Podobno do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy. Michał Witkowski udowadnia błędność tej maksymy - po raz kolejny pisząc książkę stawia na wypróbowane metody: prezentuje galerię barwnych, niejednoznacznych postaci - trochę dziwolągów, pozornie wykluczonych, jednak tkwiących po uszy w prowincjonalno-ludycznej naszości.
- Mariusz Rajkiewicz -
Podobno do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy. Michał Witkowski udowadnia błędność tej maksymy - po raz kolejny pisząc książkę stawia na wypróbowane metody: prezentuje galerię barwnych, niejednoznacznych postaci - trochę dziwolągów, pozornie wykluczonych, jednak tkwiących po uszy w prowincjonalno-ludycznej naszości.
Tak było w fenomenalnej, ociekającej nostalgią i perwersją epopei pedalskiej "Lubiewo", wydobywającej na powierzchnię fragment pozornie nieistniejącej tkanki miejskiej. Autor dał głos ludziom podwójnie wykluczonym: pierwotnie, poprzez seksualizm nie przystający do powszechnie obowiązujących standardów i powtórnie poprzez nieumiejętność korzystania z niespodziewanego daru - wolności uzyskanej po upadku PRL-u. Podobną figurę odgrywa pan Hubert czyli tytułowa"Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej"- niegroźny cinkciarz, niedookreślony seksualnie gawędziarz-mitoman, sierota odchodzącej epoki. "Margot" konsekwentnie korzysta z wypracowanego schematu. Z jedną, istotną różnicą - tym razem opowiadana historia jest bardzo współczesna, wręcz lepi się od medialnej aktualności, bełkoczę nowomową ad 2009, nieliczne reminiscencje spychając na fabularny margines.
"Ja tu byłam
ja tu stałam
swoje życie
zmarnowałam"
- grubym flamastrem bazgrze ścianę męskiej toalety tytułowa bohaterka. Toaleta jest męska z konieczności, damska nie istnieje z prozaicznego powodu - miejsce zdarzenia to zajazd dla kierowców tirów, Małgorzata jako zawodowy kierowca tworzy niespotykany precedens. Kolejna w prozie Witkowskiego figura panio-pana wyraźnie służy fabule, wprowadza erotyczne napięcie, wypełniające życiorys bohaterki/(a) od traumatycznego dzieciństwa w domu dziecka, poprzez miłosną inicjację z kryminogennym wątkiem w tle, aż do metamorfozy w klasyczną tirówkę, zakładającą nocną perukę i rzucającą się lubieżnie w witkiewiczowską "całą tę kurwiszonerię". Tirowcy zwani tez mobilami tworzą własny hermetyczny język imponująco zastosowany przez autora - pojedyncze ustępy to niemal heretycka poezja, piękna w swym barbarzyństwie. Oddzielna kwestia to hierarchia społeczna obnażająca antagonizmy pomiędzy kierowcami ( chłodnia rządzi, cysterny i lawety są znacznie niżej ), sprowadzająca się do uprzywilejowania w wyborze miejsca przy stole w sieci Mcdonaldzie. Czyżby zjadliwa metafora społeczeństwa upojonego pozorną możliwością wyboru?
Mobile posiadają też własnego patrona/patronkę - Świętą Asię Od Tirowców - współczesną trawestację postaci Św. Krzysztofa. Asia od dzieciństwa przykuta do wózka inwalidzkiego spędza czas na lekturze powieści Williama Whartona, Paulo Coehlo, a przede wszystkim Olgi Tokarczuk traktując ich dzieła z religijną powagą. Pewnego razu na internetowej aukcji,"którą wszyscy mieli w dupie" licytuje CB Radio, w niedługim czasie porzucając książki na rzecz tirowców- służy im pomocą i dobrym słowem, potrafi też skarcić ale i rozgrzeszyć- w końcu jest rasową świętą. Nawiedzona przez Radioaktywnego Anioła porzuca wózek i pielgrzymuje tirami od Suwałk po Międzyzdroje w poszukiwaniu mitycznego złotego napletka. Grall poszedł w niełaskę - jakiś trędowaty, a to co innego niż trend - po religii zostały puste symbole polane pseudonarodowym sosem, ponoć grób Jezusa i Matki -ten prawdziwy oczywiście- jest w Licheniu - moralnej stolicy michaśkowej Polski Z.
Waldek Jesionka, dla odmiany, to prosty, niewymagający zbyt wiele wiejski chłop."Podpalaliśmy zapalniczką rozkład jazdy, który nas nie dotyczył, bo nigdzie się nie wybieraliśmy" -wspomina czasy gdy wystając z kumplami na przystanku PKS współtworzył powołaną do życia przez autora subkulturę - przystankersów. Oczywiście do czasu- wewnętrzny pęd do kariery zmienia go w sztucznie wykreowany twór: Waldi Bacardi Mandaryna to istne monstrum-czerwone dredy, kolczyki tatuaże, wszechobecne tipsy, mentalne zdebilenie. Zęby bielone photoshopem, ciało pachnące kliniką operacji plastycznych, składające się z pikseli - tak wygląda gwiazda muzyki pop. Autor nie ma litości dla pseudocelebrytów. Warszawka w "Margot" jest pusta i cyniczna- inteligenci" przefarbowali się na ludzi medialnych", świadomie zaniżają poziom telewizyjnego szoł, manipulując ogłupiałym społeczeństwem. Nieodłączni kreatorzy - nadworni styliści, przegięci fryzjerzy -mówią własnym językiem, coraz bardziej małpim. Pęd do wyścigu szczurów wspomaga nowa forma speeda - końska maść poślizgowa do podków- smarujesz i jedziesz - zaprzęgi czekają w pełnej gotowości. Scenarzyści big brothera dla rozruszania nudnego szoł wpuszczają do programu geja -a nóż czymś zaszokuje. Balon kiczu i chamstwa musi pęknąć - Waldi niczym bohaterowie piosenki"trzej chłopcy" (pogodno) - pokornie wróci na odmienioną już przez masową kulturę ojcowiznę.
Zdawać by się mogło, że Witkowskiemu wyszła ciężka powieść krytyczna- nic bardziej mylnego. Przez cały czas czuć, że autor lubi swoich bohaterów, stara się zrozumieć i oswoić ich perwersyjne fantazje - te 200 stron czyta się lekko, szybko chociaż nie zawsze przyjemnie. Z niecierpliwością czekam na więcej...