3 kwietnia w wieku 92 lat zmarł Marian Pankowski. Całe lata należał do pisarzy znanych tylko wąskiemu gronu literackich entuzjastów. Większość swojego życia spędził w Belgii, a jednocześnie nie chciał być zaliczany do twórców emigracyjnych. Począwszy od 1958 r. przyjeżdżał do Polski i wydawał tu swoje książki. Dzięki swej długowieczności doczekał się chwili chwały, kiedy wreszcie został doceniony przez krytykę literacką, owacyjnie przyjmowany, cześć jego twórczości została powtórnie wydana.
Zaczęło się od „Rudolfa”. Na fali powodzenia „Lubiewa” w 2005 r. Korporacja Ha!art wznowiła powieść, której nowatorstwo i kunszt literacki zostało docenione dopiero wówczas, 25 lat po napisaniu książki. Gdy ją wydano po raz pierwszy w Polsce w 1984 r., przeszła niezauważona, a nieliczne recenzje uznały ją za dzieło pornograficzne. Po latach Pankowski zapytany w wywiadzie przez Katarzynę Bielas, czy nie ma nic przeciwko pewnemu zaszufladkowaniu „Rudolfa” jako literatury homoseksualnej, odpowiedział: Ależ skąd! Ja bardzo się cieszę. Gdybym był wierzący, to bym powiedział, że to znak Boży, że właśnie „Rudolf”, czyli moja ścieżka marginesowa którą wiele lat temu z ogromną ciekawością wybrałem i podążałem nią cały czas obok mej dróżki kulturalnej, że właśnie ta ścieżka zaowocowała. Jest to moją ogromną, przekorną radością.
„Rudolf” to historia niezwykłej znajomości Polaka i Niemca zainspirowana prawdziwą historią, która przydarzyła się Pankowskimu. To opowieść o zderzeniu kultury z naturą, geja z heterykiem, ale także analiza polskości i zapis pewnego typu homoseksualizmu, który wytworzył się w toku emancypacji na Zachodzie Europy. Thomas już w czasie jednej z pierwszych rozmów wyznaje: A w ogóle – sprawa jest prosta: od czasów gimnazjalnych tylko jedno mnie interesowało: chłopcy. Jeszcze wielokrotnie zaskakuje, prowokuje, każdy temat sprowadza do swoich romansów. Zapytany jak spędzić wojnę odpowiada: ... jak długo było można, siedziałem w Łodzi i, wie Pan... spotykałem często... żołnierzy, co z frontu, czy na front... mieliśmy taką kawiarnię...
W końcu konserwatywny Polak nie wytrzymuje wiecznych opowieści o homoseksualizmie i mówi: ... ale czy nie przesadza Pan... utożsamiając całe swe życie... z tą sprawą? Wie Pan – mówię – z losem człowieka? Są przecież – niemalże ironizuję – wartości, które ludzkość przekazuje... Nawet Pan, pomimo że emeryt, może jeszcze... Jedna z najmocniejszych scen w książce to “pojedynek na tatuaże”. Kiedy Polak starając się unaocznić swoją wyższość pokazuje składający się z 5 cyfr znak obozowy, Niemiec nie pozostaje dłużny pokazując tatuaż z imieniem Yazyt, będącym pamiątką po wielkiej miłości: Pod oczy pcham mu ten numer. I on widzi, że te trupie cyfry pod obwisłe oczy mu podjeżdżają, że mu te sine gęsi pod sam pysk zapędzam, że niebo brukselskie robi się w paski... w pasiaki i że mu lewą stopą na jego emerytalny but następuję... Tak on paluchami koszulę swą rozedrze i pierś zapadniętą starego grzyba odsłoni. A na tej piersi orientalny jakiś wzór afryczy azjatański! Fioletem i jasną zielenią wykaligrafowany. Ni to meczety, ni to chuje zbuntowane wiosennym wiatrem, bo tyle tego sterczenia tanecznego i równoległości bambusowej. A nad tym wszystkim dwoje oczu koloru farbki. Dołem zaś początek napisu zbiegającego w dół brzuchem...
„Rudolf” nie był wyjątkiem w twórczości Pankowskiego, jeśli chodzi o podejmowanie tematyki homoerotycznej. Już w powieści „Matuga idzie” (1959) pojawiał się bohater, który kolekcjonuje męsko-męską korespodencję i pornograficzne anonse wypisywane na ścianach toalet, a sztuka „Ksiądz Helena” działa się w przyszłości i opowiadała perypetie kapłana, który jest kobietą. U Pankowskiego często pojawiała się kwestia cielesności, nie znosił też polskiej skłonności do martyrologii. W „Matuga idzie” kraj przypominający Polskę nazwał „Kartoflanią bosą i wódką zalaną”. Po latach wyjaśniał, dlaczego tak późno zaczął pisać o swoich przeżyciach z pobytu w obozach koncentracyjnych: nie śmiałem pisać o Auschwitz, bo zapamiętałem co innego – erotykę, okrucieństwo i miłosierdzie, ale żadnego patriotyzmu. Miałem pisać, jak dwóch kapów – niemieckich bandytów – martwi się, że „pipel” - kochanek jednego z nich – ma kłopoty z brzuszkiem?
W ostatnich latach Marian Pankowski regularnie odwiedzał Polskę. Był w znakomitej formie, do końca pisał, jego ostatnia książka „Tratwa nas czeka” ukazała się w 2010 roku. Swojemu wydawcy – Piotrowi Mareckiemu, zdążył jeszcze udzielić wywiadu-rzeki, która w tym roku ma się ukazać pod tytułem "Nam wieczna w polszczyźnie rozróba".
No i warto wspomnieć jak bardzo był czarującym człowiekiem. Piękna polszczyzna i wielka kultura! Kiedyś był gościem programu o książkach prowadzonego przez Kingę Dunin i Sławomira Sierakowskiego - naczelny "Krytyki Politycznej" jest jak wiadomo zazwyczaj nieco przemądrzały, czasami sprawia wrażenie odrobinę zarozumiałego (nie piszę, ze taki jest, tylko że takie sprawia wrażenie!) a w tym programie siedział cichutko i słuchał Pankowskiego jak wnuczek dziadka. Ujmujące to było.
Wielki żal po wielkim człowieku!
Dobrze że doczekał chwili, gdy go doceniono - wydania kolejnych książek, recenzje, wywiady, spotkania, publikacje naukowe.