"To jest przesłuchiwanie rządu, dyktowanie, co ma być zrobione. To się odbywa jak wizyta na dywaniku, a nie rozmowa partnerów. Ale trzeba przyznać, że rząd stara się trzymać linii prawa. Tylko dlaczego musi się tłumaczyć i walczyć o to, żeby zachowane było prawo?" - powiedziała prof. Monika Płatek w radiu TOK FM o protokole z posiedzenia Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu z 2012 roku.
Od kilku miesięcy prof. Monika Płatek walczy z Ministerstwem Administracji i Cyfryzacji o dostęp do protokołu z posiedzenia przedstawicieli rządu i episkopatu w 2013 roku. Bezskutecznie. Okazało się, że protokoły z poprzedniego posiedzenia zatwierdzane są... na kolejnym. Prawniczka zwróciła się więc o udostępnienie protokołu z podobnego spotkania – ale w roku 2012. W czwartek prof. Płatek otrzymała dokument, który udostępniła w serwisie
feministka.org. Do czego potrzebny był prawniczce protokół? "W związku z tym, że już któryś raz słyszałam bardzo negatywne opinie na temat ratyfikacji tej
konwencji [dot. przeciwdziałania przemocy wobec kobiet – przyp. red.] zarówno ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i Episkopatu Polski, czyli dwóch ciał, po których ja bym się spodziewała wsparcia w tej sprawie, to chciałam zrozumieć, jakie są zarzuty strony rządowej i hierarchów kościelnych" – mówiła w radiu TOK FM.
Czego dowiadujemy się z protokołu z posiedzenia w 2012 roku? Spotkanie dotyczyło polityki prorodzinnej, kwestii bioetycznych, czy religii na maturze. Biskup Suski podjął temat rozwodów i przedstawił postulat Kościoła, by "w procedurze rozwodowej wprowadzić obligatoryjnie mediacje oraz ograniczyć możliwość uzyskania rozwodu w pierwszym roku po zawarciu związku małżeńskiego". Duchowny odniósł się też do
związków partnerskich. Jego zdaniem projekt może powodować
"niekorzystny efekt społeczny poprzez zmarginalizowanie małżeństwa i opierającej się na nim rodziny". Pojawiły się argumenty, że projekt jest sprzeczny z "konstytucyjnymi gwarancjami ochrony małżeństwa, rodziny, macierzyństwa i rodzicielstwa". Ówczesny minister administracji i cyfryzacji, Michał Boni, przypomniał biskupom, że projekt o związkach partnerskich jest projektem poselskim i "z tego co wie" rząd nie będzie go rekomendował.
Nie zabrakło i dyskusji wokół Konwencji Rady Europy dot. przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. Po słowach ministra Kosiniaka-Kamysza, który podkreślił, że "trwają konsultacje", arcybiskup Dzięga odpowiedział ministrowi, że warto na tym etapie "pamiętać, że Konstytucja jest kompromisem, który chroni sprawy istotne dla małżeństwa i rodziny na minimalnym poziomie". Przestrzega przed dalszym kompromisem, który grozi "zachwianiem całego systemu prawnego".
Takich "kwiatków" w protokole jest więcej. W kontekście dyskusji o kwestiach bioetycznych, arcybiskup Dzięga zasugerował, by we wszystkich ustawach znalazł się zapis o "sprzeciwie sumienia". Pojawiła się też mowa nienawiści – posiedzenie odbyło się niedługo po
liście ministra Boniego."Spotkanie niewiele ma wspólnego z Komisją Wspólną, a sporo z wijącym się piskorzem na dywaniku; niestety rolę piskorza grają reprezentujący nas przedstawiciele Rządu. Przyszło mi na myśl, że może to być wynikiem braku naszej aktywności. Być może Rząd powinien wiedzieć, że niekoniecznie liczy się tylko głos z ambony. Może powinien wiedzieć i czuć, że ma robić to, do czego jest zobowiązany przez Konstytucję i prawo i wtedy będzie miał wsparcie zwykłych ludzi. Może powinien wiedzieć, że to czy się utrzyma wcale nie zależy tak bardzo od tego co powie ksiądz na kazaniu, a sporo od tego czy będzie robił swoje niezależnie od fochów i pretensji jednego czy drugiego biskupa" –
napisała o protokole prof. Płatek.(md)
Niby konstytucja (która, nota bene, jest przecież kompromisem zawartym między rządem i episkopatem) gwarantuje rozdział państwa od kościoła, a biskupi i, co gorsze, rząd zachowują się, jakby kościół był podmiotem mogącym wpływać na świecką (a nie kościelną) legislację. Ciekawe, czy prawo kanoniczne jest tak samo konsultowane z rządem?
Bo głośna akcja to w przypadku LGBT zawsze "obnoszenie się", "homoterror" i "dyktatura mniejszości"..........nie wspominając o "ideologii gender"! ;)
Może właśnie dlatego, że jak się czegoś nawet nie próbuje zrobić to szanse na powodzenie spadają do zera? ;-)
Dlaczego nie mniej katolickie od nas kraje jak Hiszpania czy Irlandia mają a my nie mamy?
Tamte społeczeństwa ewoluowały szybciej z natury rzeczy?
Nie. Dostały "kopa" od swoich przywódców.
Nasi politycy najwyraźniej postanowili przegapić moment, w którym powinni wstać z klęczników i pociągnąć za sobą społeczeństwo. Raczej doczekamy sytuacji, kiedy panowie Tusk i Kaczyński zostaną razem ze swoimi klęcznikami wywiezieni na śmietnik historii jako polityczne "mamuty".
Ich wybór!
Zanim tak się stanie, na co liczę, czekają nas 4 lata "troskliwej opieki" Kaczyńskiego. Społeczeństwo, niestety, krótką ma pamięć, a wśród młodzieży policealnej, której w szkołach wtłoczono bogoojczyźniano-martyrologiczno-mesjanistyczną wersję historii kraju, rosną nastroje prawicowe. Jednak Polska to specyficzny kraj. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego ten "kop" udał się w Hiszpanii i Irlandii, a u nas nikt nawet nie próbuje. Może chodzi tu o ostatnie kilka dekad. W Hiszpanii szalał faszysta Franco, wspierany przez Kościół katolicki, a i w Irlandii wpływ Kościoła na politykę był olbrzymi. U nas natomiast kilka dekad "komuny" spowodowało, że naród wprost rzucił się w ramiona kleru i za nic nie chce się z nich choć trochę uwolnić.
mlodyturek:
Czyli w USA trwa to ok. 50 lat a u nas połowę tego. To dlaczego my ciągle jeszcze raczkujemy?
Na zdrowy rozum powinniśmy być w połowie drogi ;-) A gdzie jesteśmy?
Masz rację, faktycznie raczej chce. Wydawało mi się, że została powołana na mocy Konkordatu, ale właśnie przeczytałem, że to dużo starszy twór. A co do raczkowania... mentalność społeczeństw zmienia się niestety w zółwim tempie.
Rolą przywódców politycznych jest modernizacja kraju, którym rządzą. Również w sensie zmian zmian obyczajowych czy społecznych.
Dlaczego nie mniej katolickie od nas kraje jak Hiszpania czy Irlandia mają a my nie mamy?
Tamte społeczeństwa ewoluowały szybciej z natury rzeczy?
Nie. Dostały "kopa" od swoich przywódców.
Nasi politycy najwyraźniej postanowili przegapić moment, w którym powinni wstać z klęczników i pociągnąć za sobą społeczeństwo. Raczej doczekamy sytuacji, kiedy panowie Tusk i Kaczyński zostaną razem ze swoimi klęcznikami wywiezieni na śmietnik historii jako polityczne "mamuty".
Ich wybór!
Tak, na poziomie stanowym widać pewien postęp, ale raczej w tzw. "blue states", czyli stanach, w których głosuje się na Demokratów. Na poziomie federalnym, czyli centralnym, społeczność LGBT nawet nie ma co marzyć o przełomie, zupełnie jak u nas, a to wszystko dzięki słynnej ustawie DOMA. Nawet na poziomie stanowym dochodzi do regresu, jak w przypadku niesławnej Prop 8, która na szczęście została uznana za niekonstytucyjną. Dobrze, że amerykański system polityczny pozwala na rozpatrywanie takich spraw na poziomie stanowym, bo byliby w tym samym miejscu co my.
Chyba nie tyle musi co raczej chce. A skoro chce to znaczy, że dla rządzących nie jest to upokarzające.
Ot, po prostu większości polskich polityków odpowiada rola biskupich "chłopców na posyłki".
A społeczeństwo? A kto by się przejmował "zbiorem przypadkowych jednostek"? :-P
mlodyturek:
Czyli w USA trwa to ok. 50 lat a u nas połowę tego. To dlaczego my ciągle jeszcze raczkujemy?
Na zdrowy rozum powinniśmy być w połowie drogi ;-) A gdzie jesteśmy?
Masz rację, faktycznie raczej chce. Wydawało mi się, że została powołana na mocy Konkordatu, ale właśnie przeczytałem, że to dużo starszy twór. A co do raczkowania... mentalność społeczeństw zmienia się niestety w zółwim tempie.