logo Queer.pl Dawniej Innastrona.pl
18.12.2017    STARTSKLEPKONTAKT

...
10
0
0

Djamel

Fragment powstającej powieści, "Nirvaan"

Dodano: 27.10.2017, Aktualizacja: 28.10.2017

Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść. Dziś zachęcamy Was do lektury fragmentu powstającej dopiero powieści Jarosława Pietrzaka!

Publikowany tutaj tekst (pierwotnie ukazał się na stronie autora) stanowi fragment jego pierwszej powieści (zatytułowanej Nirvaan). Jeszcze nad nią pracuje, ale liczy na wydanie w przyszłym roku. Inny fragment ukazał się niedawno w art-zinie literackim „Papier w dole” (wersja online dostępna do pobrania tutaj). Kiedy ma coś o niej powiedzieć krótko, mówi, że będzie to sentymentalna powieść pornograficzna na motywach autobiograficznych. Na pierwszym planie to rozgrywająca się głównie w Londynie historia emigranta ekonomicznego z polskiej prowincji, dwudziestoośmiolatka ze słabością do mężczyzn o pięknych imionach i znaczącym poziomie melaniny. W brytyjskiej stolicy spotyka on w krótkim czasie więcej pięknych, intrygujących i zainteresowanych nim mężczyzn niż przez całe dotychczasowe życie na polskiej prowincji, ale zakochuje się w młodym Hindusie z Afryki Południowej, żeby się wkrótce przekonać, że jednak musi (znowu) się odkochać, jakoś o nim zapomnieć, rozpaczliwie chciałby w ramionach kogoś innego. W ten główny plan wplecionych jest kilka rozproszonych retrospekcji (w tym ta o Djamelu), gdyż jednocześnie ma to być to opowieść o dorastaniu do własnego nienormatywnego pragnienia i o drodze do pogodzenia się z samym sobą, co możliwe jest tylko przez spotkania z innymi ludźmi, w przypadku bohatera/narratora – z innymi mężczyznami. Zainteresowani postępami w pracy nad powieścią i jej drogą na papier mogą polubić jego stronę na Facebooku, śledzić go na Twitterze, lub zaglądać na jego stronę internetową. Zachęcamy! Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść. Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Siedziałem w samochodzie, który prowadził Daniel, spasiony, sapiący z każdym krokiem strażnik moich nowych pracodawców, wysłali go po mnie na dworzec kolejowy. Bramę do otaczającego zamek ogrodu Daniel otworzył małym elektronicznym pilotem, który oni nazywali bipem. Wjechaliśmy w głąb ogrodu w stylu angielskim, spomiędzy drzew wyłonił się przede mną jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany potem w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z drewna, ciężkie ale przenośne, i siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, musiał zdjąć buty, gdy tam siedział, bo jakieś leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł znad tej książki wzrok, próbując wypatrzyć nowoprzybyłego: mnie. To Djamel, wysapał Daniel. On tu jest przewodnikiem, jest ich dwóch. Latem zamek jest otwarty dla zwiedzających, przez kilka tygodni. * Skąd się w ogóle wziąłem na tym zamku? Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z tym, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić więcej niż mogłem w Polsce, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na ten wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie wszystkie pieniądze mi się skończyły, mimo iż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem najtańszych warzyw, najczęściej cukinii i pomidora. Dzień wcześniej, żeby oszczędzić każdy grosz, wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, byłem czerwony ze wstydu, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ciągle nie wiedziałem za bardzo, gdzie w Paryżu najlepiej stanąć, żeby zacząć taką podróż. Ewa, dziewczyna, u której się zatrzymałem, wróciła już z Polski i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu mojego pobytu, jednym miesiącu, za który nie bardzo miałem jak zapłacić tyle, ile się umówiliśmy – nie pamiętam już, ile dokładnie to było – bo nie znalazłem pracy i nie zarobiłem ani grosza. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy z innej kawalerki w tym samym budynku. Halina, też z Polski, dzieliła tę swoją kawalerkę z jeszcze jedną dziewczyną, Agnieszką, z którą przyjechały do Francji razem, ileś tam lat temu, z tej samej wsi w lubelskiem. Znalazłam ci pracę, powiedziała w tych drzwiach. Uratowała mi życie. To właśnie była praca na zamku w Châtillon w Burgundii, na dwa miesiące. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili wszystko sobie przemyślała i zmieniła zdanie. Na tym zamku potrzebowali kogoś na bite dwa miesiące, a ta dziura w pracy w Paryżu trwała dla niej tylko miesiąc. Kiedy wszyscy jej klienci wrócą już z wakacji pod koniec sierpnia, i staną przed faktem, że jej przez cały kolejny miesiąc nie będzie w mieście, to poznajdują sobie inne osoby do sprzątania, Halina straci większość dotychczasowych klientów i będzie musiała sobie znaleźć cały kajecik nowych, a to nigdy nie wiadomo, ile potrwa. Więc nagle zadzwoniła do pośredniczki, która jej to znalazła, i powiedziała, że rezygnuje. Ludzie z tego zamku wpadli w panikę, bo chcieli, żeby ktoś zaczął już w tym tygodniu. Zna pani kogoś, kto szuka pracy i jest dostępny, no, jakoś tak od zaraz?, pytali zdesperowani. Ona na to, że właściwie to tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę. No więc, masz pracę, tylko musisz ze mną jutro pojechać do tej babki, która mi ją znalazła, pani Ania się nazywa, też z Polski, tylko już od dawna mieszka w Paryżu, chyba ze trzydzieści lat, jest konsierżką w takiej jednej kamienicy, to droga dzielnica. Mam do niej oddzwonić i powiedzieć, czy przyjedziesz. Pojawi się też szef, właściciel tego zamku, czy kim o tam jest. Jak się dogadacie, to on ci da bilet na pociąg na pojutrze i za trzy dni będziesz już w pracy. Będziesz miał pokój gdzieś na tym zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle na nic wydawać pieniędzy przez dwa miesiące, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam jej powiedzieć? No ba! No więc dwa dni później byłem już w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem byłem już przed tym donżonem i gramoliłem się z samochodu, z moim ogromnym plecakiem. Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale nawet z daleka widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na jego twarzy zatańczył uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem dłoni i jakimś mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem u konsjerżki pani Ani w Paryżu. Wyszła mi naprzeciwko, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie swoją drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, drżącą nieco, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku, a potem zaprowadzi mnie do mojego pokoju. Ale to będzie w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, zanim dotarł do donżonu, więc na razie najlepiej, żebym zostawił plecak tutaj w korytarzu. Chyba, że jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju, zdrzemnąć się czy coś. Nie, nie byłem zmęczony, byłem autentycznie podekscytowany tym miejscem. Moi przyjaciele, koleżanki i koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki, albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować na zamku, dużym pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal, ale pierwsza trójka będzie tu już za dwa dni. Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała go. Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśnił jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Strąk kasztanowych włosów wymknął się gumce, która spinała ich resztę z tyłu głowy, i opadał mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale do tamtej pory myślałem, nie znając wcześniej żadnych Arabów, że mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, zainteresowanym, jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś nietypowy, trudny do nazwania sposób. Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy na pierwszym piętrze, w salonie. Obaj studiują filozofię w Paryżu, na Sorbonie. Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie do mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, który zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, mieszczącej się w piwnicy chłodni, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie były tak naprawdę dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami rozwieszonymi na ścianach i innymi pięknymi przyrządami porozstawianymi w różnych miejscach. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, chyba że gotować trzeba było tyle, że nie mieściło się w drugiej kuchni, tej bardziej roboczej, która mieściła się za tej ładnej kuchni „plecami”, ale bywało też, że pieczono jakieś ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie pod ścianą. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, bardziej kameralnej, ale za to ze stołem z blatem z różowego włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna klatka schodowa z pierwotnego, średniowiecznego założenia tego budynku. Dlatego, od tylu stuleci noszenia obutych ludzkich stóp, stopnie były tak...   ( Pozostało znaków: 46784 )
Jarosław Pietrzak Autor: Jarosław Pietrzak Wieloletni współpracownik miesięcznika "Le Monde diplomatique – edycja polska" Autor książki "Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne" (Warszawa: Książka i Prasa, 2016) i ebooka "Notes brazylijski" dostępnego na jego stronie jaroslawpietrzak.com. Jest także stałym współpracownikiem polskiej edycji międzynarodowego miesięcznika „Le Monde diplomatique” i portalu Strajk.eu, publikował też na wielu innych łamach, w tym także Queer.pl.

Ten artykuł został przeniesiony do archiwum

Dostęp do archiwalnych artykułów (starszych 4 tygodnie) możliwy jest dla abonentów serwisu »Przyjaciel Queer.pl. Dostęp do pojedyńczych artykułów z archiwum możliwy jest także za pomocą wiadomości SMS.

UZYSKAJ DOSTĘP DO ARCHIWALNYCH ARTYKUŁÓW
» Zostań abonentem Przyjaciel Queer.pl by czytać materiały bez kodów i bez ograniczeń lub...


WPISZ KOD

OK
System mikropłatności SMS-owych dostarczany jest przez:
Logo Mobiltek
UZYSKAJ DOSTĘP DO TEGO ARTYKUŁU

Wyślij SMS na numer 7268 o treści:
IS CZYTAJ 200300   (koszt: 2zł + VAT)
Otrzymasz kod, dzięki któremu uzyskasz dostęp do materiału przez 48 godzin.

Zapisz Zapisz stronę Magazyn+ Magazyn Pełny ekran Pełny ekran
Djamel Fot. Jarosław Pietrzak
REKLAMA
REKLAMA

© 1996-2017 Prawa autorskie zastrzeżone, ISSN 2299-9019
666
Bądź queer na facebooku