Polityczna walka opóźnia głosowanie nad ustawą o małżeństwie gejowskim
Na okładce ostatniego numeru belgijskiego tygodnika "Knack" (odpowiednik "Polityki") widnieje widoczny z daleka różowy trójkąt z napisem "De Roze Markt" (Różowy Rynek) a w środku fotografia dwóch złączonych dłoni i napis "Gelijk voor de wet" (Równi wobec) . W środku numeru obszerny reportaż i wywiady z przedstawicielami belgijskiego środowiska HoLeBi (jak oficjalnie nazywa się środowiska gejowskie, lesbijskie i biseksualistów w Belgii) na temat sytuacji osób o odmiennych preferencjach seksualnych w tym kraju.
Wszystko to z okazji planowanego na piątek 4.0., w dzień przed rozpoczęciem Dnia Dumy Gejowskiej w Brukseli, ogłoszenia przez Radę Ministrów zmian w Kodeksie Cywilnym umożliwiającym zawieranie małżeństw cywilnych przez partnerów tej samej płci. Piszę, "planowanego" ponieważ wszystko wskazuje na to, że projekt ustawy, przygotowany już w grudniu ubiegłego roku, na długie miesiące znów powędruje do ministerialnej szuflady. Odłożenie ogłoszenia nie zostało spowodowane złą wolą środowisk HoLeBi ani przygotowującego tę ustawę Ministra Sprawiedliwości Marca Verwilghen (Partia Liberalna VLD). Przeciwnie wszystkie zainteresowane strony mogły się - o dziwo - w konstruktywny sposób porozumieć nawet w najdrobniejszych detalach dotyczących prawa do dziedziczenia, emerytury czy nawet ograniczenia prawa do adopcji. Odłożenie głosowania nad projektem ustawy spowodowała polityczna przepychanka pomiędzy walońską partią liberałów (PRL), Partią Zielonych AGALEV i flamandzką Partią Liberałów VLD a flamandzkimi i walońskimi partiami chadeckimi, o których niechętnym stosunku do par homoseksualnych nie trzeba nikogo uświadamiać. Jak zwykle w tego rodzaju rozgrywkach poszło o to komu i w jakim stopniu przysługują polityczne "zaszczyty" i "honory" płynące z przygotowania projektu nowej ustawy oraz czujność poszczególnych kierownictw partii politycznych aby nikt (czytaj: kierownictwo własnej partii) nie został pominięty w politycznej licytacji zasług.
A jest się o co bić: pozyskanie "różowych" głosów w następnych wyborach może mieć decydujące znaczenie. Partia, która wygra w owej politycznej przepychance, może liczyć nie tylko na kilka miejsc więcej w parlamencie lecz także na rozszerzenie swoich wpływów.
Warto dodać, że na listach wyborczych wielu partii politycznych figuruje wiele osób, które oficjalnie deklarują swoje odmienne preferencje seksualne. Dość wspomnieć byłego premiera Walonii Di Rupo (Paria Socjalistyczna) czy szefa gabinetu Minister Magdy Aelvoet w Rządzie Flamandzkim, Marianne Vergeyle (Partia Zielonych, AGALEV). Również w wyborach do samorządów lokalnych coraz częściej umieszcza się osoby, które nie kryją swych poglądów lub osobistych preferencji seksualnych.
Nie jest to wynikiem jakiejś powierzchownej mody na homoseksualizm lecz skutkiem bardzo rygorystycznego przestrzegania postanowień Konwencji Amsterdamskiej podpisanej w 1999 roku, która zakazuje jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na rasę, przekonania religijne, płeć czy preferencje seksualną. Nad wdrażaniem postanowień Konwencji Amsterdamskiej w Belgii czuwa ponadto Centrum do spraw Równości Szans i Walki przeciw Rasizmowi.
Czytając o walce partii politycznych o gejowski czy lesbijski elektorat w Belgii, przyszło mi tylko westchnąć i pomyśleć kiedyż to ja doczekam tej pociechy aby te prawa zbłądziły i pod polskie strzechy?
Przemek Jabłoński
"Knack" w internecie: http://www.knack.be