Awantura w niemieckiej szkole
Prowadzona przez zakonnice szkoła w niemieckim miasteczku Auerbach znalazła się w centrum obserwowanej w całym kraju awantury. Zaczęło się od tego, że pobożne siostrzyczki z zajmującego się nauczaniem młodzieży Zgromadzenia Pani Naszej, odebrały w prowadzonej przez siebie szkole uczniom dziesiątej klasy książki do nauki biologii. Następnie, zakonnice powyrywały pracowicie wszystkie kartki, które miały cokolwiek wspólnego z seksem, anatomią i orientacją seksualną. W przypadku klasy ósmej, akcja była jeszcze radykalniejsza. Książki do biologii zniknęły w szufladzie przeoryszy i już się stamtąd nie wynurzyły.
Szkoła, w której uczy się 280 uczniów podlega bawarskiemu ministerstwu kultury, które wezwało zakonnice do trzymania się oficjalnie przyjętego programu nauczania. Bez skutku. Siostrzyczki oznajmiły, że ich przekonania religijne nie pozwalają na przekazywanie treści zawartych w książkach, a dotyczących na przykład opisu procesu zapłodnienia. Niewinnie trzepocząc rzęsami, jedna z zakonnic tłumaczyła, że jedna książka mniej w tornistrze to mniejszy ciężar do dźwigania na drobnych, dziecięcych plecach.
Kiedy aferą w Auerbach zainteresowały się media, klasztor zabarykadował się. Siostry przestały odbierać telefon i nikomu nie otwierały drzwi. Miejscowy starosta, który wyruszył w misji mediacyjnej, usłyszał, że "zakonnice nie mogą przekazywać zepsucia i moralnego brudu." Na szczęście, ministerstwo nie podzieliło tego zdania. Stojąca na czele resortu Monika Hohlmeier (nota bene córka zmarłego premiera Bawarii, słynnego Franza Josefa Straussa), nakazała trzymać się ustalonego programu. Na takie dictum, obrona skapitulowała. Służebniczki Pani Naszej zobowiązały się informować młodzież, co służy do czego i jak się tym posługiwać, oraz wydać skonfiskowane podręczniki.
Aby zapobiec sabotażowi, ministerstwo wysłało do szkoły w Auerbach inspektora, który będzie siedział w klasie podczas lekcji i sprawdzał, czy 16-latkowie rzeczywiście dowiadują się strasznych faktów, dotyczących życia płciowego i partnerstwa. Jednak nawet i ta kontrola nie gwarantuje, że finansowana z kieszeni podatnika klasztorna szkoła nie wypuści w świat młodych ludzi, przekonanych, że dzieci przynosi bocian.
Gabriela Ruszkowska-Meier