Wychowałam się na radiowej Trójce. Na głosie Marka Niedźwieckiego, Piotra Kaczkowskiego i Kuby Strzyczkowskiego. Ceniłam stację, która wbrew współczesnym trendom zachowała swoją niepowtarzalność i otwartość, nawet jeżeli nie zawsze zgadzałam się z prezentowanymi poglądami. Aż do feralnego marcowego wtorku…
Wtedy właśnie, a konkretnie gdy słuchałam audycji „Za, a nawet przeciw”, ciężko mi było uwierzyć w to co słyszę. Redakcja postanowiła zapytać naszych rodaków „Czy przeszkadzają im homoseksualiści w życiu publicznym”. Biorący udział w sondzie na stronie radia nie mają wątpliwości – 64 proc. najchętniej posadziłoby ludzi LGBT „w ostatniej ławce”, a najlepiej „za murem” – cytując, biorącego także udział w programie, klasyka. Z audycji sączył się jad i homofobia. Sytuację ratował prof. Ireneusz Krzemiński, ale jego głos był ledwie słyszalny wśród bełkotu. Rozumiem – to nie wina stacji, że takich mamy rodaków (bo to przede wszystkim mężczyźni się wypowiadali), ale prowadzący nawet nie próbował sprowadzić dyskusji na tory „poprawności politycznej”.
Niedługo potem dostaliśmy pierwsze sygnały od oburzonych czytelników i czytelniczek. Oburzonych przede wszystkim na formę pytania – czy stacja zapytałaby słuchaczy, czy przeszkadzają nam ludzie o innym kolorze skóry w przestrzeni publicznej? Albo np. Żydzi? Lub niepełnosprawni? „Postawiliśmy takie pytanie z premedytacją, ponieważ - wbrew pozorom – osób, które myślą w ten sposób – jest sporo. Homofobia nie jest zjawiskiem rzadkim, co poświadczają goście, którzy wzięli udział w audycji. Ludzie nie rozumieją często, co znaczy samo słowo, ale nie przeszkadza im to w atakowaniu osób homoseksualnych, odsądzaniu ich od czci i wiary, potępiania w czambuł itd.” – odpowiadają twórcy audycji, tłumacząc, że tak postawione pytanie wcale nie znaczy, że redakcja podziela podobny pogląd. „Czasem trzeba postawić pytanie właśnie w tak kontrowersyjnej formie, żeby pokazać ludziom, którzy nie mają świadomości, że takie kseno-, homo- i inaczej ”fobiczne” poglądy istnieją i nie jest ich mało. Że nie wolno ich ignorować i umniejszać ich znaczenia. Trzeba o nich mówić, żeby ostrzec – to po pierwsze, a po drugie, żeby ktoś, kto takie poglądy reprezentuje – zachęcony pytaniem – wysłuchał audycji w całości i miał szansę usłyszeć inne zdanie, równie istotne” – dowiadujemy się z przesłanego nam komunikatu. Tak redakcja rozumie „misyjne działanie radia” i dodaje, że w audycji zawsze są dwie strony dyskusji, więc nie ma możliwości ugruntowania jednego i słusznego poglądu. Wieczorem zadzwoniła do mnie przyjaciółka z zapytaniem - czy słuchałam audycji. „Załamałam się, po wysłuchaniu nasuwa się jedna konkluzja: nie ma dla nas miejsca w tym społeczeństwie, jesteśmy dla nich bezproduktywni, nieużyteczni, jałowi i najlepiej gdyby nas nie było” – usłyszałam. Było mi przykro, że „kontrowersyjna forma pytania”, która miała uświadomić ludziom homofobię, tak naprawdę uświadomiła bliskiej mi osobie, że najlepiej jeśli jak najszybciej wyjedzie z tego kraju.
Z ustawy o radiofonii i telewizji jasno wynika, że „publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. W świecie mediów komercyjnych zapominamy, że coś takiego w ogóle istnieje, albo przynajmniej istnieć powinno. No tak. Dyskusja istnieje. Tyle, że za każdym razem, gdy słucham dysput o związkach partnerskich, w których wypowiada się Tomasz Terlikowski, ks. Dariusz Oko, czy Stefan Niesiołowski, myślę sobie, że podobne debaty cofają dyskurs o kilka lat. Rozmówca, nawet tak zacny jak prof. Joanna Senyszyn, czy ostatnio – Joanna Kluzik-Rostkowska, musi odnieść się do argumentów oponenta. I dlatego zamiast o przysposobieniu dzieci partnera rozmawiamy o „lobby gejowskim”, zamiast o wspólnym rozliczaniu się z podatków – o „afiszowaniu się” i „grzechu”.
Słowa Lecha Wałęsy o terrorze mniejszości i ograniczeniu praw ludzi LGBT do 5 proc. wpisały się w coraz popularniejszy ostatnio dyskurs pozwolenia na homofobię. Nie zgadzam się z ministrem Jarosławem Gowinem, że to "niefortunny żart". Mnie przynajmniej do śmiechu nie jest.
Powtórka audycji na stronach radia.
Ale jasne, mamy wolność wyboru i ekspresji i oczywiście każdy może pokazywać to co chce, tylko jak zwykle tacy ludzie zapominają, że są częścią grupy i w jakiś sposób o niej świadczą i wystawiają jej opinie. Chcąc nie chcąc należymy do pewnej grupy. Jak chcemy czegoś wymagać/ oczekiwać zacznijmy od siebie.
Każdy się oburza to takie słowa i reakcje, a komuś przyszło do głowy, skąd i dlaczego to się bierze i jak temu zaradzić?
Dopóki każdy homoseksualista w Polsce nie poczuje się do tego, że swoją osobą, czy tego chce czy nie, reprezentuje jakąś grupę i należałoby się publicznie zachować, dopóty nic nie będzie i nadal będą pojawiać się takie opinie/poglądy czy osądy jak choćby młodego pana Wałęsy.
Przeraża mnie ten homofobiczny dyskurs na który ostatnio jest przyzwolenie.
Czy Ci ludzie nie wiedzą, co to jest empatia ? Polecam zajrzeć do słowników.