Obszerna relacja "Trybuny"
Dziennik "Trybuna" zamieścił obszerną relację Adama Jurkowiaka z wrocławskiego festiwalu "Lesbijki, Geje i Przyjaciele". Oto tekst:
Pierwszy Festiwal "Lesbijki, Geje i Przyjaciele" z koncertami, pokazami slajdów, happeningami i dyskusjami urozmaicił w weekend życie wrocławian.
Na pomysł wpadła anarchistka-lesbijka z Francji, sympatyczna i żywiołowa Żożo, która gości na jednym z wrocławskich "skłotów" (z ang. squat; młodzi ludzie zajmują pustostan i żyją razem). Lokalne anarchistki i radykalne feministki z grupy "Liberta" poparły tę ideę i zorganizowały imprezę, gdzie równie dobrze bawili się homoseksualiści, punki, anarchiści.
Pierwszym punktem festiwalu były popołudniowe dyskusje w "Kalamburze", restauracji senatora SLD Bogusława Litwińca. Tłok był taki, że sporo osób - także ze względu na panujący na sali zaduch - stało na dworze.
Doktor nauk społecznych Robert Tonder (prowadzący), Marcin Starnawski, Jacek Adler i dr Majka Rostek zastanawiali się nad politycznym wymiarem homoseksualizmu. Warszawianin i ekolog, Jacek Adler, mówił, że podstawowym pytaniem jest, co geje chcą osiągnąć.
WALKA O RÓWNE PRAWA
- mówił o celu działań. Przekonywał, że skoro geje mają takie same obowiązki jak heteroseksualiści, np. w dziedzinie podatków, to powinni mieć takie same prawa, m.in. oznacza to zalegalizowanie związków partnerskich osób jednej płci.
Marcin Starnawski zwrócił uwagę na duże zróżnicowanie podejścia do gejów. Artysta - gej nie jest w swoim środowisku żadnym odmieńcem, ani obiektem nietolerancji. Co innego gej ze wsi czy robotnik... - W Sejmie uchwala się ustawy, a nie w ośrodku pomocy dla gejów i lesbijek - uzasadniał konieczność politycznego zaangażowania Adler. Wyjaśnił kwestię rozróżnienia między gejem a homoseksualistą. Pierwszy nie ukrywa swej orientacji, nie oszukuje sam siebie. Drugi nie chce się przyznać. - Znam takich, którzy nawet w łóżku mówili, że nie są gejami, tylko że tak wyszło - śmiał się.
Adler, który zdominował dyskusję, opowiadał, że swego czasu Unia Wolności była otwarta na środowiska homoseksualne, lecz od sojuszu z AWS poszła zdecydowanie w klimaty konserwatywne. Pozytywnie odniósł się do inicjatywy posłanki SLD-NIE, proponującej zalegalizowanie związków partnerskich (konkubinatów), także dla osób jednej płci.
ZARAZ SOSNOWSKĄ UCISZONO
- zauważył. Jego zdaniem, wszystkie stronnictwa polityczne w Polsce cechuje typowy koniunkturalizm i przedmiotowe traktowanie gejów i lesbijek. Powstającą alternatywą dla dotychczasowego establishmentu ma być partia Zieloni, która powstanie prawdopodobnie pod koniec miesiąca (jej trzon stanowią ludzie byłego Forum Ekologicznego UW).
Twierdzenia Adlera, że nowe stronnictwo skupiające ekologów, feministki, gejów i lesbijki wejdzie do parlamentu, część sali uznała za pobożne życzenie. Jednakże większość zgodziła się z ostrymi słowami: - Partie traktują nas jak bydło, musimy iść z innymi środowiskami.
Druga dyskusja - "Homoliteratura?" - wzbudziła mniejsze zainteresowanie. Marta Mizuro przypomniała korzenie literatury homoseksualnej, czyli
DZIEŁO LESBIJKI SAFONY.
Naturalne manifestowanie swojej cielesności, seksualności było wówczas czymś oczywistym. Po długim okresie swoistej krucjaty antyseksualnej teraz wracamy do normy. W Polsce o literaturze homoseksualnej mówimy od trzeciej dekady ubiegłego wieku.
Okazało się, że homoliteratury nie muszą tworzyć geje i lesbijki. W kanonie lektur są pozycje wybitnie homoseksualne. Nikt nie przedstawił tak ciał młodych seksownych mężczyzn jak Andrzejewski w "Popiele i diamencie". Lechoń w pamiętnikach bardzo stara się, żeby nie zdradzić swej orientacji, pisząc np: "moja ukochana osoba", aby nie zdradzać płci. Wedle Błażeja Witkowskiego problemem jest brak popularnej literatury gejowskiej.
Po "kalamburowych" dyskusjach impreza przeniosła się do Centrum Reanimacji Kultury na ul. Jagiellończyka, prowadzonego przez "skłotersów". Na piętrze mieściła się słynna wystawa Karoliny Breguły "Niech nas zobaczą", która w paru miastach wzbudziła wściekłe ataki katolickich fundamentalistów.
W dusznej sali ok. 50-60 ludzi oglądało spektakl Teatru Mocno Poetyckiego "Dajmy se po rajtkach". Hardcore! - tak najkrócej można opisać jego występ (hardcore w wolnym tłumaczeniu to ostra jazda, ale i wywodzący się z punka gatunek muzyczny). W końcu nieczęsto można zobaczyć udawanie masturbacji, nazistowskie gesty pozdrowienia i obrazoburcze wobec polskiego patriotyzmu wykorzystanie flagi narodowej. W przedstawieniu brało udział dwóch aktorów - główny bohater oraz komentator. Nastrój budowała muzyka, która oddawała stan ducha postaci, np. przy wtórze nacjonalistycznej piosenki mieliśmy parodię neonazistowskiego "Sieg heil". Główny bohater miota się między działaniem, szczytnymi ideałami a apatią. Całe dnie spędza w czterech ścianach paląc papierosy i walcząc z nudą. Jest zupełnie zdezorientowany - nie umie odróżnić miłości od pożądania, instrumentalnie traktując obiekt swych westchnień.
Grupka gejów i lesbijek wyszła zszokowana przed końcem spektaklu. - To było wstrząsające. Nie byłem przygotowany na coś takiego - uzasadnił opuszczenie sali pewien gej. W ogóle trudno mówić, by integracja środowiska punkowego i homoseksualnego przebiegała lekko, łatwo i przyjemnie.
DOBRZE UBRANI GEJE
stykali się z wytatuowanymi i często noszącymi po kilka kolczyków punkami. Jednak była to chyba pierwsza okazja, aby oba środowiska - na co dzień praktycznie nie mające ze sobą nic wspólnego - miały szansę choć trochę się poznać.
W drugiej odsłonie "Dajmy se po rajtkach" motywem przewodnim było żmudne życie w warunkach, które inni stworzyli. Znów mieszały się konwencje, wzniosłość z wulgaryzmem i agresją. Ukazano cierpienia młodego "niezależnego" pisarza, którego celem jest tylko ustawienie się w życiu. Dzięki obecności trzech aktorek odniesiono się do panujących w społeczeństwie stereotypów płciowych.
Po pokazie slajdów ekipa wróciła do "Kalambura", gdzie imprezowanie skośczyło się dopiero nad ranem.
W sobotę po południu, gdy większość odespała wcześniejsze szaleństwa, odbył się przemarsz trzymających się za ręce par jednej płci niosących transparent z napisem
"DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK".
Wzięło w nim udział ok. 50 osób, ale - wobec setek ludzi na wrocławskim Rynku, nie była to imponująca liczba. Przemarszowi nie towarzyszyło skandowanie żadnych haseł, toteż część obserwatorów mogła nie wiedzieć, o co chodzi.
Pod wieczór, niestety, z ponad trzygodzinnym opóźnieniem rozpoczął się koncert w klubie "Rocker". Zaczęły warszawskie hip-hopowe feministki z Duldunga, które były zawiedzione skromną publicznością, więc zagrały tylko parę kawałków, ustępując miejsca zespołowi punkowemu z Berlina Daisy Chain. A szkoda, bo śmiejący się z postawy macho Duldung przyciągnął swymi bitami i rymami sporo osób zaciekawionych przesłaniem utworów, m.in protestem przeciw przemocy wobec kobiet.
Najciekawszy punkt programu, czyli widowiskowe performance zaczął się w podwórku "Rockera". Najpierw Dominik ze sztucznym afro na głowie dał pokaz sprawności w żonglowaniu maczugami w rytm disco lat 70. Po nim dwójka Niemców, w tym jeden przebrany za kosmitę w zwariowany sposób przedstawiła historię wizyty na Ziemi przybysza z innej planety. Przy okazji była to ostra satyra na tzw. wojnę z terroryzmem. Kosmita zerwał różę, a tymczasem z radia spiker informował, że jest groźnym terrorystą i należy go zlikwidować (skończył słowami "Boże, pobłogosław nasz kraj"). Kobieta, która go spotyka, najpierw próbuje go zabić, lecz później zapomina się. Rzecz kończy się ekstatycznym tańcem dwóch ciał.
Koncert zakończyła późno w nocy paryska grupa elektro-punkowa Grzzz. Francuski duet potrafił wygenerować z komputerów, klawiszy i gitary dźwięki godne nieomal orkiestry.
* * *
Przeciwko patriarchatowi
"Celem naszej akcji jest rozpropagowanie artystycznej, politycznej i społecznej działalności lesbijek, gejów i feministek. Jesteśmy nieformalną grupą krytykującą patriarchat i heteronormatywność, które powiązane są z takimi formami prześladowania jak dyskryminacja ze względu na płeć, wiek, rasę czy pochodzenie społeczne. Jesteśmy przekonani, że istnieją alternatywne sposoby oporu wobec uniformizacji kulturowej i obyczajowej. Takimi alternatywnymi sposobami są wybory, jakich dokonujemy decydując się na bycie, kim chcemy, kochając się w sposób, jaki nam odpowiada i przewartościowując tradycyjne koncepcje kobiecości i męskości, oparte w szczególności na zdominowaniu kobiet.
Spotykamy się po to, aby przez dzielenie się pomysłami i doświadczeniami z różnych środowisk, wzmocnić nasze alternatywne tożsamości. I, oczywiście, chcemy się bawić! Nie musimy być ofiarami społecznej sytuacji, jesteśmy dumni z naszych tożsamości.
- fragment ulotki organizatorów festiwalu
Tyle - relacja "Trybuny". Działacz Zielonych, Jacek Adler nadesłał z wrocławskiej impery swoje wrażenia pod hasłem "Pierwsze w historii CSD we Wrocławiu":
Szliśmy częściowo parami jednopłciowymi trzymając się za ręce z czerwonym transparentem z napisem DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK, na czele ja z moim chłopakiem Marcinem. Była TV i prasa. Z nami szli geje i lesbijki z Niemiec i Belgii oraz anarchiści. Kolorowy tłumek. Podczas przemarszu były demonstracyjne pocałunki par gejów i lesbijek. Niektórzy heterycy byli zdumieni, ale nie było wobec nas wrogości.
Po obejściu 2 razy rynku poszliśmy jeszcze na ul. Świdnicką, gdzie stanęliśmy z transparentem i dyskutowaliśmy z przechodniami i dziennikarzami. Dziennikarze poszli potem na plac Wolności, gdzie Zieloni rozlepili plakaty z serii "MIłość to miłość".