Szef dyplomacji USA wrogiem gejów?
Zwycięstwo republikanina George W Busha w wyścigu do Białego Domu przyjęte zostały przez organizacje amerykańskich gejów z mieszanymi uczuciami. Kolejne nominacje prezydenta-elekta śledzone są z wielkim sceptycyzmem. Desygnowanie generała Colina Powella na stanowisko sekretarza obrony, potwierdza obawy, że w programie Busha sprawy związane z równouprawnieniem mniejszości seksualnych odgrywają rolę poślednią. Przypomina się powiem, że to właśnie Powell sprzeciwiał się ostro na początku lat 90-tych otwarcia gejom możliwości odbywania służby wojskowej. Zabiegał o to w 1993 prezydent Bill Clinton - bezskutecznie. Opór Colina Powella, ówczesnego szefa sztabu amerykańskiej armii, był nieprzejednany. Miał on nawet zapowiedzieć, że gdy geje otrzymają prawo otwartej kariery w wojsku, to on złoży rezygnację (czemu teraz zaprzecza) Kadetom akademii marynarki zalecił wówczas odejście ze służby.
Colin Powell zaprzecza że jest homofobem. Odrzuca też porównania z okresem segregacji rasowej, kiedy to (do roku 1948) Murzyni nie mogli osiągać w armii Stanów Zjednoczonych wyższych stopni wojskowych. "Kolor skóry nie przeszkadza w pełnieniu służby. Orientacja seksualna tak" - powiedział w 1992 roku.
W siłach zbrojnych USA obowiązuje zasada "don´t ask, don´t tell" czyli "nie pytaj - nie gadaj", co znaczy, że każdy może w życiu prywatnym robić co mu się podoba, byleby nie obnosił się z swoimi preferencjami seksualnymi publicznie.
(PS)