność, żebym miał chodzić na jakieś ich parady (…). Żeby mi potem któryś ważny pan gej zadzierał nosa i wyrażał do kamery swoje ubolewanie, iż źle się dzieje, że parady są zbyt kolorowe, bo ludzie mogą nabrać mylnego wyobrażenia o nim i o jego chłopaku. Bo oni są normalnymi, porządnymi pedałami, a przy tym Prawdziwymi Polakami, a nie jakimiś homo-niewiadomo z piórkiem na kuprze. Ja nie zamierzam na paradzie udawać, że jestem taki jak oni (…) jeśli przyjdzie mi ochota, żeby założyć sukienkę i przejść się Marszałkowską, to zrobię to we własnym zakresie.”
Nic dziwnego, że nawet recenzenci mieli problem z percepcją postaci Emila. W recenzjach padają określenia „transdiva” (pojawiające się również w książce), „artysta o bliżej nieokreślonej płci”, a nawet „jakowyś transowo-dragqueenowaty biseks ze skłonnością do makijażu i babskich ciuchów”.
Sama autorka mówi w wywiadzie: ”Nie podobały mi się tendencje do odcinania się od osób trans czy od biseksualistów, zabolało mnie to, że „zwykli” geje mają pretensję np. do drag queens biorących udział w Paradach Równości”. Nie miałem przyjemności poznać autorki osobiście, lecz widziałem ją niejednokrotnie w klubie przy ul. Burakowskiej, także na swoich drag queens show. Moja znajoma krytyczka literacka, Kinga Dunin, po przeczytaniu tej książki stwierdziła, że postać Emila jest zapewne w jakimś stopniu wzorowana na mnie – nie jestem tego pewien, ale nie wypieram się podobieństw.
Takich wątpliwości nie mogę mieć przy
zbiorze opowiadań Kai Malanowskiej „Imigracje” (2011, Wydawnictwo Krytyki Politycznej). I w ogóle mam problem z pisaniem o tej książce. Autorka – biolożka z wykształcenia (doktorat z genetyki bakterii na University of Illinois, za swoją literacką twórczość nominowana m. in. do Paszportów Polityki oraz finałowej siódemki Nike), jest moją serdeczną przyjaciółką. Głównym moim problemem jest zatem to, że
postać wietnamsko – polskiej drag queen, którą autorka opisuje, jest autentyczna, zaś opisywane wydarzenia – prawdziwe. Autorka idzie do klubu, poznaje drag queen azjatyckiego pochodzenia (występującą w książce pod pseudonimem scenicznym Butterfly, a poza sceną – Max). Narratorka nawiązuje z nim znajomość. Chodzą razem po sklepach, knajpach, pizzeriach, przyjmuje jego pomoc w przeprowadzce, poznaje ze swoją matką, a w piątki odwiedza kluby obserwując i zachwycając się jego kolejnymi występami. W tle przesuwają się inne drag queen, wzorowane na autentycznych koleżanki Butterfly: DQ Domina (autentyczna), DQ Pusi Cat (autentyczna, Pussy Cat), DQ Luiza (wzorowana na DQ Żaklinie). Widzimy dokładne opisy drag queen show („delikatna, śliczna Azjatka przebrana za Violettę Villas, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach: w długiej, atłasowej sukni, futrzanej etoli, rękawiczkach z miękkiej białej skórki. Na wskazującym palcu miała pierścionek z kolorowym kamieniem, na głowie ma jasną perukę i przybrany kwiatami kapelusz. Butterfly nie poszła na łatwiznę, żadnych znanych gejowskich przebojów. Załamała drobne dłonie na środku sceny i zaśpiewała „Do ciebie, mamo”. Jest idealna, pomyślałam, idealnie kobieca, nawet zbyt kobieca, zbyt delikatna jak na drag queen. Patrzyłam zafascynowana, jak ściąga beżową sukienkę, żeby odkryć następną, granatową, błyszczącą kreację, a potem jeszcze jedną, tym razem śnieżnobiałą, z trenem panny młodej. Takiego popisu się nie spodziewałam.”) , słyszymy dragqueenowskie przeboje (z – a jakże – „I will survive” na czele), odwiedzamy z autorką prywatną garderobę Butterfly, gdzie widzimy „od podłogi do sufitu kolorowe suknie, błękitne, zielone, krwistoczerwone, różowe i czarne. Na specjalnych stojakach kapelusze, strusie pióra, rękawiczki, woalki, podwiązki do pończoch, w niezliczonych rzędach, rozwieszone nad toaletką. Setki kolczyków, bransoletek, korali. Ojej – jęknęłam”. Z Butterfly/Maxem, rozmawia nie tylko o kosmetykach, ale także o życiu prywatnym, pracy pozascenicznej, jej/jego rodzinie, chłopaku, problemach. Stara się zrozumieć potrzebę bycia drag queen (pyta o występy: „dlaczego to robisz?”), wytłumaczyć ją swojej matce („po co ty się z nim widujesz? Nie rozumiem, naprawdę. Ćwierkasz do niego przez telefon jak głupia, kochanie to, kochanie tamto. Żebyś do mnie raz kiedyś powiedziała „Kochanie””), a następnie wytłumaczyć ją czytelnikom. Czy autorce się to udaje – nie potrafię ocenić.
„Imigracje” to aluzja do różnych wymiarów obcości i samotności wewnętrznej. Chociaż w recenzjach dragqueenowskiego opowiadania dominowało zdziwienie, iż „zza makijażu i strojów wyłania się nie żadne dziwadło, tylko odpowiedzialny mężczyzna”, w opowiadaniu tym bycie drag queen to tylko część tożsamości. Postać, która ją tworzy, należy jednocześnie do wielu różnych światów i wymiarów, a jednak pomimo ich niedostosowania potrafi (potrafię) znaleźć satysfakcję z tak wielowymiarowego życia.
DQ zawitały również w dydaktycznej (i mocno stereotypowej) powieść dla nastolatków
Anny Onichimowskiej „Koniec Gry” (2012, Wydawnictwo Znak emotikon). Trzeba z góry powiedzieć, że to bardzo „grzeczna” powieść – wulgaryzmy są wykropkowane, a wszelkie fragmenty dotyczące seksualności – pominięte. Głównym bohaterem jest siedemnastoletni chłopak odkrywający, że pociągają go nie tylko kobiety. Książka opisuje jego proces outowania się przed dość tradycyjną rodziną (w tym homofobicznym bratem bliźniakiem, nie cierpiącym „pedałów”) swoją dotychczasową dziewczyną, oraz otoczeniem. Książka niewątpliwie wciąga, bohaterowie są dość realistyczni, momentami dobrze przedstawieni, mają swoje wady, zalety i słabości. Momentami autorka wpada w stereotypy i buduje akcję na zasadzie kontrastów (np. brat – skin i narodowiec z Młodzieży Wszechpolskiej, który źle kończy, ginąc na Bliskim Wschodzie), ale to wcale nie odbiera książce realizmu. Jak się wydaje, zasadniczy zamysł autorki to prosta książka edukacyjna dla młodzieży (bo niestety cały czas „przyznanie się” do bycia gejem czy lesbijką wymaga sporej odwagi), okazująca że bycie gejem to nie wyrok, że nie warto się bać i wstydzić, a wszystko, tak jak w przypadku głównego bohatera, może zakończyć się happy endem. Autorka po raz pierwszy porusza problematykę homoseksualności i chyba nie ustrzegła się w tej mierze stereotypów – główny bohater ma starszego przyjaciela reżysera Wądołowskiego, który jest gejem (co już jest nieco stereotypowe), ich relacje są dość dziwne, choć także stereotypowe. Wądołowski to tajemnicza postać, bez rodziny, nie mówiąca raczej o swoich uczuciach. I zaczyna się otwierać przed osiemnastolatkiem, a na końcu książki stwierdza nawet, że Alek jest dla niego jak rodzina i nigdy go nie zapomni (co jest zaskakujące, bo w powieści jakąkolwiek zażyłość można było zobaczyć co najwyżej między nim, a jego kotką).
Alek pojawia się w warszawskim klubie Toro (znanym z drag queen show). Sam wątek drag queen pojawia się wcześniej: do Warszawy przylatuje „jakaś znana amerykańska drag queen”, spodziewane jest zamieszanie na lotnisku („z jednej strony wielbiciele, z drugiej – stróże moralności, między nimi policja”). Alek zauważa, że na to wydarzenie wybiera się również jego brat – homofob, z jajkami i plakatami „Homo go home” i „Homoseksualiści wszystkich krajów leczcie się”. Jak tłumaczy bratu ”trzeba pokazać wszelkiemu zboczeniu, że nigdy na polskiej ziemi nie będą czuli się bezpiecznie! Przylot w świetle jupiterów tego pojebanego kolesia to kolejny przejaw homorewolucji, której próbuje dokonać pedalska międzynarodówka”).
W części kąpielowej sypialni Wądołowskiego jest „duża fotografia drag queen”, zaś zdjęcia tejże drag queen „pojawiały się praktycznie w całym domu, w różnych makijażach, perukach i przebraniach” jej twarz „prześladuje” bohatera. Skrajnie stereotypowo jest w książce potraktowany również motyw drag queen show, pojawiający się kilkakrotnie – zawsze w wykonaniu Alka, zawsze z tym samym widzem (Wądołowskim), zawsze w tej samej scenerii i przy dźwiękach tej samej muzyki. Sceny dragqueenowskie są przepełnione patosem. Bohater domyśla się perwersji, ale nawet nie wie jakiej. Groza narasta powoli, bohater obawia się, że „będzie się starał nakłonić mnie do tego, co zwykło się określać w raportach policyjnych jako „czynności seksualne””. prawda okazuje się jeszcze brutalniejsza – okazuje się, że szafa, która zawsze była zamknięta na klucz jest otwarta, a w niej… „pióra, aksamity, koronki…” które na końcu symbolicznie giną w pożarze.
„Ości” – powieść Ignacego Karpowicza (2013, Wydawnictwo Literackie) znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2014 oraz otrzymała wyróżnienie czytelników przyznawane w ramach tej nagrody. Powieść opisuje perypetie grupy ludzi, których łączą skomplikowane relacje i wielorakie zależności. Wśród wielu wzorowanych na autentycznych postaciach znajduje się Wietnamczyk Kuan, biseksualny poliamoryczny biznesmen, mąż, ojciec, partner, jednocześnie występujący nocami jako drag queen Kim Lee. Oczywiście chodzi o piszącego te słowa, który jednakże nie ma dystansu do powieści i nie podejmie się oceny. Napiszę tylko, że powieść doczekała się szeregu entuzjastycznych recenzji (wg Przemysława Czaplińskiego „jest to jeden z najciekawszych utworów o rodzinie, jakie zdarzyło mi się czytać w polskiej literaturze ostatnich kilkunastu lat”. Maciej Stuhr kusi na okładce, że „ość w dom, humor w dom”), a także przeniesienia na deski Teatru Soho, gdzie jest grana do dzisiaj (w rolę drag queen Kim Lee wciela się aktor Hiroaki Murakami, występujący w wypożyczonych przez teatr ode mnie sukniach, perukach i biżuterii). I zacytuję mój ulubiony fragment powieści: „Ludzie bili brawo, Kim Lee łaskawie rozdawała ukłony i ekspediowała w powietrze pocałunki. Norbert rzucił okiem na stół jurorów, oni również klaskali. Norbert nie rozumiał. Przecież ten występ powinien zakończyć się spektakularną klapą, tymczasem obserwował coś przeciwnego. Nie rozumiał, gdy Ninel Czeczot ogłosiła werdykt - Za grę kontekstami w grze kontekstów. Za szkatułkową konstrukcję sensów i nonsensów. Za odświeżającą odwagę pójścia tam, gdzie się było, jest lub znowu będzie. Za wyczucie komizmu sytuacyjnego, który staje się demokratycznym dramatem. I tak dalej.
Najlepszą polską drag queen jest… Kim Lee!”
No i na finał, dwa reportaże
Remigiusza Ryzińskiego – najpierw „Foucault w Warszawie” (2017, Dowody na istnienie), a kilka tygodni temu temu najświeższy – „Dziwniejsza historia” (2018, Wydawnictwo Czarne). W obu tych reportażach pojawia się drag queen Lulla – postać autentyczna, najstarsza polska drag queen, występująca od lat 70-tych, a prywatnie moja bliska przyjaciółka, przeżywająca obecnie swoisty come back.
W pierwszym z reportaży, w którym wraz z autorem szukamy śladów Foucaulta, poznajemy całą masę autentycznych postaci z PRL-u, w tym „Lullę zrobioną na Lullę” – z jej imprezami, podrywami, pikietami, kawiarniami, no i oczywiście strojami i makijażami – choć Lulla zaznacza, że „życie ciot to nie tylko krem i puder” to jednak widzimy jak ważna jest dla niej dragqueenowa cześć życia, z jej garderobą (przerobioną z dawnej suszarni), piórami, cekinami i strojami uszytymi jeszcze z materiałów PRLu. Kolejne różne historie Lulli spotykamy również w Dziwniejszej historii – o różowych trójkątach, o włosach na wodę z cukrem, o „skromnym mieszkaniu, emeryturze i pasji drag queenowej”, o wymyślonym sobie przez Lullę pogrzebie – z kreacjami, dragqueenowskimi zdjęciami i „czerwonym butem typu szpilka” na grobie”.
Choć opowieści te są jednymi z ciekawszych, sama postać Lulli w książce jest mocno drugoplanowa. Co ciekawe, chociaż
w reportażu możemy odnaleźć masę znanych postaci, m. in. Iwaszkiewicza, Grodzieńską, Waldorffa, czy Boya-Żeleńskiego z Krzywicką, to w kilku zdaniach zapowiedzi wydawnictwo reklamuje książkę obecnością nie ich, lecz tym że pojawia się „Lulla – najstarsza polska drag queen”. Doczekaliśmy zatem czasów, kiedy wydawnictwo uznaje drag queen za element wabiący czytelnika i reklamę dla książki. I z tym optymistycznym akcentem czekajmy zatem na kolejne pozycje.