W sobotę rozdano główne nagrody
62. edycji festiwalu filmowego w Berlinie, a dzień wcześniej poznaliśmy laureatów tegorocznych
Teddy Awards przyznawanych od 26 lat najlepszym filmom o tematyce queerowej. Jak przed rokiem, „miśki” wręczono na terenie nieczynnego już lotniska Tempelhof – ma ta lokalizacja także niebagatelny wymiar symboliczny, zważywszy na fakt, że jest Tempelhof dumnym przykładem architektury hitlerowskiej. Na imprezie stawili się wszyscy święci i nieświęci: od dyrektora Berlinale, Dietera Kosslicka i pomysłodawcy queerowych nagród, od lat szefa festiwalowej sekcji Panorama, Wielanda Specka przez rysownika Ralfa Königa (który zaprojektował obecną statuetkę Teddy’ego i któremu poświęcony był, pokazywany na festiwalu, dokument Rosy von Praunheim „König des comics”, czyli „Król komiksów”; Ralf wręczał nagrodę za najlepszy film fabularny) po licznych twórców, aktorów, dziennikarzy, polityków, aktywistów, pasyfistów… I ja tam byłem, piwo i wino piłem. Zabrakło jedynie burmistrza Berlina, Klausa Wowereita, który odbywał jakąś podróż służbową, ale przysłał swoją reprezentantkę.
Zaśpiewały m.in.
Peaches i niemiecka ikona gejowska,
Marianne Rosenberg, a młodziutki
Mirko Köckenberger rozebrał się i ubrał ponownie, stojąc na rękach (nie ma dorocznych ceremonii Teddy’ego bez obowiązkowych akrobacji). Specjalne nagrody „za całokształt” powędrowały do
Mario Monteza, gwiazdy filmów Jacka Smitha i Andy Warhola (stawił się w wielkiej, kaskadowej, czarno-stalowej sukni z odkrytymi ramionami lekko zasłoniętymi granatowym szalem) oraz słabo, niestety, w Polsce znanej niemieckiej reżyserki
Ulrike Ottinger poruszającej w swych wizjonerskich filmach tematykę feministyczną i genderową. Każdego roku omawiany jest także podczas uroczystości jakiś ważny temat polityczny, tym razem była to transofobia – Nicolas Jonathan Beger z Amnesty International referował, jak wygląda sytuacja prawna i społeczna osób transseksualnych w różnych krajach świata.
Do nagród Teddy’ego pretendowało
20 fabuł, kilkanaście dokumentów i krótkometrażówek. Spektrum postaw rozciągało się w nich od brutalnej homofobii po hipsterskie pozy. Także gatunkowo było w czym wybierać – oglądaliśmy eksperymenty, musicale, komedie, dramaty, a nawet lesbijsko-queerowo-artystowskie porno („Mommy Is Coming” Cheryl Dunne). Z jednej strony, mieliśmy parę wylansowanych i zblazowanych małolatów, którzy włóczą się po nocnym Paryżu w poszukiwaniu „nowych horyzontów”, recytują poezję i wpatrują się w siebie z czułością („L’age atomique” Heleny Klotz), z drugiej homoseksualistów prześladowanych i mordowanych w Ugandzie (wyróżnione Teddym dla najlepszego dokumentu, „Call me Kuchu” Maliki Zouhali-Worrall i Katherine’y Fairfax Wright).
O tym, jak przez ostatnie lata zmieniła się sytuacja mniejszości seksualnych na Zachodzie, jak obrośli oni w piórka i inne gadżety najlepiej świadczy przykład filmu „Leave It On The Floor” Sheldona Larry’ego. Reżysera zainspirował słynny dokument sprzed ponad dwudziestu lat, „Paris Is Burning” Jennie Livingstone o nowojorskich „wyrzutkach” – czarnych gejach i transach, wegetujących na marginesie społeczeństwa - którzy stworzyli własną subkulturę. Raz na jakiś czas organizują oni „bale przebierańców”, rywalizują podczas nich w rozmaitych kategoriach kostiumowo-tanecznych, takich jak „dziewczyny z sąsiedztwa” czy „białe kołnierzyki”. Stanowią ich występy imitacje lub parodie heteroseksualnej normy, wyrażają jednocześnie złość i tęsknotę outsiderów, dla których nie ma miejsca w „mainstreamie”. To właśnie z filmu Livingstone , z czego mało kto pewnie zdaje sobie sprawę, Madonna zerżnęła styl taneczny zwany „vogue”, zademonstrowany w pamiętnym teledysku. Larry też poszedł w podobnym kierunku, robiąc niskobudżetowy, ale jednak „glamurowy” musical, w którym wszyscy główni bohaterowie są śliczni, zadbani, wypielęgnowani, cudownie zbudowani, wydepilowani, wymuskani, wypucowani i odpicowani. Rzecz zaczyna się niby dramatycznie – Brad zostaje wygnany z domu przez własną matkę, bo oglądał strony z gejowskim porno. Lecz choć nie ma chłopak dachu na głową, grosza przy duszy i spać musi w samochodzie, to jednak pot i brud się go nie imają. Co rusz zmienia swe seksowne, obcisłe t-shirty, a fikuśnie przekrzywiona czapeczka wydaje się przyrośnięta do jego kształtnej główki. Bunt umarł w butach (na wysokich obcasach), ostał się jeno lans (i kicz). Nie wątpię, że film się spodoba wszystkim homoseksualnym i (nie tylko homoseksualnym) miłośnikom „Tańca z gwiazdami”.
A teraz wróćmy do jakże postępowej Europy i rzućmy okiem na, nie tak odległy od Berlina, Belgrad.
Srdan Dragojević przywiózł stamtąd komedię nawiązującą do… krwawo stłumionej w 2009 roku przez bandy chuliganów parady gejowskiej. Jego film opiera się na absurdalnym z pozoru pomyśle, że serbski mafiozo – nacjonalista i uczestnik wojny domowej, nie rozstający się ze swą giwerą – postanawia ochraniać przemarsz „zboczeńców”. Czyni tak z miłości do gejolubnej narzeczonej, w której mój jugosłowiański przyjaciel dostrzegł odbicie tamtejszej diwy, Jeleny Karleuszy. Co więcej, Limun bierze do pomocy wojennych kumpli z przeciwnych stron frontu: Chorwata, Bośniaka i Albańczyka z Kosowa.
„Parada” to nie jest film, który wyrastałby z subtelnych, queerowych rozważań o seksualności. Przeciwnie – bezpardonowo jedzie na stereotypach. „Karki” są rozrośnięte, buraczane, agresywne i popędliwe, natomiast geje miękcy, płaczliwi i romantyczni. W Berlinie komedia Dragojevicia otrzymała najpierw nagrodę czytelników gejowsko-lesbijskiego magazynu „Siegessaule”, potem oficjalną nagrodę publiczności festiwalu oraz wyróżnienie honorowe jury ekumenicznego. Ekumenizm „Parady” polega na tym, że pozwala ona wszystkim pośmiać się ze wszystkich: heterykom z pedałów, pedałom z heteryków, ustaszom z czetników, czetnikom z ustaszy itd. Zaś fakt, iż przewodnikiem po świecie „odmieńców” uczynił reżyser homofoba z pewnością pomógł trafić filmowi do szerokiej widowni na homofobicznych Bałkanach, gdzie dotąd obejrzało go ponad pół miliona widzów. Dragojević nie zapomina jednak o dramatycznym, a nawet tragicznym wymiarze wydarzeń z 2009 roku, jak również bardzo jasno i wyraźnie apeluje o tolerancję. Niezależnie od pewnych wątpliwości, które budzi we mnie „Parada”, szczerze zazdroszczę braciom Serbom, że - w przeciwieństwie do nas, Polaków – potrafili zareagować filmowo na przemoc wobec mniejszości seksualnych.
Pojawia się ona również w „Lost in Paradise” Vu Ngoc Danga, pierwszym - uwaga! - wietnamskim filmie o gejach. Miłość w wielkimi i okrutnym mieście Sajgonie połączy przybysza z prowincji, Khola oraz męską prostytutkę, Donga. Mimo komediowych tonów i wyestetyzowanych, a nawet przeestetyzowanych zdjęć (patrz - smakowite sceny seksu) i tu, podobnie jak w „Paradzie”, próżno wypatrywać happy endu. Świat w swej większości wciąż nie jest przyjaznym miejscem dla LGBT.
Potwierdza to też wspomniany dokument „Call me Kuchu” („kuchu” znaczy tyle, co „pedał”) – rejestracja na gorąco wydarzeń w Ugandzie, gdzie politycy, pod wpływem Kościoła i kaznodziejów importowanych z USA (inspirowanych m.in. przez znanego nam skądinąd, Paula Camerona), chcą wprowadzić karę śmierci za „akty homoseksualne”. Smutną puentą filmu jest morderstwo działacza LGBT, Davida Kato i jego pogrzeb, na którym miejscowy pastor popisuje się mową nienawiści.
Skoro już o dokumentach mowa… Sporo z nich odwoływało się do przeszłości. Najwyraźniej stawiają one sobie za cel uświadomienie młodym członkom branży z Zachodu, kto i jak wywalczył dla nich swobody obyczajowe, którymi mogą się obecnie cieszyć. I tak „Vito” Jeffreya Schwarza (wyprodukowany przez Bryana Singera, reżysera „X-Menów”) przypomniał postać Vita Russo, aktywisty gejowskiego z lat 70. i 80. oraz autora książki „The Celluloid Closet”. Rzecz jest ciekawa poznawczo, ale utrzymana w nieznośnie hagiograficznym tonie – zaiste był Russo człowiekiem bez zmazy i skazy, wszyscy go kochali, zwłaszcza ciotki. Gorąco za to polecam dokument „Unter Mannern – Schwul in der DDR” w reżyserii Markusa Steina (notabene, byłego studenta łódzkiej „Filmówki”) i Ringo Rosenera, czyli opowieść o życiu „pedalskim” w NRD, której bohaterami się mężczyźni wywodzący się z różnych środowisk i różne postawy wówczas reprezentujący. Mamy tu więc i fryzjera, który we Wschodnich Niemczech prowokował swą otwartością i swym wyglądem, często więc bywał zatrzymywany przez policję, i głęboko schowanego w szafie nauczyciela, i mieszkańca dalekiej prowincji, i pastora, który próbował zakładać pierwsze organizacje gejowsko-lesbijskie…
Jak natomiast sprawy wyglądały w Niemczech Zachodnich, pokazuje także bardzo dobry dokument „Detlef” Stefana Westerwellego i Jana Rothsteina – portret bezkompromisowego działacza, Detlefa Stoffena. W latach 70. i 80. urządzał on manifestacje i happeningi, założył homoseksualną komunę oraz rozkręcił z powodzeniem gejowski biznes (handel zdrową żywnością). Liczne materiały archiwalne – fragmenty starych kronik, zapiski i zdjęcia z prywatnego archiwum bohatera – kontrastują ze scenami ukazującymi jego obecne życie. Sześćdziesięcioletniego pana, który prowadzi spokojną, by nie rzec nudną egzystencję , opiekując się swą dziewięćdziesięcioletnią, irytującą go często matką.
Homoseksualna starość – temat raczej nieobecny w tych wszystkich seksownych komedyjkach i „obyczajach”, jakie są produkowane hurtowo z myślą o „młodym tłumie” z modnych klubów – stanowił główny motyw kilku berlińskich filmów. „Starość jest gówniana” – mówi Detlef, któremu jednak od czasu do czasu udaje się wyrywać jakiegoś chłopaka na gayromeo (choć odmładza się na profilu o osiem lat). W intrygującym, kontemplacyjnym, wyróżnionym Nagrodą Specjalną queerowego jury dokumencie „Jaures” Vincenta Dieutre’a, też już niemłody reżyser relacjonuje przed kamerą swój związek z Simonem, rozwiedzionym ojcem dwóch dorosłych synów. Tym wyznaniom towarzyszą ujęcia, jakie narrator nakręcił z okna mieszkania kochanka – przedstawiają one głównie życie afgańskich uchodźców, którzy urządzili na nabrzeżu paryskiego kanału obóz. Co ciekawe, nie zobaczymy w kadrze twarzy Simona. Według relacji Vincente’a, ukrywał on przed otoczeniem homoseksualizm. Traktował ich związek jako odstępstwo od „heteronormy”, do której pragnął - przynajmniej oficjalnie, publicznie - należeć. W recenzjach z „Jaures” pojawiła się refleksja, że jest to film o solidarności. Ja, przeciwnie, myślę, że pokazuje on odrębność, nieprzystawalność i nieprzenikalność różnych rzeczywistości: francuskiego, zamożnego mieszczaństwa i koczujących nad brzegiem imigrantów, otwartego gejostwa reżysera i „dyskretnego” świata jego niewidzialnego partnera.
W gronie nominowanych do nagrody Teddy’ego dla najlepszej fabuły znalazły się ostatecznie trzy tytuły, w tym dwa debiuty:
Lucy Malloy, która w
„Una noche” przedstawiła opartą na faktach historię trojga dzieciaków próbujących na prowizorycznym pontonie uciec z Kuby do Miami oraz
Marialy Rivas, chilijskiej reżyserki filmu
„Joven & alocada” traktując ego o zbuntowanej nastolatce (tak na marginesie, rok temu Rivas zaprezentowała w Berlinie świetną krótkometrażówkę „Blokes”, do obejrzenia na youtubie).
Ostatecznie wygrało jednak
„Keep The Lights On” Iry Sachsa. Nastrojowa, świetnie zagrana, rozgrywająca się na przestrzeni kilku lat opowieść o meandrach związku nowojorskiego reżysera (w tej roli, znany z „Braterstwa” Duńczyk, Thure Lindhardt) z nadużywającym narkotyków prawnikiem, Paulem (Zachary Booth). Intymny klimat pozwalają poczuć także zdjęcia Greka, Thimiosa Bakatakisa (był operatorem m.in. „Kła” i „Attenberga”) posługujące się delikatnym, przytłumionym światłem, skupione na twarzach i ciałach bohaterów. To smutny film o uzależnieniu - nie tyle od narkotyków, co od drugiej osoby. O mozolnym wychodzeniu z kryzysu wywołanego toksycznym, choć przecież też chwilami wspaniałym i ekscytującym, związkiem.
Sachs nie ukrywa, że oparł film na własnych przeżyciach. Odbierając statuetkę Teddy’ego powiedział, że tytuł „Keep The Lights On” - „Nie gaście świateł” – ma zachęcać do jawności, do dzielenia się prywatnymi historiami, których heteroseksualna większość często nie chce oglądać i słuchać. „W trudnych momentach mojego życia wiele rzeczy musiałem w sobie tłumić. Jako gej byłem nauczony je ukrywać”.
Polaków w filmowej, queerowej rodzinie ciężko znaleźć (choć we wspomnianym francuskim „L’age atomique” jedną z głównych ról zagrał Polak, Dominik Wójcik, nawet przez chwilę mówi na ekranie po polsku). Jest jednak pewien postęp. Przed rokiem pokazano w Berlinie „Salę samobójców”, tym razem - „Sekret” Przemysława Wojcieszka. Oba filmy także pretendowały do Teddy’ego, niczego jednak nie wygrały. Nie dziwię się, gdyż w porównaniu z innymi kandydatami wypadły po prostu anachronicznie.
U Wojcieszka grany przez Tomasza Tyndyka, Ksawery jedzie ze swą przyjaciółką, Karoliną (Agnieszka Podsiadlik) odwiedzić dziadka Jana (Marek Kępiński) mieszkającego pod lasem. Nie są to całkiem bezinteresowne odwiedziny – chodzi o wyciągnięcie ze staruszka tytułowego „sekretu”. Istnieje bowiem podejrzenie, że, tuż po zakończeniu wojny, Jan zamordował dwóch Żydów, ojca i syna, po to, by przejąć należący do nich dom. Ksawery jest ponoć gejem i drag queen, z czego jednak kompletnie nic nie wynika (ma partnera? kochanków? zero informacji!) . Ot, przeplata reżyser główny wątek jakimiś przebitkami z występu bohatera gdzieś w Polsce (bardziej to zresztą przypomina performance a la Nowy Teatr niż sceniczny show) oraz każe mu raz biegać w sukience po lesie. Nie rozumiem, dlaczego Wojcieszek przegapił okazję, by skonfrontować drag queen z wiejskim weselem, w którym cała trójka uczestniczy. Aż się prosiło, by tam Ksawery dał - przed pijanym, wiejskim tłumem gości - recital. Jest, niestety, „Sekret” dziełem wykoncypowanym (na zasadzie: weźmy dwa „kontrowersyjne” tematy, czyli antysemityzm i pedalstwo, a następnie wrzućmy je na ekran) i pseudoawangardowym w formie. Co więcej, Ksawery zaczyna nagle czynić Karolinie miłosne wyznania. Na podstawie „Sali samobójców” i „Sekretu” można wysunąć pewną prawidłowość: otóż, specyfiką polskiego kina queerowego jest to, że jego gejowscy bohaterowie zawsze zakochują się w kobietach.
Bartosz Żurawiecki - krytyk filmowy, recenzent "Filmu" i "Przekroju", autor powieści "Trzech panów w łóżku nie licząc kota. Romans pasywny" (2005) oraz trzech dramatów zebranych w tomie "Erotica alla polacca" (2005). W tekście "O tym, którego nie ma" opublikowanym jesienią 2002 r., napisał: "Oczywiście, że jestem gejem, co deklaruję z pewną niechęcią, nie dlatego, że się wstydzę - po prostu chronicznie nie znoszę wszelkich etykietek i deklaracji (...). Ale się deklaruję, bo mam po dziurki w nosie z jednej strony różnych "życzliwych", którzy pod płaszczykiem "bezstronnej tolerancji" kryją wstydliwie własne upodobania, z drugiej - ignorantów od teologii, socjologii, psychologii itd., znających sprawę z trzeciej ręki. Np. Ręki Boskiej.".