Marynarze - żeglarze, pływający po morzach i oceanach, od czasu do czasu zawijający na swych łajbach, statkach i okrętach do najodleglejszych portów. Po wielomiesięcznych, uciążliwych wędrówkach do najróżniejszych zakątków świata, przeżywszy tam niespotykane nigdzie indziej przygody, o których szczury morskie mogą tylko pomarzyć, przy szklaneczce zaprawianego sokiem z cytrusów oraz cynamonem rumu, czyli grogu, opowiadający o przygodach na Cejlonie, Sumatrze, Wyspach Wielkanocnych, morzach południowych... Z dalekich wypraw oceaniczni wędrowcy przywozili dary, posążki, przyprawy korzenne, lingamy i afrodyzjaki, monety, głowy upolowane przez łowców głów, pióra przedziwnych ptaków oraz małpki...
Pływał raz marynarz, który
Żywił się wyłącznie pieprzem,
Sypał pieprz do konfitury
I do zupy mlecznej.
Może ktoś się bardzo zżymał,
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści.
Kto chce, ten niechaj wierzy,
Kto nie chce, niech nie wierzy,
Nam na tym nie zależy,
Więc wypijmy jeszcze
"Morskie opowieści" (ang. The Drunken Sailor)
słowa Jan Kasprowy
Marynarze - żeglarze, pływający po morzach i oceanach, od czasu do czasu zawijający na swych łajbach, statkach i okrętach do najodleglejszych portów. Po wielomiesięcznych, uciążliwych wędrówkach do najróżniejszych zakątków świata, przeżywszy tam niespotykane nigdzie indziej przygody, o których szczury morskie mogą tylko pomarzyć, przy szklaneczce zaprawianego sokiem z cytrusów oraz cynamonem rumu, czyli grogu, opowiadający o przygodach na Cejlonie, Sumatrze, Wyspach Wielkanocnych, morzach południowych... Z dalekich wypraw oceaniczni wędrowcy przywozili dary, posążki, przyprawy korzenne, lingamy i afrodyzjaki, monety, głowy upolowane przez łowców głów, pióra przedziwnych ptaków oraz małpki...
Dziś dziedzictwo dawnych żeglarzy południowych mórz, w czasach wielkich kontenerowców i frachtowców, w dobie globtroterskiej turystyki, nieco przyblakło. Marynarze w dawnej, klasycznej postaci istnieją zapewne już tylko w komiksach (Popeye i Donald Duck) jako zaprzysięgli single, w klasycznych mundurkach marynarskich (styl marynarski powraca niemal cyklicznie w sezonie letnim). Marynistyczne akcenty pojawiają się w kolekcjach znanych projektantów mody, głównie damskiej. Styl marynarski kojarzy się z 3 podstawowymi kolorami: granatem, bielą i czerwienią. Obowiązkowe są też poprzeczne paski, łańcuchy, koła ratunkowe, sznury, kotwice i łódeczki.
Projektanci mody, artyści Trash, przemysł reklamowy oraz (sic!) pornograficzny wykorzystują jednak ciągle z powodzeniem postać pięknego żeglarza i projektują na niego szalone seksualne fantazje i tęsknoty. Zdumiewające, jak ta ikona męskości, minionego zdawałoby się ideału, nie straciła na swej sile oddziaływania. Nadal marynarz, chyba bardziej jeszcze niż żołnierz, jest obiektem pożądania - „distant objects of desire", niosąc z sobą tęskno-romantyczną aurę, o której, jak twierdził angielski pisarz i aktor Quentin Crisp, „They are the ones who go away."
W dobie turystycznej i handlowej globalizacji mamy do czynienia z reaktywacją mitu. Regeneracją ucieleśnienia „seksualnej przygody” - postaci marynarza; zarówno „drunken sailor” jak i US-Navy. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w wyniku debaty o wojskowej służbie homoseksualnych mężczyzn i kobiet, administracja prezydenta Clintona osiągnęła kompromis: „don't ask, don't tell, don't pursue"- nie pytać, nie mówić, nie prześladować. Dla amerykańskiego socjologa Stevena Zeelanda, było to okazją do przeprowadzania empirycznych badań zawartych później w książce „Sailors and Sexual Identity". Prowokacyjny i bogaty materiał badawczy pozyskany na drodze przeprowadzonych przez zespół Zeelanda wywiadów potwierdził tezę, iż tabuizacja homoseksualizmu w amerykańskiej Navy, spowodowała paradoksalnie powstanie i rozwój homoerotycznych rytuałów wojskowych. Dotyczyło to głównie rytuałów inicjacyjnych przeprowadzanych na tzw. „kotach” – nowicjuszach w czasie przekraczania równika.
Uroczystość przekraczania równika funkcjonowała również jako chrzest morski dla nowo przybyłych na pokład, szczególnie na żaglowcach. Już kilka dni wcześniej żeglarze każdą wolną chwilę przeznaczali na przygotowania. Z rozmaitych materiałów tworzyli różnokolorowe, ekstrawaganckie kostiumy króla mórz Neptuna, jego żony (na pokładach statków niemieckich była nazywana Tetydą, polskich – Prozerpiną lub Amfitrytą, podczas gdy w mitologii rzymskiej żoną Neptuna była Salacja) i całej dworskiej świty. Po osiągnięciu równika towarzystwo to dowodziło „chrztem” tzw. „neofitów”: najmłodszych członków załogi i pasażerów znajdujących się na pokładzie. Dzień przed tym wielkim wydarzeniem marynarz na oku krzyczał: „Uwaga!”, a donośny głos Trytona rozlegający się z głębin (czyli z bulaja pod pokładem) zapowiadał przybycie dostojnych gości. Żeglarze mieli wolną rękę w przygotowywaniu tych zabaw.
Całe towarzystwo zjawiało się na czas w swoich dziwacznych kostiumach: Tryton ze splecionymi włosami, Neptun z trójzębem, zarówno on jak i jego żona powiewający długimi blond włosami dziwnie pachnącymi konopią. W świcie znajdował się również astrolog w błękitnym płaszczu i golibroda z ostrą brzytwą.
Czasami kandydaci do chrztu byli traktowani tak brutalnie, że wymagało to interwencji kapitana. Neofici byli smarowani najbardziej wymyślnymi mazidłami, pławieni w wielkich beczkach tak długo, aż nic nie słyszeli i nie widzieli („próba wody”), a następnie „balsamowani” smołą lub innymi środkami konserwującymi. Wówczas podchodził do nich golibroda z brzytwą. Ostatecznie jednak otrzymywali bogato zdobiony certyfikat poświadczający, że przekroczyli równik. Dla uczczenia tej okazji przygotowywano specjalny poczęstunek, np. świeży chleb ze smażonymi śledziami z puszki, a do picia piwo i wódka. Nikt nie mógł się wykręcić od udziału w tej ceremonii; każdy żeglarz, płynący w kierunku równika dobrze to wiedział i chcąc nie chcąc musiał przez nią przejść.( www.marmucommerce.com)
Wprawdzie tradycja chrztu morskiego jest tak stara, że trudno ustalić jej początek. Prawdopodobnie zrodziła się w drugiej połowie XVI wieku, kiedy to w poszukiwaniu nowych dróg do Indii zaczęto penetrować południową półkulę. Podobno po raz pierwszy ceremonia chrztu odbyła się w 1535 roku. Było to na pokładzie hiszpańskiego żaglowca. Skąd w ceremonii chrztu morskiego wzięły się postacie mitologiczne – dokładnie tego nie wiadomo. Najprawdopodobniej wprowadzili je Holendrzy w XVII wieku. Neptun jeszcze wtedy nie wizytował pokładów statków, ale już w XIX wieku bez niego chrzest morski odbyć się nie mógł.
Mistyczny akcent w ceremoniałach na pokładzie bierze się z wiary w siły nadprzyrodzone i z zabobonów. Elementy homoerotyczne (symulowanie i stymulowanie oralnego i analnego męsko-męskiego stosunku płciowego) najsilniej spotykane w trakcie inicjacji na pływających jednostkach wojskowych biorą się zapewne z psychologicznej potrzeby wyparcia, przeniesienia oraz sublimacji.
W dzieciństwie chłopcy rozczytywali się w powieściach o żeglarzach (Robert Louis Stevenson, Jules Verne, Joseph Conrad, Frederick Marryat, Jerzy Bohdan Rychliński, Karol Olgierd Borchardt, Krzysztof Baranowski, Kazimierz Jaworski), w młodości oglądali filmy o piratach (tych z Karaibów z Johnnym Deppem, lub też „karmazynowych” z Burtem Lancasterem), klasykę gatunku marynistycznego: "Tragiczny rejs", "Sztorm", "Gniew oceanu", "Wiatr", „Biały wieloryb – Moby Dick” oraz oczywiście „Okręt” - Petersena, na podstawie książki Buchheima. W wyobraźni młodego człowieka żeglarz jawi się tam jako formalny i rzeczywisty przedmiot narracji przygodowej. „Piękny żeglarz” jako obiekt (homo)seksualnego pożądania pojawia się zdecydowanie później i kojarzony bywa często z „naturalnym” niegdyś połączeniem homoseksualizmu oraz występku. Atmosfera doków portowych przywodziła często na myśl klimat przestępstwa i ... lekkości obyczajów. To tutaj przebywają zawsze wszyscy szubrawcy portowego miasta. Tu mieści się karczma, gdzie dziwki obojga płci sprzedają się za pieniądze, magazyn za którym odbywają się nielegalne walki, burdel "Czerwona Latarnia" i stragany z rybami. Obrazy niczym z kart powieści Arthura Conana Doyla...
Idea morderstwa często przywołuje wizje morza i marynarzy. (...) Porty często bywają teatrem zbrodni(...) znamy wiele kronik, z których dowiadujemy się, że morderca był żeglarzem, prawdziwym, czy przebranym, a jeśli przebranym, to tym bardziej zbrodnia związana jest z morzem. Człowiek zakładający kostium marynarza nie kieruje się samą ostrożnością. Jego przebranie przynależy do ceremoniału, który zawsze towarzyszy dokonywaniu zaplanowanych zbrodni. (Jean Genet)
Wolfgang Popp, filolog i literaturoznawca, w ikonie „pięknego marynarza“ odnajduje kwintesencję wielu homoseksualnych fantazji: piękno męskiego ciała, jego witalność, erotyczny powab, magia jednopłciowego środowiska na statku, ideały męskiej przyjaźni”. Piękny żeglarz staje się obiektem homoseksualnego pożądania, bo paradoksalnie... nie interesują go faceci! On pozwala sobie zaledwie na seks z nimi. To taki luj, pozwalający się zaspokoić, a potem znikający bez słowa w mroku zakamarków doków portowych na swej nieznanej łajbie. Gejowski marynarz, zgodnie z tą logiką, nie powinien w ogóle istnieć. A gdyby nawet był taki, odarty ze swego heterycznego nimbu, byłby równie nudny jak wody słodkowodne w porównaniu z bezkresem oceanu.
Papież powieści homoerotycznej - Jean Genet, w swym marynistycznym dziele "Querelle z Brestu" („poetycka opowieść kontrowersyjnego francuskiego pisarza z początku XX wieku. Oniryczna wizja morderstwa, stosunku ofiary do oprawcy, portu i morza jako żywiołu maskującego i demaskującego” – dobraksiążka.net) odkrywa przed nami piękno ciała młodego marynarza: te ramiona, profil, usta, te kręte włosy, nieposkromione biodra, ten silny i zwinny chłopak... Odkrywa i pozwala się nam nim fascynować. Bo piękny młodzieniec w marynarskim uniformie uosabia homoerotyczne pożądanie. Zauważyło to już wielu twórców. Pierre i Gilles, para malarzy-fotografów, stworzyła nawet cały cykl homo-erotyczno-marynistyczny. Podobną fascynację tematyka homo-marynistyczną wykazywał tez Jean Cocteau.
Pozbawiony swych zuniformizowanych atrybutów żeglarz nie byłby już tym samym obiektem żądzy. Mit przestałby być mitem, stając się zwyczajnym, choćby i atrakcyjnym młodzieńcem. Jeżeli jesteście, drodzy czytelnicy, podobnie jak ja, miłośnikami „pięknych żeglarzy”, zapraszam na mały przegląd marynistycznej homo erotyki.
na serio - to strasznie homofobiczne środowisko...
A może nie lubię uniformów ?<myśli>
święte słowa - swięta parawda, jak się pisze o 4 nad ranem to i związki frazeologiczne zaczynają się "pieprzyć i putać". mea culpa. dzięki za zyczliwą krytyke. oczywiście szczury miały byc lądowew a włosy kręcone ;-)