Może już najwyższy czas uwolnić się od "uświęconej instytucji orientacji" - zastanawia się nasz czytelnik, który chce z Wami podzielić się swoimi przemyśleniami. Po co nam te wszystkie definicje? Czy musimy sami i same się szufladkować? Zapraszamy do dyskusji!
Chcecie podzielić się własną historią lub przemyśleniami?PISZCIE DO NAS! Jeżeli współczesny ład i porządek wynika z chrześcijańskich korzeni cywilizacji, to jak o skuteczności nauk Kościoła świadczyć może fakt, że główna oś podziału społeczeństwa wytyczona jest przez preferencje seksualne, czyli aspekt tak mocno (teoretycznie) zakrywanego kołdrą małżeństwa? Heteroseksizm – przekonanie o nadrzędnej pozycji osób heteroseksualnych – gdy odarte z setek lat praktyki nagle okazuje się poglądem opartym o absurdalne przesłanki. W odróżnieniu od merytokracji, zakładającej przewodnią rolę elit intelektualnych, czy teokracji uzależniającej społeczeństwo od sakralnej władzy kapłana, heteroseksistowska demokracja dzieli społeczeństwo na rządzących i rządzonych na podstawie aspektu całkowicie od nikogo niezależnego. A co może zaskakiwać, im większy
ucisk, tym większy nacisk obu stron na podkreślanie seksualności.
Przeprowadzone w 2016 r. badania instytutu Dalia na temat seksualności europejskich społeczeństw musiały zaszokować wielu stałych bywalców internetowych kłótni o prawa mniejszości LGBT. I nie chodzi o sam rezultat, lecz o technikę badania. Berlińscy naukowcy zamiast pytać ankietowanych o binarne ustawienie na linii heteroseksualizm – homoseksualizm, poprosili o określenie orientacji w skali „wyłącznie heteroseksualna”, „w głównej mierze heteroseksualna, czasami homoseksualna”, „w równym stopniu
heteroseksualna co homoseksualna”, „przede wszystkim homoseksualna, czasami heteroseksualna”, „wyłącznie homoseksualna”, „aseksualna”, „nie wiem”. Był to być może jeden z pierwszych momentów, w którym rozpoczęto proces odchodzenia od wciskania w sztywne ramy hetero-bi-homoseksualizmu. I nie da się w tym momencie pominąć kluczowego pytania – dlaczego dopiero teraz nieśmiało wykluwają się idee zrywania z obowiązkiem utożsamiania się z grupą o określonej orientacji?
Nie bez powodu orientację można ustawić naprzeciw tolerancji. We wszystkich społeczeństwach (nie tylko zacofanych światopoglądowo) preferencje seksualne stają się powodem do stygmatyzacji. I tak, Robert Biedroń staje się prezydentem-GEJEM, a Neil Patrick Harris nawet „tym przystojnym gejem, co grał w znanym serialu”. W ten sposób orientacja staje się swego rodzaju namaszczeniem, raczej postrzeganym w sposób podobny do zarzutów o molestowanie – tak więc wszelkie zawodowe osiągnięcia schodzą na dalszy plan wobec sensacyjnych rewelacji o życiu uczuciowym.
Z jednej strony może być to bodziec stymulujący: osoby, które odważyły się na coming out są głośno popierane przez stronnictwa LGBT, ale jest to także silne obciążenie. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku, elektorat Roberta Biedronia powinien składać się z zadowolonych z działań prezydenta swojego miasta słupszczan, nie zaś z osób wyłącznie zachwyconych jego homoseksualizmem. Podejście oceniania (pozytywnego lub nie) na podstawie orientacji w przypadku Biedronia w istocie podburza jego pozycję, działa na niekorzyść pracy zawodowej, spychając ją na daleki plan – i podobne wnioski wysnuć można w kontekście wszystkich innych, których homoseksualizm stał się istotniejszy od dorobku.
Inną sprawą jest fakt, że sama świadomość siebie nie jest aż tak łatwa do uzyskania, jak mogłoby się to wydawać. Szczególny problem widać w przypadku osób „w głównej mierze heteroseksualnych, czasami homoseksualnych”. W najprostszym podziale społeczeństwa na trzy główne orientacje, biseksualizm uchodzi za mieszankę hetero- i homoseksualizmu. Czym jednak w istocie jest biseksualizm? Czy osoby określające się w ten sposób muszą czuć pociąg do obu płci naraz, czy też pociąg ten zależy od nastroju i ulega zmianie co pewien czas? I co z osobami, które nie tyle określają się za biseksualne, co najzwyczajniej w świecie nie zamierzają nikogo skreślać jedynie ze względu na przynależność płciową? Czy pozorny biseksualizm (rozumiany jako zostawienie otwartej furtki na wszelki wypadek) należy uznawać za rzeczywisty, nawet jeśli byłby niezgodny z opracowaną definicją?
Podobnych pytań można tworzyć więcej, co jest możliwe dzięki swoistemu uświęceniu instytucji orientacji. Co więcej, środowiska LGBT wcale nie uważają za nic złego kampowe uwydatnianie swoich preferencji, jak gdyby czerpiąc przyjemność z możliwości wykrzyczenia wprost swojej orientacji. Powstaje jednak nadrzędne pytanie,
jak traktować osoby, które w najmniejszym stopniu nie są świadome samych siebie, albo też celowo unikają nałożenia gęby własnej seksualności. Słowem, takie, dla których orientacja seksualna nie jest żadnym wyznacznikiem, ani celem w życiu, ani kłodą rzuconą pod nogi.
Nie jest prawdą, że każdy homoseksualista musi odnajdywać się w świecie „Lubiewa”. I choć jasnym jest, że powieść Witkowskiego ma na celu przede wszystkim zaszokować, tym niemniej wykreowany przez mass media obraz geja w cekinowym stroju ze świecącym fallusem przyklejonym do czoła rzeczywiście pojawia się w dyskursie. Parady równości to bardziej połączenie odpustu z dyskoteką w Żabieńcu, aniżeli działanie na rzecz praw mniejszości, okazja do wykrzyczenia: „patrzcie, my jesteśmy I N N I”. Nie, nie są. I nie zmieni tego akcentowanie odmienności na każdym kroku. O ile w zabiegu artystycznym Witkowskiego tworzenie wyrazistego znaku rozpoznawczego może się obronić, o tyle na co dzień jest to raczej zbędne.
Bo tak naprawdę jedyna różnica między heteroseksualistami a przedstawicielami innych orientacji to preferencje dotyczące doboru partnera. Dorabianie kolejnych ideologii, dzielenie na „nas” i „ich” zahacza o groteskę. Tylko czy można od tego się uwolnić? Jedynym wyjściem byłaby rezygnacja ze społecznego obowiązku identyfikacji z konkretną orientacją, jednak jest to bardziej niż niemożliwe. Zarówno w przypadku samców alfa, jak i najzatwardzialszych działaczy LGBT, płeć i orientacja to fundament, bez którego niemożliwe byłoby budowanie swojej pozycji w społeczeństwie. Rezygnacja z takiego podejścia nie tylko oczyściłaby społeczeństwo z niechęci podszytej stereotypami, ale też mogłaby zakończyć pewien rozdział w historii podejścia do seksualności. Bo po stuleciach hipokryzji okraszonej dwoistością: nakazem heteroseksualizmu i jednoczesnym spychaniem życia intymnego do sfery prywatnej, wypadałoby, aby w końcu uwolnić się od niechęci podszytej tylko seksem.
Jan Brożek
chodzi o to, że na parady równości przychodzą też tacy ludzie, którzy swoim zachowaniem mogą zwyczajnie obrzydzać niektórych ludzi, zwłaszcza postronnych. Wnioskuję, że właśnie ich na myśli miał autor.
Do działaczy, jak i samców alfa, autor ma tyle, że uniemożliwiają utworzenie utopii, a na gdybanie bez cienia nadziei szkoda czasu.
Autor chce pokazać, że homo i heteroseksualizm są naturalne i że przesadnie częsta manifestacja, swoiste chwalenie się orientacją jest nieodpowiednie, łagodnie ujmując.
Normy społeczne są, jakie są, i nie można ich zmienić w jeden moment.
Moim zdaniem, w polskim mikroklimacie, obecnie zapamiętany obraz parad równości nie jest najszybszą drogą do nadania równych praw osobom LGBT.
Niemała część społeczeństwa uważa, że nieheteroseksualizm jest zaburzeniem / chorobą, więc potrzeba przede wszystkim edukacji i cierpliwości.
Istnieją też tacy ludzie, żyją sobie w spokoju za nic mając brak owych praw i statusu "małżeństwa", który to pokazuje światu, nie im, że są razem. W końcu sprawy prawne można załatwić bez tego statusu.
Rekonesans,
jeszcze do Ciebie mam prośbę - co masz na myśli mówiąc "tandeta i kicz", gdzie autor uprawia taki zabieg? Nie do końca Cię rozumiem.
"Podejście oceniania (pozytywnego lub nie) na podstawie orientacji w przypadku Biedronia w istocie podburza jego pozycję, działa na niekorzyść pracy zawodowej, spychając ją na daleki plan – i podobne wnioski wysnuć można w kontekście wszystkich innych, których homoseksualizm stał się istotniejszy od dorobku."
- a jakieś dane na potwierdzenie?
To jest aksjomatyczne traktowanie orientacji jako czynnika znacząco wpływającego na poparcie Pana Biedronia i innych osób nieheteroseksualnych. Tego typu nieuprawnione wnioski stanowią tylko i wyłącznie pożywkę dla rozpowszechniania się tego typu stwierdzeń, jednocześnie hamując rzeczywiste procesy weryfikacji - no bo jeżeli z góry zakładamy, że to, że Pan Biedroń jest gejem znacząco wpływa na jego popularność, to zamiast sprawdzać, czy w istocie tak jest przechodzimy od razu do uzasadniania tego stwierdzenia.
"Bo tak naprawdę jedyna różnica między heteroseksualistami a przedstawicielami innych orientacji to preferencje dotyczące doboru partnera."
Może byśmy skończyli z typowo polskim szkodliwym postulowaniem tak zwanej "normalności"? Śmierdzi tutaj internalizowaną homofobią. Zanim się zacznie wygłaszać tego typu tezy wypadałoby zainteresować się opisywanymi zjawiskami. Zajrzeć do literatury socjologicznej, do feminizmu. Wygłaszanie tego typu twierdzeń jest szkodliwe, ponieważ osoby nieheteronormatywne w heteronormatywnym społeczeństwie funkcjonują inaczej. Krzyczenie o tym jacy to wszyscy są równi i normalni umacnia tylko status quo, w którym to właśnie bycie cis-płciową heteroseksualną osobą jest normą, a odchylenie od tego wzorca nie jest możliwe. Jeżeli godzimy się na tę normę i nie próbujemy afirmować własnych potrzeb to skazujemy i siebie samych i inne nieheteronormatywne osoby na nieobecność, niewidzialność.
Autor nie może się zdecydować, czy chciałby seksualność całkowicie przenieść w sferę prywatną, czy przeformułować społeczeństwo na queerową modłę, czy co jeszcze. Poza tym autor zapomniał też, że gdyby nie nieszczęsne heteronormatywne urządzenie świata to by nie miał o czym pisać.
A jeszcze śmieszniejsze jest poczucie wyższości nad osobami, które są aktywne społecznie i politycznie, i walczą o nasze prawa. Autor używa zwrotu "najzatwardzialsi działacze LGBT", jak by to była jakaś obelga. Ujawnienie swojej orientacji przed najbliższymi to duża odwaga. Ktoś, kto dodatkowo nie boi się ujawnić publicznie i w ramach walki o NASZE prawa pokazać się w mediach jest szczególnie odważny. Z mojej strony działacze takich organizacji jak KPH czy Lambda Warszawa mają szacunek, a krytykantami krytykującymi bezpiecznie zza komputera gardzę. Nie podobają się Wam działania "działaczy"? Stwórzcie swoje organizacje i pokażcie jak powinno się działać. Uważacie, że organizacje LGBT są lewackie? To co za problem stworzyć prawackie org. LGBT? Niby tyle Was jest, to chyba zbierze się przynajmniej na jedną org? Do stworzenia stowarzyszenia potrzeba min 15 osób. Nie zbierze się tyle w całej Polsce?
Autor ma pretensje do tych osób LGB, które niby uwydatniają "swoje preferencji, jak gdyby czerpiąc przyjemność z możliwości wykrzyczenia wprost swojej orientacji". Czy potrafi mieć takie same pretensje do heteroseksualistów? Ja co rusz widzę jak heterycy "wykrzykują" swoją orientację i jest to jakoś społecznie akceptowalne. Chcę mieć takie same prawa jak heterycy. Więc jeśli oni mogą "wykrzykiwać" swoją orientację, to ja też chcę mieć do tego prawo (to czy z niego skorzystam to inna sprawa) i w d*pie mam to czy inne osoby uznają, że moje zachowanie zaszkodzi "społeczności LGBT". Żaden heteroseksualista nigdy nie został oskarżony o to, że szkodzi "społeczności heteroseksualistów", więc na ch*j niektórzy wymuszają takim argumentem "poprawne" zachowania od osób LGBT.
Przytoczone badanie berlińskich naukowców to po prostu trochę przeformułowana skala Kinseya z dodanym do niej aseksualizmem. Poza tym to jest właśnie ustawienie się na linii heteroseksualizm-homoseksualizm, z tym że do wyboru są punkty po drodze. Też to, że osoby określające się jako przeważnie hetero czują czasami pociąg do tej samej płci nie oznacza od razu, że są bi. Mówić, że w 2016 rozpoczął się proces to też poważny błąd, bo ani proces, jeśli się rozpoczął dwa lata temu, ani się nawet wtedy rozpoczął, bo Kinsey badania prowadził w latach czterdziestych.
"Podejście oceniania (pozytywnego lub nie) na podstawie orientacji w przypadku Biedronia w istocie podburza jego pozycję, działa na niekorzyść pracy zawodowej, spychając ją na daleki plan – i podobne wnioski wysnuć można w kontekście wszystkich innych, których homoseksualizm stał się istotniejszy od dorobku."
- a jakieś dane na potwierdzenie?
To jest aksjomatyczne traktowanie orientacji jako czynnika znacząco wpływającego na poparcie Pana Biedronia i innych osób nieheteroseksualnych. Tego typu nieuprawnione wnioski stanowią tylko i wyłącznie pożywkę dla rozpowszechniania się tego typu stwierdzeń, jednocześnie hamując rzeczywiste procesy weryfikacji - no bo jeżeli z góry zakładamy, że to, że Pan Biedroń jest gejem znacząco wpływa na jego popularność, to zamiast sprawdzać, czy w istocie tak jest przechodzimy od razu do uzasadaniania tego stwierdzenia.
"Bo tak naprawdę jedyna różnica między heteroseksualistami a przedstawicielami innych orientacji to preferencje dotyczące doboru partnera."
Może byśmy skończyli z typowo polskim szkodliwym postulowaniem tak zwanej "normalności"? Śmierdzi tutaj internalizowaną homofobią. Zanim się zacznie wygłaszać tego typu tezy wypadałoby zainteresować się opisywanymi zjawiskami. Zajrzeć do literatuty socjologicznej, do feminizmu. Wygłaszanie tego typu twierdzeń jest szkodliwe, ponieważ osoby nieheteronormatywne w heteronormatywnym społeczeństwie funkcjonują inaczej. Krzyczenie o tym jacy to wszyscy są równi i normalni umacnia tylko status quo, w którym to właśnie bycie cis-płciową heteroseksualną osobą jest normą, a odhylenie od tego wzorca nie jest możliwe. Jeżeli godzimy się na tę normę i nie próbujemy afirmować własnych potrzeb to skazujemy i siebie samych i inne nieheteronormatywne osoby na nieobecność, niewidzialność.
Autor nie może się zdecydować, czy chciałby seksualność całkowicie przenieść w sferę prywatną, czy przeformułować społeczeństwo na queerową modłę, czy co jeszcze. Poza tym autor zapomniał też, że gdyby nie nieszczęsne heteronormatywne urządzenie świata to by nie miał o czym pisać.
Niespotykana trafność i prawdziwość; przeczytałem jednym tchem.