Reanimacja?
Ostatnie sezony udowodniły, że w muzyce popularnej nastąpił znaczący zwrot. Pośród całej masy propozycji stylem wiodącym, najłatwiej porywającym publiczność, najlepiej trafiającym w jej potrzeby okazuje się pop w wydaniu vintage, otwarcie nawiązujący do tradycji sprzed kilku dekad, bazujący na już niegdyś wyeksploatowanych brzmieniach. W modzie są lata 50., 60., 70., wszystko, co zdawało się być już zamkniętym rozdziałem, a jednak zostało niespodziewanie reanimowane. Także twórcy w różny sposób związani ze społecznością LGBT nie opierają się temu trendowi.
Oszałamiający sukces płyty „21” Adele jest najlepszym dowodem na to, jak chwytliwa jest dzisiaj muzyka retro. Dwadzieścia dwa miliony sprzedanych egzemplarzy to niebotyczny wynik, osiągalny dzisiaj jedynie dla muzyków, których policzyć można na palcach jednej ręki. Na wyrazisty charakter albumu złożyły się takie elementy jak głos wokalistki, staromodny sposób frazowania, wreszcie kompozycje i aranżacje oraz uzupełniająca to wszystko oprawa plastyczna. Piosenka „Rolling into Deep” zyskała miano największego przeboju sezonu, a wydaje się, że żadnym nadużyciem byłoby nazwanie jej hitem dekady. „21” jest więc swoistym szczytem tej tendencji w popie, ale miała swoich poprzedników, niemal równie chętnie słuchanych.
W roku 2003 aż pięć nagród Grammy w najważniejszych kategoriach zgarnął album „Come With Me” Nory Jones jakże mocno inspirującej się dokonaniami Billie Holiday i Niny Simone. Ledwie dwa lata później te same wyróżnienia trafiły do oldschoolowego krążka „Genius Loves Company” nagranego przez Raya Charlesa przy współudziale szeregu wybitnych muzycznych osobowości. Zwycięstwu tych dwóch płyt towarzyszył coraz powszechniejszy trend nagrywania coverów (np. George Michael, Rod Stewart), które na listach przebojów zaczęły konkurować z nowymi produkcjami. O popularności muzyki stylu vintage zdecydowała jednak kariera innej artystki.
„Back to Black” jest tytułem dla dzisiejszej muzyki popularnej o znaczeniu chyba epokowym. Co ważne, już samo pierwsze słowo tytułu zapowiada wycieczkę w przeszłość. Amy Winehouse, artystka odpowiedzialna za ów krążek, niemal oficjalnie otworzyła sezon na lata 60., zarówno wokalem jak i w warstwie instrumentalnej odsyłając słuchaczy do, zdawałoby się, już przebrzmiałych rytmów. Nawet śmierć wokalistki w symbolicznym wieku 27 lat wydaje się być przykrym nawiązaniem do historii muzyki sprzed kilku dekad. Ciekawe, że konkurentką Amy była przez dwa sezony młodziutka Duffy, operująca głosem na wzór wokalistyki lat 60. Podobne przykłady można mnożyć. Są to produkcje mniej lub bardziej udane. Na pewno od lat szacunkiem cieszy się Michael Buble, dzięki swojej barwi brawurowo wpisujący się w estetykę śpiewania spod znaku Franka Sinatry. Christina Aguillera, obdarzona potężnym wokalem, pozwoliła sobie na wycieczkę w epokę jeszcze wcześniejszą i na płycie „Back to Basics” odważnie wyśpiewała standardy amerykańskiej muzyki okresu lat 20., 30., 40., choć jej nagrania nie spotkały się już z wielka przychylnością krytyki.
W ubiegłym roku do rangi pewnego fenomenu urosła Lana Del Rey. Wokalistka, często porównywana do Nancy Sinatry, zyskała na popularności dzięki utworom, których nieoczywisty klimat podszyty jest fascynacją dawnymi czasami. Jej wdzięczny pseudonim jest połączeniem imienia przedwojennej hollywoodzkiej gwiazdy kina, Lany Turner, i od dawna nieprodukowanego klasycznego modelu forda Del Rey, co także sygnalizuje silne związki ze starą tradycją popkultury.
Nawet Lady Gaga, piosenkarka tak ważna dla społeczności LGBT, choć w przekazie ideologicznym swojej twórczości stara się być postępowa czy wręcz rewolucyjna, muzycznie pozostaje wtórna wobec brzmień lat 80. O ile pierwsza płyta była jeszcze typowym popkulturowym tworem, bardziej produktem niż muzyką, jej kolejne krążki okazywały się już ukłonem w stronę spuścizny, jaką pozostawili po sobie Queen, Madonna, Jackson czy Cindy Lauper. Konsekwencja, z jaką sięgała po te znane już chwyty, była tak zdecydowana, że aż naraziła ją na oskarżenia o plagiat utworu („Born This Way”), który swoje triumfy święcił właśnie w czasach reaganowskiej Ameryki. Nawet teledysk do wielkiego hitu „Alejandro” wyraźnie inspirowany był dawnymi wideoklipami królowej popu. A skoro już o niej mowa… Największa konkurentka Gagi równie głośno fetowana przez mniejszości seksualne, wcale się od młodszej koleżanki nie różni. Sięgając po gotowe motywy muzyczne z płyt ABBY, Madonna osiągnęła przecież swój największy sukces artystyczny na przestrzeni ostatniej dekady. Pozostałe jej propozycje z tego okresu, nazbyt komercyjne i niezbyt świeże, okazały się tworami na tyle pozbawionymi charakteru, że służyć mogą spokojnie za „matowe”, obojętne tło rozmów w klubokawiarni, bo emocji żadnych nie wzbudzają. Zapożyczenie u starszych kolegów okazało się bardzo dobrym pomysłem.
Polskie podwórko fonograficzne także, choć nieco spóźnione, odczuło już zmianę klimatu w oczekiwaniach publiczności. Dzisiaj promuje się głosy kojarzące się z minioną świetnością estrady. I choć mocno przybladła gwiazda Eweliny Flinty, która tak przekonująco nawiązywała do najszlachetniejszej tradycji rocka, to wciąż jednak mamy Anię Dąbrowską, jej koleżankę z pierwszej edycji Idola, która zachwycająco wykonuje piosenki albo utrzymane w stylu lat 60. (płyta z 2008 roku), albo zwyczajnie zapożyczone z amerykańskiego kanonu („Ania Movie”). Mamy wreszcie jeden z najbardziej spektakularnych debiutów ostatnich lat – Anię Rusowicz, która najkonsekwentniej stylizuje swoje utwory na dawny polski big beat. Jej estetyka śpiewania, aranżacja każdej piosenki, towarzyszące im teledyski – wszystko ma formułę nawet nie vintage, a retro, oferuje odbiorcom spotkanie z przeszłością, która w magiczny sposób staje się bardzo teraźniejsza. Robi tym furorę, zjednując sobie zarówno krytyków, jak i słuchaczy.
To ciekawe, że obecnie staroświeckie brzmienia nie stanowią żadnego zgrzytu, tak doskonale wpisują się w potrzeby publiki. Kiedyś każda epoka wymagała nowej energii, wyrażonej w innowacyjnym stylu; nowej oferty kulturowej, która pozwoliłaby zdefiniować współczesność i stanowiłaby odpowiedź na zmieniające się realia. Oczywiście zawsze tworzono muzykę, która była mniej lub bardziej otwartym nawiązaniem do przeszłości, do pewnego kanonu, ale nigdy nie był to nurt wiodący, okupujący pierwsze miejsca z list przebojów. Obecnie masowa publiczność z rozkoszą ogląda się za siebie, na poprzednie pokolenia. Postmodernizm przyniósł modę na przeszłość. W każdej dziedzinie artystycznej obserwujemy ciągłe próby sięgania po staromodne klisze, konwencje i rozwiązania. Czasem są to poważne i ambitne projekty, częściej jednak pusta stylizacja, pozbawiona treści, kokietująca wyłącznie zgrabną ewokacją. Dawne konwencje i schematy są bezpieczniejsze, dobrze znane, łatwe do zdefiniowania. Współczesny pop właśnie tego potrzebuje: nie zmiany, nie nowości, a udanego cytatu. Staroświecki sznyt przydaje wielu utworom wdzięku i szlachetności. Dają one złudne poczucie obcowania z czymś lepszym, wartościowszym niż klubowy repertuar. Chytry chwyt, który sprawdza się znakomicie.
Dzisiaj innowacyjni twórcy, którzy chcą eksperymentować, którzy starają się wydobyć z instrumentu czy wokalu coś zupełnie nowego zajmują miejsca w niszy muzyki alternatywnej. To oczywiście niemała nisza, bo może ona liczyć na zainteresowanie ogromnej liczby słuchaczy, ale nie czarujmy się, przemawia do gustu publiczności znacznie mniej licznej niż ta, która chce dzisiaj słuchać Adele czy Del Rey. Eksperymenty muzyczne wydają się nazbyt radykalne, masową publiczność raczej męczą i na dłuższą metę odstręczają. Dzisiaj liczy się sentyment, ale szczególnego rodzaju.
Kiedyś młodzi ludzie, którzy zawsze stanowili naturalnego odbiorcę popkultury, odrzucali kanony, by dać się porwać nowości. Teraz zwracają się ku przeszłości i z sentymentem patrzą na muzykę i czasy, których z racji wieku nie mogą pamiętać. Sentyment w kulturowym wymiarze uległ zredefiniowaniu: nie jest już tylko chęcią powrotu do pamiętanej przeszłości, ale pragnieniem przeżywania emocji poprzednich pokoleń. Z czego to wynika? Czasy doby Internetu przyniosły zmianę perspektywy. Rzesze ludzi uzyskały dostęp do niewyczerpanego rezerwuaru kultury, na temat której mieli wcześniej mylne wyobrażenie; zostaje ona na nowo odkrywana, ożywa i fascynuje. Dawne kostiumy stały się elementami pozwalającymi określać tożsamość współczesną, więc nowe idee przestały być tak bardzo potrzebne. Również estetyka okazała się w starym wydaniu niesamowicie atrakcyjna i spokojnie może służyć upiększaniu dzisiejszej codzienności. Cytat stał się lepszy od nowego odkrywczego zdania. Dlatego pastisz, jak pisał o tym Fredric Jameson, zyskał status najpowszechniej stosowanego gatunku w każdej dziedzinie artystycznej.
Bardzo ważne jest także to, że współcześnie nie mamy do czynienia z czymś takim jak doświadczenie pokoleniowe. Za pośrednictwem mediów, zwłaszcza Internetu, przeżywamy dzisiaj namiastkę dawnych emocji, doświadczenia ojców i dziadków stają się w jakimś sensie bardzo prywatna także dla nas. To oczywiście nieprawda, to jedynie surogat przeżycia, ale jednak przemawiający do wyobraźni. Fukuyama powiedziałby „koniec historii”, bo nie ma już mechanizmu, który kulturę pchałby naprzód; wektor kieruje się ku minionemu. Ale chodzi tu także o koniec potrzeby przeżywania dnia dzisiejszego. Sieć jest ciekawsza od współczesnej rzeczywistości właśnie dlatego, że oferuje dostęp do emocji z innej epoki, a to uwodzi skuteczniej niż pospolitość rzeczywistości za oknem.
Czy współczesna muzyka popularna straciła innowacyjny impet, dała się wykastrować i dzisiaj może jedynie przetwarzać sprawdzone już brzmienia? Czy aby osiągnąć sukces na miarę krążka „21” wypada dzisiaj jedynie opakować swój artystyczny przekaz w kostium z epoki? Wygląda na to, że jest to ścieżka teraz najłatwiejsza i nie wydaje się, by prędko mogło to ulec zmianie.
Przemysław Pełka
Cóż, jak ludziom nie wytłumaczy łopatologicznie, to nie zrozumieją. :D
> artykuł rzeczywiście bardzo dobry, sugestywny i wnikliwy. Chwalę Pana Pełkę !
> mogłeś Matrix'ie pokusić się o przetłumaczenie wypowiedzi Pani GaGi gdyż nie każdego tutaj obowiązuje angielszczyzna na szczęście, dosłownie.
Wydaje mi się, że współczesny słuchacz nieco przestraszył się nowoczesnej, mega skompresowanej, z przesyconymi panoramą i spektrum. Ale nie łudźmy się - wszystko dąży w kierunku muzyki elektronicznej. Przede wszystkim jest to muzyka tańsza i dająca zupełnie nowe możliwości. Ale nie jest to muzyka prostsza w tworzeniu.
GaGa we wrześniowym Vogue'u powiedziała coś bardzo mądrego(czasem jej się zdarza ;) ):
?Well, I think we both know that acoustic music isn?t better than electronic music. Electronic music requires a tremendous amount of technical expertise?really knowing the mathematics and beauty of music. At the risk of sounding like a snob, if you don?t really understand how to make electronic music, it might be much easier for you to write it off as low-brow.?.
Mam kilku znajomych, którzy na myśl o muzyce elektronicznej skręca się z bólu. Kiedy powiedziałem, że "Titanium" Guetty to też elektroniczny track, pojawiła się w ich oczach panika. Wydaje mi się, że to efekt rozumowania: muzyka elektroniczna = techno. To trochę smutne, ale chyba prawdziwe. Ludzie nie mają zielonego pojęcia jak bogaty jest ten gatunek muzyczny(a właściwie cała rodzina).