Już dawno nie zdarzyło mi się przebrnąć przez tekst równie obrzydliwy jak
wywiad z satyrykiem Andrzejem Rosiewiczem, opublikowany w najnowszym (17.09.07) wydaniu "Dużego Formatu" - dodatku do Gazety Wyborczej. Rosiewicz, znany z piosenki o "Chłopcach Radarowcach" jest dziś gorącym wielbicielem PiS, Jarosława Kaczyńskiego i ministra Ziobry ("fajny gość, prawdziwy szeryf") Nie byłoby w tym nic zdrożnego, w końcu wielbicieli Genialnego Stratega i jego szeryfa jest w Polsce spora grupa. Chodzi o to, kim stał się popularny niegdyś artysta, o jego fobie, kompleksy, uprzedzenia i stereotypy, w których zanurzony jest po szyję.
Zaraz na wstępie, redakcja wypunktowała jedną z mądrości Rosiewicza: "Jest powiedzenie które ludzie wymyślili przez pokolenia: z kim przestajesz, takim się stajesz. Jak pan będzie przestawał z łobuzami, będzie pan łobuzem. Jak z pedałami - pedałem". Nie wiem z kim przestaje Rosiewicz, z jego wynurzeń wynika jednak jasno, że musiał obcować z tymi pierwszymi, bo teraz z nim samym nie chce przestawać prawie nikt. Nie dostał aplauzu, kiedy w Opolu zaśpiewał "cztery Ziobra i Polska będzie dobra", nie chcą go szkoły gdzie chciał promować pieśni patriotyczne (" wychodzę na scenę i śpiewam wiązankę 13 pięknych piosenek, które śpiewali nasi kochani rodzice: "Biało-czerwona znów płynie nad nami", "Rozszumiały się wierzby płaczące"... Młodzież stoi i ani słowa nie zna. Wstyd"), telewizja go nie przyjmowała, radio nie chciało. Napisał piosenkę "Adam Małysz, orzeł biały" a minister kultury Dąbrowski - nic. Były prezes TV Dworak - nie oddzwonił. Andrzej Urbański (obecny szef TV) - nie oddzwonił. Nawet Bronisław Wildstein go zawiódł. Poszedł ze scenariuszem, dzwonił: "szef zajęty, wyszedł". Dopiero Radio Maryja ukoiło jego zranioną dumę.
Choć na wyklinany przez PiS PRL Rosiewicz wcale się nie skarży: "Nasze kochane państwo ludowe było dobre i dopłacało do biletów. Na koncerty chodziły tłumy i to było piękne. Artyści zawsze mieli nabitą salę. W PRL za darmo była nauka, leczenie, Fundusz Wczasów Pracowniczych i wszyscy sobie wyjeżdżali". Jednym słowem - sielanka.
Jeśli istnieje ktoś, kto w jednej osobie zawarł wszystkie cechy wyborcy i zwolennika Prawa i Sprawiedliwości - to jest nim Andrzej Rosiewicz. Nostalgia za przeszłością, pazerność i zawiść, kompletne niezrozumienie i odrzucenie współczesności, głęboka wiara w mity i teorie spiskowe, tęsknota za "silną ręką" i szczególna umiejętność wzbudzania w sobie nienawiści i pogardy dla wszystkich i wszystkiego, co nie jest zgodne z własnymi przekonaniami.
Pod koniec wywiadu, Andrzej Rosiewicz daje prawdziwy koncert homofobii. Mówi: "... samiec z samcem się malują, biustonosze noszą, trzymają się za dupę. I języki: "Eeeeee" - tak wywalają". "Normalni ludzie nie chcą tego oglądać". Na wtręt dziennikarza, że wiele razy słyszał o obrażaniu, nietolerancji, hipokryzji, Rosiewicz odpala "Może gej geja uderzył. To się zdarza, oni są tak zazdrośni o swoich kochanków że mogą nawet zabić".
I - żeby było śmiesznie - opowiada dowcip: "Przychodzi facet do domu i mówi: "Tato, jetem gejem". A ojciec: "A masz milion na koncie?". "Nie mam". "Masz wille z basenem". "Nie mam". "Masz luksusową limuzynę?". "Nie mam". "To jesteś pedałem".
Dobre. Naprawdę dobre. Na konwencji PiS ludziska by się pewnie podusili ze śmiechu.
Kurczę, dlaczego jeszcze nie stałem się heteroseksualny - większość ludzi, z którymi przebywam są takiej orientacji. A może większość jest jednak homoseksualna - pewnie dlatego się nie zmieniam. Brawo, panie Rosiewicz - za takie odkrycie do chyba Nobla w dziedzinie medycyny pan dostanie (pan Rosiewicz się nie zmienił, bo pewnie jest samotny)