Część polskich mediów kreuje czołowych polityków Lewicy i Demokratów oraz SLD na zwolenników praw mniejszości seksualnych, ale w wielu przypadkach, tego typu etykietki i sugestie mają - niestety - charakter wyłącznie mityczny. Bywa także, że sami przywódcy tej największej w Polsce siły deklaratywnie lewicowej, prezentują się szczególnie chętnie w zachodnich kręgach politycznych i medialnych, jako konsekwentni sojusznicy polskich homoseksualistów, uciskanych przez katolicko-narodowe rządy spod znaku bliźniąt...
Część polskich mediów kreuje czołowych polityków Lewicy i Demokratów oraz SLD na zwolenników praw mniejszości seksualnych, ale w wielu przypadkach, tego typu etykietki i sugestie mają - niestety - charakter wyłącznie mityczny. Bywa także, że sami przywódcy tej największej w Polsce siły deklaratywnie lewicowej, prezentują się szczególnie chętnie w zachodnich kręgach politycznych i medialnych, jako konsekwentni sojusznicy polskich homoseksualistów, uciskanych przez katolicko-narodowe rządy spod znaku bliźniąt... Na gruncie krajowym nie zawsze są jednak tak progejowscy i liberalni - dystansując się (słowem lub czynem) od licznych problemów oraz postulatów środowiska LGBT, powszechnie przyjętych przez światową lewicę, a często także centroprawicę.
Egzemplifikacją tej niepokojącej tendencji są poglądy przewodniczącego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, lidera koalicji Lewicy i Demokratów -
Wojciecha Olejniczaka. Przytoczone poniżej, już nie najnowszej daty wypowiedzi tego polityka (pierwsza sprzed pół roku, druga sprzed ponad
dwóch lat) w ferworze innych, mniej lub bardziej ważnych, wydarzeń i medialnych sensacji, umknęły uwadze wielu portalów informacyjnych LGBT.
Warto je jednak przypomnieć, aby polskie środowisko gejowskie mogło się dowiedzieć, jakie stanowisko wobec jego równouprawnienia zajmują
prominentni politycy. Pamiętajmy, że "pierwsza twarz" danej partii czy formacji, z reguły stanowi również wizytówkę jej taktyki w sferze działań politycznych i ideowych.
Prawa homoseksualistów? Nie ma o czym mówić...
W wywiadzie dla dziennika "Trybuna" (12.06.2006.), nawiązującym do ubiegłorocznej Parady Równości, Wojciech Olejniczak, w odpowiedzi na
pytanie o jego stosunek do kwestii nadania równych praw mniejszościom seksualnym, oznajmił: "Homoseksualiści nie zgłaszają potrzeb uznania
swoich praw, więc nie ma o czym mówić..." (!) Zaznaczył natomiast, że jest przeciwny dyskryminacji osób homoseksualnych w płaszczyźnie
społecznej i w miejscach pracy. Tymi słowy, po raz kolejny szef Sojuszu odciął się od postulatu legalizacji związków partnerskich osób tej samej płci (popieranego przez część działaczy SLD niższej rangi).
Wojciech Olejniczak wyrażał swoje poglądy w podobnym brzmieniu znacznie wcześniej - zanim jeszcze objął stanowisko przewodniczącego SLD. W 2004. r., w wywiadzie dla tygodnika "Newsweek Polska" (nr 22/2004, 23.05.2004), mówił:
"Newsweek: Czy homoseksualiści powinni mieć prawo do zawierania rejestrowanych związków?
Olejniczak: Nie widzę poważnej dyskusji na ten temat, więc nie muszę zajmować stanowiska. Dziś wprowadzenie takich przepisów jest nierealne. Po co rozbudzać nadzieje tych ludzi?
Newsweek: SLD już złożył w tej sprawie obietnice.
Olejniczak: I nie jest w stanie ich dotrzymać. Jestem za ostrożnością w tych kwestiach.
Newsweek: Może jest pan zbyt ostrożny jak na polityka i przyszłego lidera partii?" [...]
(Z Wojciechem Olejniczakiem rozmawiali Amelia Łukasiak i Piotr Zaremba)."
"Spostrzegawczość" Olejniczaka
Przypomnijmy, że część polskiego środowiska gejów i lesbijek wiązała duże nadzieje w związku z projektem ustawy o rejestrowanych związkach
partnerskich osób tej samej płci, napisanym pod patronatem prof. Marii Szyszkowskiej. Jego przewodnim celem było - uregulowanie sytuacji
prawno-ekonomicznej par homoseksualnych, m.in. w zakresie spadkobrania, wspólnego rozliczania się z podatków, odwiedzania współpartner(-ów/-ek) w szpitalach, jak również "oswojenie" polskiego społeczeństwa ze zjawiskiem homoseksualności w ogóle. Wejście w życie "homo-ustawy" miało przy tym stanowić realizację jednej z politycznych obietnic SLD, zapisanych w programie tej partii, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2001. r., w których to uzyskała bezprecedensowo wysoki wynik. Do Kancelarii Sejmu minionej kadencji, napłynęło bardzo wiele listów od przedstawicieli LGBT (i nie tylko), wyrażających poparcie dla projektu rzeczonej ustawy. Zebrano w tej sprawie także tysiące podpisów i przeprowadzono konsultacje z czołowymi działaczami gejowskimi. Twierdzenie Wojciecha Olejniczaka, że polscy homoseksualiści w ogóle nie zgłaszają postulatu uznania swoich praw, jest więc wyraźnym przekłamaniem.
W 2004. r. Olejniczak, jak sam powiedział dziennikarzom "Newsweeka", nie dostrzegł poważnej debaty o prawach mniejszości seksualnych. Pozostaje tylko pogratulować spostrzegawczości przywódcy lewicy, bo właśnie ten czas szczególnie obfitował w różne, często bardzo merytoryczne dyskusje na temat równouprawnienia związków jednopłciowych, które toczyły się wokół tzw. ustawy Szyszkowskiej. W formie okrojonej pod naciskiem konserwatywnych senatorów, została ona wreszcie przyjęta przez Senat w grudniu 2004. r., przechodząc tym samym pierwszy krok długiej i skomplikowanej, legislacyjnej wędrówki. Po upływie kolejnych kilku miesięcy zwłoki - w oparach bogoojczyźnianej atmosfery po śmierci papieża - ustawy o związkach partnerskich nie dopuszczono już pod obrady Sejmu (ostatecznie za sprawą rozporządzenia ówczesnego marszałka - Włodzimierza Cimoszewicza; więcej informacji na ten temat można znaleźć tutaj: http://www.innastrona.pl/bq_odrzucenie.phtml).
W tym miejscu można by zapytać, czym różnią się poglądy przywódcy Lewicy i Demokratów, Wojciecha Olejniczaka, chociażby od poglądów Donalda Tuska, kierującego partią konserwatywno-liberalną, PO - w odniesieniu do mniejszości seksualnych? Obaj są sceptyczni wobec wprowadzenia
rejestrowanych związków partnerskich, obaj podpisują się pod hasłem "tolerancyjnego (na ile i wobec czego?) katolicyzmu", a przy tym - kiedy
już muszą - jednogłośnie deklarują w mediach poszanowanie godności osób homoseksualnych. Olejniczak wyróżnia się jedynie tym, że okazuje większy liberalizm w stosunku do Parad Równości (jeżeli te mają za wrogów braci Kaczyńskich), których skądinąd nie zaszczycał, jak dotąd, swoją obecnością... Nie jest wykluczone, że polityk ów zwyczajnie wstydzi się osób homoseksualnych i z tego względu nie chce udzielić im zbyt
jednoznacznego poparcia. Koniec końców - wywodzi się on przecież ze środowiska wiejskiego i religijnego, może więc obawiać się reakcji swojej
rodziny albo sąsiadów na jasno postawione, progejowskie poglądy... Zresztą, podobnie konserwatywną "ostrożność" objawia w stosunku do
pomysłów liberalizacji restrykcji antyaborcyjnych, zawartych w polskim prawie.
Jednocześnie, w zachodnich mediach, Olejniczakowi zdarzało się podnosić alarm w sprawie nietolerancji polskiego rządu wobec mniejszości
seksualnych oraz naruszania praw kobiet (jak w wywiadzie udzielonym belgijskiemu dziennikowi "Le Soir", pod znamiennym tytułem - "Walcząc o
tolerancję", z początku grudnia 2005. r.). Oświadczył wówczas - "Przyjechałem powiedzieć, że są w Polsce partie, które walczą o
tolerancję, demokrację, równość, prawa mniejszości (sic!), czyli, krótko mówiąc, wartości europejskie"... Czyżby? Jak to się ma do późniejszych jego słów - wypowiedzianych już dla polskiej gazety, że w kwestii praw homoseksualistów "nie ma o czym mówić"? Trudno nie odnieść wrażenia, iż w towarzystwie europejskich socjalistów czy liberałów nasi SLD-owcy starają się zgrywać "gay-friendlies", ale na własnym podwórku ignorują sprawy dotyczące LGBT...
Czy w XXI wieku, po liderze zjednoczonej lewicy, nie należałoby spodziewać się większej odwagi, konsekwencji, a zarazem bardziej egalitarnej i postępowej świadomości politycznej? Czy w Polsce nawet lewica musi być zgoła prawicowa? I wreszcie, czy głośne ostatnio hasło "SLD zmienia się" - oznacza, że schodzi ono coraz bardziej na prawo? Rzeczywistość nie pozostawia złudzeń, co do odpowiedzi na te pytania...
Przeciwko biedronizmowi politycznemu
Niebywałe twierdzenie Olejniczaka z ub.r., że "homoseksualiści nie zgłaszają potrzeb uznania swoich praw", poddało ostrej krytyce wielu działaczy gejowskich, m.in. Szymon Niemiec, jak również redakcja "Trybuny" (kiedy jeszcze jej redaktorem naczelnym był, krytyczny wobec SLD, Wiesław S. Dębski). Natomiast nie ustosunkował się do nich publicznie Robert Biedroń, prezes Kampanii Przeciw Homofobii, działacz SLD i członek Komitetu Wykonawczego tej partii, pretendujący do przewodnictwa w środowisku mniejszości seksualnych. Wymowne milczenie pana Biedronia było szczególnie zaskakujące i zasługuje na komentarz w nieco szerszym kontekście.
Otóż, zasadne wydaje się podejrzenie, że gdyby znany - choćby nawet bardziej przystojny, niż Olejniczak - przedstawiciel którejkolwiek innej,
parlamentarnej formacji politycznej stwierdził, że mniejszości seksualne wcale nie oczekują równych praw, to pan Biedroń, zgodnie ze swoim słusznym zwyczajem, biłby w medialne tarabany... Tym razem jednak zabrakło mu wigoru. Postawę tę zdają się tłumaczyć pewne jego wypowiedzi z wywiadów, jakich udzielił "branżowym" mediom. Można było swego czasu dowiedzieć się z nich m.in., że SLD to najbardziej lewicowa partia w Polsce (Hay.pl) albo, że nigdy nie zapowiadała ona wprowadzenia związków partnerskich osób tej samej płci (Lesbijka.org) - co akurat stoi w
ewidentnej sprzeczności z deklaracjami wielu polityków tej partii i z jej programowymi dokumentami, jeszcze sprzed wyborów parlamentarnych w 2001. r. (o czym już wspomniałem na początku tego tekstu)... Cenię wiele doniosłych, a wręcz historycznych, działań pana Biedronia na rzecz
polskiego środowiska LGBT - by wspomnieć kampanię "Niech nas zobaczą", akcje edukacyjne i medialne, współorganizowanie Parad Równości etc. - ale niektóre jego opinie i poczynania trącą, niestety, politycznym oportunizmem, idealizowaniem SLD i bezkrytycznym stosunkiem do jego
zwierzchników... Czy w Polsce, działacz gejowski powinien pozwalać sobie na tak daleko idącą uległość wobec polityków?
Już nawet część wieloletnich kreatorów polityki SLD, otwarcie przyznaje, że ugrupowanie to - przy sterze władzy - zagubiło lewicowe ideały i
zignorowało kwestię praw mniejszości, także seksualnych. Na pytanie, dlaczego musiało do tego dojść, Józef Oleksy powiedział niedawno
reporterom "Dziennika", w rozbrajająco szczerym stylu, że... "tak wyszło". Najgorsze jest to, iż niewielu liderów Sojuszu wyciągnęło z
tej sytuacji konstruktywne wnioski. Gloryfiksy co poniektórych partyjnych aparatczyków nie zmienią historii i oblicza tej formacji...
W tak jednorodnie neoliberalnym i klerykalnym kraju, jak Polska, w którym bardzo trudno jest odróżnić prezydenta od premiera, a nawet lewicę od prawicy - środowisku LGBT pozostaje, w najbliższej perspektywie, jedynie samotność bez nadziei... Ideowe doły wielu partii raczej nie zmienią postawy swoich koniunkturalnych przywódców, zaś atmosfera polityczna wskazuje na to, że koalicja Lewicy i Demokratów ma wskrzesić układ sprzed lat - SLD, jako hegemona lewej strony sceny politycznej, stopionego w jedną formację wraz z przybocznymi towarzyszami. Jest mało prawdopodobne, aby w tym układzie pomóc mogły takie postaci, jak np. postępowa prof. Joanna Senyszyn, co bardziej liberalni obyczajowo Demokraci.pl czy choćby nie wiem, jak progejowski Borowski ze swoją Socjaldemokracją Polską. (Na marginesie dodam, że przez ostatnie lata, będąc jednym z czołowych działaczy Sojuszu, Borowski pomagał gejom i lesbijkom wszak nijak, być może nawet przy dobrych chęciach... Ach, ta prześladująca mnie pamięć polityczna!)
Przy tym wszystkim nie możemy zniechęcać się do dalszych działań. Powinniśmy brać nasze sprawy we własne ręce. Nie dawać się naiwnie
zbałamucić zmieniającym się co kilka lat panom pod krawatami, ich obietnicom czy, regularnie retuszowanym, etykietkom partyjnym, lecz
wywierać na nich realny nacisk społeczno-polityczny... Nacisk, a nie - lekkie, muskające pogłaskiwania partyjnego pogłowia. Polityków czasami
trzeba rozliczać pod pręgierzem, nie zaś w salonie uciech, do jakiego przywykła część miałkich działaczy. Jeśli nic się w tej sferze nie zmieni, to skończy się na tym, że zostaniemy ostatnim krajem Unii Europejskiej, w którym nie zaprowadzono legalizacji związków jednopłciowych... W tym tylko sensie mogę na koniec zakrzyknąć - precz z Olejem i z biedronizmem politycznym!
Przy całej tej niezbyt optymistycznie rysującej się sytuacji, warto jednak pamiętać, że - mimo wszystko - lepszy jest choćby (aż za bardzo) umiarkowany sojusznik, niż zaprzysięgły wróg...
Adam Kowalski
Ale tak jednoznacznie nie zachował się w kampanii prezydenckiej, kiedy miała startować progejowska i lewicowa Szyszkowska oraz Cimoszewicz z ramienia SLD.
Ojej. No to raz się wyłamał z tą Nowicką. Zresztą Borowski nie jest nawet politykiem Sojuszu. Ale jak wytłumaczyć jego, powyżej wymienione, wypowiedzi i działania - ewidentnie czołobitne wobec SLD?
to politycy decyduja o prawie. a nam o prawo sie rozchodzi. ale czy musimy sie "kumplowac" z politykami aby nam to prawo uchwalili? a czy nie lepiej jets powiedzec, my, geje, chcemy takiego prawa bo to standard europejski obecnie a politycy sa po to, aby nam go dal. jelsi nie daja to odstaja od standardow spolecznych europy, sa prymitywami. i glosic wszedzie, ze polscy politycy to sredniowiecze. owszem taka opinia zapewnie splynie po lprze czy innym popisie, ale taka "elitarna" partia jak postkomunisci poczuja sie urazeni. innymi slowy nam nie ejst potrzebny uklad z politykami - wystarczy ze bedziemy deklarowac swoje zadania i trzymac sie od nichz daleka. znacznie wiecej osiagniemy. a teraz to my popieramy komunistow i przez to oni nas wchlaniaja i bawia sie nami. chyba byles nawet niedawno w audycji legierskiego. sluchamy jej zawsze ale tam jest masa polityki, a przed wyborami urzadzono wrecz kampanie gronkowcowi. to zalosne. geje nie chca gejow politykow, nie chca nawet tzw. sympatykow gejow w postaci heteropolitykow gayfriendly, geje domagaja sie swoich praw!!! zadaja ich i mowia - poltykow mamy w dupie. jestesmy normalnymi ludzmi. ci z nas, ktorzy sa gejami i chca byc politykami nas nie reprezentuja. my nie pwonnimy kolaborowac z polityka. tylko zadac i glosno te zadania prezentowac i wciaz podklreslac swoja niezaleznosc od politykow i podkreslac, ze politycy polscy to prymitryw, kazda opcja taka sama. szczegolnie za prymitywne uwazac partie takie jak borowskiego, ktore deklaruja poparcie, bow iedza, ze to puste gadanie, ze takie deklaracje sa do niczego, skoro nie maja wladzy a jak mieli to nas olali.
to oczywiscie moje zdanie. jestem antypolityczny. gardze politykami. moge zyc tak jak teraz mamy w polsce. nic nam nie grozi. nie ma parady? ok, to gadamy wszedzie ze nam jej zabronili. wieksza z tego korzysc niz pozwolenie na parade. wiec jak nam czegos nie daja to glosno krzyczymy, ze to prymitywy i tyle, a jak dadza jakies prawo to mowimy, ze to zwracanie nam tego prawa jakiego zostalismy pozbawieni przez prymitywow dawno temu i wciaz jest duzo do zwrocenia, aby dojsc do normalnosic. czyli nie dziekujemy ale zadamy reszty praw. jak dadza wszystke to mowimy, ze dostalismy to co nam sie nalezalo. i wciaz mamy ich w dupie - politykow.
- Owszem polityka to teatr. Dlatego jak najszybciej powinniśmy się nauczyć dobrze grać i obstawiać najlepszych aktorów. Pisać dla nich scenariusze, bo jak nie to dostaniemy trzeciorzędne role i będą to niestety dramaty bez happy endu.
- Nie zgadzam się że możemy wywalczyć sobie prawa bez polityków. Sama homofobia na naszym kontynencie ma źródła w polityce. To przez polityczne interesy św. Pawła i cesarza Konstanyna zaczęto po roz pierwszy prześladować homoseksualistów w Europie. To politycy powiedzieli że jesteśmy GORSI. Prędzej damy sobie rade bez organizacji gejowskich niż bez polityków. Dowód na to stwierdzenie leży za naszą południową granicą i nazywa się CZECHY. Kraj bez organizacji gejowskich gdzie dzięki inicjatywie kilku posłów uchwalono ustawę o związkach jednopłciowych.
- Zgadzam się że Biedroń nie sprawdził się jako homo-polityk . Biedroń miał swojego czasu spore przełożenie na to co dzieje się w SLD i zmarnował swoją szanse. Zamiast lobbować na rzecz gejów wewnątrz SLD wykorzystał swoje wpływy polityczne np. żeby umieścić swojego partnera w biurze minister Środy, aby mieć wpływ na decyzje dotyczące grantów, publicznych pieniędzy na organizacje lgbt (oraz wiedzę na temat projektów składanych przez konkurencyjne organizacje). I to właśnie takie takie nieetyczne zagrywki są określane w żargonie jako BIEDRONIZM. Ale to temat na osobny, znacznie dłuższy tekst.....
- Jedno co mnie zawsze dziwiło i troche denerwowało to przeświadczenie, że polityk progejowski najlepiej powinien być homoseksualny (swoje czasu lansowano homo-kandydatów do sejmu na portalach tylko dlatego że byli homo) podczas gdy ludzie którzy naprawdę dobrze poruszali się w polityce i mieli zdeterminowane tolerancyjne poglądy pozostawali nie zauważeni. Uczmy się od naszych sąsiadów, np. w Austrii największa bojowniczką na rzecz mniejszości jest Ulrike Lunacek - heteroseksualna kobieta. Dlatego ja wolę inwestować w Borowskiego czy nawet w Bartka Dominiaka - wiceprzowodniczącego SDPL niż czekać, aż np. Krystian Legierski nauczy się czegoś więcej niż robienia dobrego clubbingu. Bo to troche za mało żeby dostać poparcie ludzi w wyborach. Kazus Biedronia pokazał, że nie wystarczy być rozpoznawalnym w mediach, żeby dostać poparcie mas.
polityka to gra. przypomina zabawe w k...rwe, da temu, kto zaplaci wiecej. NIE MA DOBRYCH POLITYKOW. kazdy z nich prowadzi gre. gejostwo to temat na czasie. a m y jako srodowisko mamy stworzyc strategie. powinna ona polegac na tym, ze popieramy tylko tego polityka/ugrupowanie, ktore dla nas cos zrobilo i to popieramy tylko w skali adekwatnej do czynu. wiec jesli ktos z politykow mowi: geje powinni miec rowne prawa, to my mowimy: partia X, wzglednie polityk ABV powinien miec rowne szanase na wyrazanie pogladow wzgledem innych politykow. cos w stylu: jest wojna w iraku a papiez na to: ubolewam nad ciaglymi problemami przed jakimi staje wspolczesny swiat. bron boze nie wolno nam popierac polityka czy partii za gadanie. jelsi on gada to i my gadamy ale tak, aby nie dac poparcia parti czy jemu, nie zachecic innych do popierania tej partii czy polityka, ale odplacic pieknym za nadobne. wiec tak dlugo jak dlugo politycy gadaja o naszych prawach, tak dlugo my zwracamy grzecznosc ale tak jak oni nam tych praw nie dali, tak my im nie udzielamy poparcia!!!! wobec tego mowimy na zewnatrz, ze w polsce nikt naszych interesow nie reprezentuje, ze kazda partia neguje nasze prawa. oczywiscie lacznie z poskomunistami. dzieki temu przestajemy byc marionetkami. to jasne, ze gejostwo jako szumny temat kus, aby ktos z politykow poparl postulaty homo. ale to czcze gadanie i glosny smiech jak nikt nie widzi. my nie mozemy byc marionetka. nie wolno nam popierac zadnego polityka czy partii dopoki czegos dla nas nie zrobi. a jak zrobi to mowimy - to nam sie nalezalo. a jak nikt nam nie da praw, jak dotychczas, to mowimy ze kazdy polityk i partia w polsce sa przeciwne naszym prawom i nie za znaczenia to , co gadaja. licza sie czyny, a te sa zadne. wiec przestancie popierac jakis politykow za ladne slowka!!! jesli cierp ktos na silna ochote bycia naiwnym, to niech da kase na wielka orkiestre swatecznej pomocy, czy na inna zbiorke dla tzw dobra ludzi-))))
Jakie w takim razie mamy wyjście? Warto moim zdaniem zwrócić do środowisk, które stanowczo i konsekwentnie stoją po stronie słabszych. Warto tu wskazać na lewicę pozaparlamentarną. Młodzi Socjaliści, Polska Parti Pracy i inne organizacje Lewicy nie kłaniają się kościołowi i prowincjonalnej bigoterii.
A SLD jest partią centrową o takich poglądach ludzi, że większość chadeckich partii zachodnioeuropejskich jest bardziej na lewo od sld.