Nowy - szósty - sezon hitowego serialu Netfliksa "Orange Is The New Black" jest już dostępny na platformie streamingowej. Jak w przypadku poprzednich sezonów, tak i teraz wypuszczonych zostało 13 odcinków naraz. Piąty sezon obejmował wydarzenia dziejące się w trakcie zaledwie trzech dni - w Litchfield wybuchły zamieszki po śmierci Poussey i atmosfera zrobiła się naprawdę dramatyczna. Ostatni odcinek zakończył się momentem kulminacyjnym - specjalny oddział policji wyprowadził z więzienia wszystkich obecnych, nie obyło się też bez strat w ludziach. Jaki jest szósty sezon? Przeczytajcie naszą recenzję.
Po eksperymencie, jakim był sezon piąty "Orange Is The New Black", w którym trzynaście odcinków objęło wydarzenia z zaledwie trzech dni, twórcy i twórczynie serialu powracają do wcześniejszego sposobu opowiadania. Mimo tego jednak wrażenie "rozciągnięcia w czasie" wciąż jest odczuwalne.
W szóstym sezonie śledzimy grupę znanych nam bohaterek z Litchfield, które po kulminacyjnym momencie z finału piątego sezonu - wtargnięciu specjalnego oddziału policji SWAT na teren więzienia, który szturmując korytarze objęte zamieszkami wyprowadził wszystkich obecnych - zostały przeniesione do więzienia o maksymalnym bezpieczeństwie, na które w skrócie bohaterki i bohaterowie mówią "max".
Nie wszystkie znane nam postaci z poprzednich sezonów pojawiają się w maksie - nie zdradzimy które, jednak ich brak jest odczuwalny. Każda z tych postaci wnosiła do serialu coś własnego, jakąś cechę, której nie miała żadna inna i dopiero kiedy tej cechy brakuje, orientujemy się, jak była istotna. Te postaci niosły serial na swoich barkach i przez ich brak "Orange..." niestety wiele traci, a te bohaterki, które zostały, nie są w stanie unieść całego serialu bez pomocy reszty.
Na miejsce kilku naszych ulubienic twórczynie i twórcy serialu wprowadzili całkiem nowe postaci - przede wszystkim Badison graną przez Amandę Fuller, Daddy - w tej roli Vicci Martinez, Carol, w którą wciela się Henny Russell, oraz Barb graną przez Mackenzie Phillips.
Jedną z najmocniejszych stron serialu zawsze było opowiadanie historii danej postaci w obrębie jednego odcinka - bohaterki miały pełną kontrolę nad swoim epizodem, co pozwalało na opowiedzenie szczerej i "surowej" historii - to z kolei sprawiało, że "Orange..." był właściwie jedynym serialem, który dawał głos aż tylu tak bardzo różnorodnym postaciom kobiecym, pochodzącym z różnych klas społecznych, różnych krajów, mniejszości etnicznych i seksualnych, z tak bardzo różnymi doświadczeniami... W szóstym sezonie podjęto próbę kontynuacji tego sposobu narracji - dostajemy sceny retrospekcji dotyczące zarówno bohaterek, które już świetnie znamy, jak i tych, które po raz pierwszy pojawiają się dopiero w tym sezonie. Ale twórcy robią to jakby niepewnie - raz te retrospekcje są, raz ich nie ma i często nie wnoszą zbyt wiele ani do naszej wiedzy na temat postaci, ani do kontekstu wydarzeń przedstawianych obecnie.
Akcja w każdym sezonie "Orange..." rozwijała się raczej bez pośpiechu, napięcie było budowane bardzo wolno i wybuchało w zupełnie nieoczekiwany sposób. Podobnie jest i w tym sezonie, jednak na znacznie mniejszą skalę. W pierwszych odcinkach, oprócz kilku brutalnych i wręcz wykańczających emocjonalnie scen, niewiele się dzieje. Bohaterki znajdują się w nowym miejscu i próbują się zaaklimatyzować, ale oglądanie nie jest tak ekscytujące jak było, kiedy Piper przybyła do Litchfield. Powtarza się ten sam schemat, który widzieliśmy i widziałyśmy w pierwszym sezonie, ale ze znacznie mniejszym rozmachem.
Są jednak momenty, kiedy fabuła sezonu niespodziewanie rodzi nowy konflikt (nowy z naszej perspektywy - w tym sezonie jednym z głównych wątków jest spór trwający pomiędzy bohaterkami od wielu lat). "Orange..." w tych momentach zachowuje swoją dawną magię. Trzeba na nie jednak trochę poczekać.
Atutem serialu była też zawsze umiejętność scenarzystów i scenarzystek do znajdywania idealnej równowagi pomiędzy humorem - czasami wręcz absurdalnym i prostackim - a powagą kwestii społecznych, których serial dotyka. Aż do czwartego sezonu zawsze obecny był ten złoty środek - w piątym sezonie balans znikł i tak już zostało. Twórcy i twórczynie "Orange..." poszli w stronę szokowania widza. Jednak czy edukacja - bo przecież to starają się robić od samego początku, tworząc tak polityczny serial (jak powiedziała Taryn Manning w rozmowie z nami: "to nie tylko serial, ale i ruch społeczny") - poprzez szok kiedykolwiek się sprawdziła? Widz będzie wstrząśnięty przez chwilę, a później zapomni, bo kto chciałby pamiętać takie okrucieństwo? Czy nie lepiej stosować subtelniejsze metody edukowania, tak jak robiono to do tej pory, gównie przez opowiadanie historii poszczególnych bohaterek na przestrzeni całego odcinka, zamiast miażdżyć osobę oglądającą niepotrzebnie brutalną sceną trwającą pół minuty, którą będzie chciała wyrzucić z pamięci jak najszybciej?
W tym sezonie - jak zawsze - wspominane są bieżące kwestie społeczno-polityczne. Tym razem oprócz obecnej we wszystkich sezonach kwestii bezduszności i okrucieństwa służb policyjnych poruszany jest m.in. temat lubienia sztuki tworzonej przez artystów, którzy przez swoje zachowanie nie powinni czerpać z niej korzyści, kiedy Red wspomina, że "lubienie filmów Romana Polańskiego jest skomplikowane", jedna ze scen retrospekcyjnych z Nicki w roli głównej pokazuje problem dotyczący społecznego przymusu szanowania rodziców przez dzieci, kiedy rodzice na ten szacunek nie zasłużyli, wspomniana jest kwestia wykorzystywania stażystów przez firmy, a także ogromny i bolesny problem, z którym zmaga się w tej chwili Ameryka - kwestia imigracji i masowej deportacji, a także przetrzymywania i rozdzielania rodzin na granicy państwa. Twórczynie i twórcy rozprawiają się z tymi kwestiami w błyskotliwy i trafiający do widzów i widzek sposób, z pewną dozą gorzkiego humoru - pomijając jedynie problem brutalności policji, który zostaje przedstawiony w coraz bardziej szokujący i wzbudzający skrajne emocje sposób - dzięki czemu "Orange..." zachowuje jeszcze jakieś pozostałości po swojej świetności.
Pomimo kilku znaczących wad, szósty sezon warto jednak obejrzeć choćby dla samych bohaterek, które znamy od pierwszego sezonu. Ich historie trwają dalej, ich życie wciąż się toczy, ciągle uczymy się o nich - i od nich - czegoś nowego. "Orange Is The New Black" wciąż pozostaje jednym z najlepszych seriali jeśli chodzi o różnorodność i zaangażowanie społeczno-polityczne w obecne wydarzenia na świecie. Nadal jest platformą dla kobiet z przeróżnych marginalizowanych grup, gdzie mogą przedstawić swój punkt widzenia i po prostu pokazać, że istnieją. Ciągle przekazuje mnóstwo nowych lekcji, których nie nauczą nas inne dzieła we współczesnych mediach. A do tego aktorstwo Uzo Aduby, Kate Mulgrew, Natashy Lyonne i przede wszystkim Danielle Brooks cały czas jest na tak samo wysokim poziomie - aktorki sprzedają swoje postaci w genialny sposób. Nowy sezon wciąż ma wszystko to, czego potrzebuje, jednak ma też dużo więcej - momentami za dużo. Mimo to dalej pozostaje perełką w morzu innych produkcji.
(ab)
Środa, 06.06.2018 Szósty sezon "Orange Is The New Black" już wkrótce!
Czwartek, 04.05.2017 "Sense8" wraca z drugim sezonem
Środa, 09.08.2023 Znany z serialu „Heartstopper” Joe Locke ujawnia, że jest gejem tak jak jego bohater
Środa, 02.08.2023 „Heartstopper“: drugi sezon jest już dostępny! Czy warto?
Poniedziałek, 24.04.2023 „Heartstopper”: wiemy, kiedy nowe odcinki popularnego serialu o romansie młodych chłopaków