Była z nich niezła para. Oboje biedni i trochę zagubieni w Nowym Jorku. Bardzo młodzi i pełni pasji do sztuki. Ona – początkująca poetka, która za parę lat przeistoczy się w charyzmatyczną rockową wokalistkę („Because the night”, „People have the Power”). On – artysta sztuki konceptualnej, który za parę lat przeistoczy się w słynnego fotografa. Ona heteryczka, on gej. Patti Smith i Robert Mapplethorpe. Po kilku latach ten niezwykły związek się rozpadnie, ale nigdy do końca. Patti będzie czuwać przy Robercie, gdy ten umrze na AIDS w 1989 r.
„Poniedziałkowe dzieci” to opowieść Patti Smith o jej związku z Robertem. Napisałbym „memuary”, ale brzmi to tak XIX-wiecznie, że zupełnie nie pasuje. To ksiązka zdecydowanie XXI-wieczna: dla Patti homoseksualizm jej faceta nie stanowi tabu, którym „nie wypada epatować”.
Seks z facetami? Tylko dla kasy!Poznali się 1967 r. Mieli po 20 lat. Czuli się wolni, ale i nierzadko… głodni. Ledwo wiązali koniec z końcem, mieszkali w wynajmowanych ruderach, imali się przypadkowych zajęć. Cały czas również kręcili się wokół artystycznej bohemy Nowego Jorku i tworzyli. Patti pisała wiersze – na pewno kojarzycie tę słynną strofę:
Jezus umarł za cudze grzechy, ale nie moje. A Robert był non stop zaprzątnięty swoimi instalacjami artystycznymi. Dopiero odkrywał, że jego powołaniem jest fotografia. Powoli też orientował się, że nie wytrzyma ciągłego tłumienia homoseksualnego popędu. Ale był z Patti nie dla kamuflażu – autentycznie ją kochał.
Gejowska tożsamość przebijała się do świadomości Roberta z trudem, podobnie jak zbiorowa tożsamość całego pokolenia amerykańskich gejów, które właśnie wtedy na poważnie zaczynało się buntować. Robert jednak ładnych parę lat nie był w stanie zaakceptować swej homoseksualności i oszukiwał się na wyjątkowo wykrętny sposób. A mianowicie, został męską prostytutką! A przy tym wmawiał Patti i sobie, że uprawia seks z mężczyznami wyłącznie dla pieniędzy, których skądinąd im obojgu dojmująco brakowało. To była jego metoda na łączenie przyjemnego z pożytecznym bez konieczności stanięcia twarzą w twarz z faktem pod tytułem „podoba mi się seks z facetami”.
Bez wstyduPatii przez chwilę kupowała tę wersję, ale potem nabrała podejrzeń. Musiało jednak minąć kilka lat, zanim Robert dojrzał do tego, by zaakceptować swój homoseksualizm. I by wejść z mężczyzną w głębszą relację, niż jednorazowe seksualne przygody. Jego pierwszym facetem był David Croland, a drugim – jeszcze „za czasów” Patti. Jakkolwiek dziwnie może to brzmieć – sporo od Roberta starszy Sam Wagstaff, mecenas sztuki, który stworzył mu warunki sprzyjające do rozwoju artystycznego.
Patti snuje swą opowieść o szalonych, hippisowskich latach w klimacie nostalgicznym. Widać, że wydarzenia zostały przefiltrowane przez jej pamięć i nawet kiepskie chwile z perspektywy kilkudziesięciu lat nie „wyglądają” już tak źle. Wspaniale, że o gejostwie Roberta rozprawia bez atmosfery sensacji czy wstydu. Otwarcie pisze również o jego sadomasochistycznych upodobaniach, czego zresztą trudno się nie domyślać, znając prace Mapplethorpe’a.
Otrzymujemy też panoramę nowojorskiej kontrkultury czasów seksualnej rewolucji, której niekwestionowanym guru był Andy Warhol (sam seksu już wtedy programowo nieuprawiający).
„Poniedziałkowe dzieci” są więc nie tylko portretem niecodziennego związku miłosnego, ale też portretem pokolenia, które zdecydowało o kształcie drugiej połowy XX wieku (przynajmniej w kulturze Zachodu). Oraz fotografią kluczowego momentu w historii gejowskiej emancypacji, której Mapplethorpe jest dobrym przykładem.
Patti Smith – „Poniedziałkowe dzieci”, Wydawnictwo Czarne 2012
Mam wrażenie, że dla autora życie seksualne Mapplethorpe'a nie było brudem. Kojarzenie seksualności z brudem to raczej polska specjalność.
książkę czyta się przyjemnie i to najważniejsze