Najpierw był film dokumentalny, teraz jest fabuła, za chwilę będzie kolejna. Na naszych oczach Yves Saint Laurent (1936-2008) przeistacza się ze słynnego kreatora mody w legendę. Ogromną rolę odgrywa w tym jego wieloletni partner.
- Krzysztof Tomasik -
Bez
Pierre'a Berge prawdopodobnie nie byłoby takiego Yves Saint Laurenta, jaki podbił świat mody. To on stworzył mu warunki do pracy, zdobywał pieniądze, kierował domem mody od strony organizacyjnej, a jednocześnie przez kilkadziesiąt lat
znosił humory, nałogi i romanse ukochanego, zachęcając do tworzenia. Przez cały ten czas był w cieniu geniusza, ale teraz się to zmienia. Najpierw Berge stał się narratorem w filmie dokumentalnym
„Szalona miłość”, który był pokazywany także w polskich kinach, teraz jest równoważnym bohaterem fabuły
„Yves Saint Laurent”, która właśnie weszła na ekrany.
Biografia takiej postaci jak YSL prędzej czy później musiała powstać, szczególnie we Francji, gdzie swoje gwiazdy się wielbi, a pamięć o nich pielęgnuje. Oglądane kilka lat temu filmy o
Edith Piaf czy
Coco Chanel należą do tego samego nurtu popularyzującego wybitne nazwiska poprzez mniejsze lub większe uproszczenia ich życiorysów. W tym przypadku
nowość polega na homoseksualizmie bohatera, który na szczęście nie został przemilczany ani zminimalizowany.
To chyba największa zaleta tego filmu.
Poza tym otrzymujemy dość konwencjonalny przegląd życia YSL (Pierre Niney), od nastoletniości, aż do czasów, kiedy żegna się ze światem mody. Całość ogląda się bez bólu, bo też mamy do czynienia z biografią zdecydowanie niebanalną. Na talencie Laurenta poznał się już sam
Christian Dior (Patrice Thibaud), który uczynił go nie tylko asystentem, ale głównym projektantem swojego domu mody po własnej śmierci. Potem było poznanie Pierre'a Berge (Guillaume Gallienne), zakończona sukcesem ryzykowna próba stworzenia własnej marki, a po drodze szereg dramatycznych wydarzeń, np. załamanie nerwowe związane z próbą wcielenia do wojska.
Opowieść toczy się dość płynnie i może to jest jeden z problemów tego filmu. Z następujących po sobie scen niewiele wynika, ogląda się je bez emocji, brakuje momentów przełomowych, dominuje wrażenie, że kolejne wątki zostały przez reżysera odhaczone tylko po to, żeby historia toczyła się dalej. Dobrym przykładem jak to (nie) działa w praktyce może być postać Victoire (Charlotte Le Bon),
najlepszej przyjaciółki YSL i ukochanej modelki, która przez niektórych była nawet brana za jego partnerkę. To jedna z najważniejszych bohaterek pierwszej części filmu, w pewnym momencie następuje jednak zerwanie, Victoire znika i... tyle, nic z tego nie wynika, na nikim nie robi to wrażenia.
Najbardziej konwencjonalnie pokazany jest związek Berge i Laurenta. O ile opowiadający o nich dokument nazywał się „Szalona miłość”, w tym wypadku mamy tego odwrotność. Nie tylko o szaleństwie, ale nawet jakimkolwiek ryzyku nie ma mowy, ta relacja bardzo szybko zaczyna przypominać
biznesowe porozumienie, w którym obie strony znoszą cierpliwie swoje wady w imię celów wyższych. Dla Pierre'a Berge jest to przeświadczenie o geniuszu partnera, w przypadku YSL - poczucie bezpieczeństwa i swoboda twórcza.
W ogóle
film jest dość mieszczański i to zarówno w pokazywaniu „skandalicznych” i „bulwersujących” momentów z życia projektanta, jak i rewolucyjności jego mody. Niezmiernie trudno przekazać to na ekranie, ale mało który z widzów byłby w stanie wyjaśnić po projekcji na czym polegało jego nowatorstwo i dlaczego wywoływał aż tak wielkie emocje, nie tylko we Francji. Dość przytoczyć słowa Jerzego Turowicza, który na łamach „Tygodnika Powszechnego” pisał już w 1959 roku:
„Mniej więcej od roku w dziedzinie mody damskiej dzieją się rzeczy straszne, bo przeciwne naturze. Suknia-worek, suknia trapez, suknia-balon, baby look – to są rzeczy potworne. W życiu codziennym, przy pracy, na ulicy, nie wygląda to może tak źle, zdrowy instynkt kobiety sprawia, że nawet ulegając tyranii mody, dostosowuje ją do potrzeb życia i do reguł estetyki. Zresztą, młoda, zgrabna dziewczyna potrafi wyglądać ładnie, cokolwiek by na siebie włożyła. Głównym winowajcą tego wszystkiego jest 22-letni Yves Saint Laurent, od roku dzierżyciel berła w królestwie mody. Podejrzewam, że ten młody, niezgrabny i nieśmiały człowiek o powierzchowności protestanckiego pastora, jest w głębi ducha zaciętym wrogiem kobiet”.
Najlepsze w filmie „Yves Saint Laurent” są pojedyncze sceny, czasem drugi plan, ciekawostki takie jak pojawiający się
Andy Warhol czy Karl Lagerfeld, którego gra Nikolai Kinski, syn słynnego Klausa Kinski. Odpowiednio wyeksponowane są też piękne, oryginalne stroje autorstwa YSL, prawdziwe dzieła sztuki, wypożyczone specjalnie do filmu z muzeum. Jeden z najjaśniejszych punktów to także
Pierre Niney w roli tytułowej, który potrafi oddać skomplikowany charakter swojego bohatera, będąc nieśmiały i neurotyczny, a jednocześnie potwornie egotyczny, a do tego wiarygodny zarówno jako nastolatek, jak i coraz starszy mężczyzna.
Film jest też ciekawy w kontekście kolejnej produkcji o życiu Yves Saint Laurenta, która 1 października wejdzie na francuskie ekrany, na razie była pokazywana w Cannes. Obraz nosi tytuł „Saint Laurent”, reżyserem jest Bernard Bonello, a w obsadzie są takie gwiazdy jak
Helmut Berger (legendarna muza Luchino Vicontiego),
Valeria Bruni Tedeschi (aktorka Ozona) czy
Dominique Sanda (pamiętna ze starych filmów Bertolucciego). O ile jednak „Yves Saint Laurent” miał od początku błogosławieństwo i wsparcie Pierre'a Berge, o tyle kolejny film spotkał się z jego strony z ostrą krytyką. Zapowiada się ciekawie!
„Yves Saint Laurent”, reż. Jalil Lespert, Francja 2013.
Wyst: Pierre Niney, Guillaume Gallienne, Charlotte Le Bon, Laura Smet
Marie de Villepin, Nikolai Kinski. Dystr: Vue Movie Distribution. Premiera: 30 maja 2014 r.
Wychudzone szkielety są fuj. Na kościach, oprócz skóry, powinno być choć odrobinę tłuszczu i mięśni.
Zaiste chwalebne. : /