Madeleine Olnek, queerowa reżyserka, przedstawiła mi niedawno Emily Dickinson, jakiej wcześniej nie znałam. Poetka przez dekady ukazywana była bowiem jako nieśmiała, zamknięta w sobie, schorowana stara panna, której talent został doceniony dopiero po śmierci. Taka Emily nie miała potencjału, by zostać bohaterką filmu biograficznego, który mógłby przykuć uwagę szerszej widowni bez efektów ziewania lub przysypiania podczas seansu.
Olnek najwyraźniej kwestionowała ten jednowymiarowy obraz poetki. Tchnęła w jej postać życie i radość, a przed widzami i miłośnikami jej talentu odkryła historię, która przez dekady była sprawnie ukrywana. W efekcie film jest lekką i zabawną historią o kobiecie, która z pasją oddawała się nie tylko poezji, ale również miłości. I w ten oto sposób mit o cnotliwej i samotnej poetce runął, by odkryć przed nami oblicze Emily Dickinson spędzającej szalone noce ze swoją bratową Susan.
Już pierwsza scena przygotowuje widza, że to nie będzie kolejny, sztywny ukłon złożony w stronę Emily, która jawi się nam raczej jako zakurzony posąg niż kobieta z krwi i kości. Widzimy ją bowiem, jak wita się z Susan w salonie. Na pozór wydają się przyjaciółkami wymieniającymi na powitanie niewinne całusy, po chwili jednak ulegają szalonej namiętności, lądując na podłodze. Ich ciała, splątane w namiętnym uścisku giną po chwili za kanapą i pod wieloma warstwami spódnic. Takie zabawne akcenty, zgrabnie wplecione w historię będą towarzyszyć nam podczas całego filmu. Madeleine Olnek, twórczyni tego filmu, pokazuje nam swoją wizję Emily i jej życia. Nie skupia się w nim na goryczy, smutku czy cierpieniu poetki spowodowanym przewlekłą chorobą. Zdaje się, że konsekwentnie odpycha wszystkie fakty znane szerszej publiczności aby skupić się na aspektach życia Dickinson, które przez lata były nie pomijane i ignorowane.
Przede wszystkim warto podkreślić, że film ten nie jest ścisłą biografią, lecz raczej historią o miłości. I bynajmniej nie oznacza to, że film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Reżyserka bowiem, tworząc postać Emily, skupiała się głównie na jej wierszach i listach pisanych przez lata do Susan. To z nich dowiadujemy się, w jaki sposób kobiety się poznały i budowały swój związek. Reżyserka przedstawia również narratorkę filmu, która po śmierci Emily została nie tylko wydawczynią jej poezji, lecz również cenzorką życia, usuwając imię Susan z większości wierszy, przez co umniejszyła skutecznie jej rolę w pracy twórczej i życiu poetki. W ten oto sposób miłośnicy literatury anglojęzycznej poznali Emily Dickinson nie jako obdarzoną talentem poetyckim lesbijkę, lecz cnotliwą, żyjącą w samotności wieszczkę, która idealnie wpisywała się w realia panujące w Północnej Ameryce okresu wiktoriańskiego.
Olnek zręcznie poprowadziła wątek miłosny, jest on pozbawiony przede wszystkim poczucia wstydu, z jakim często zmagają się nieheteronormatywni bohaterowie filmowi. W tym przypadku widzimy natomiast pełną akceptację swojej orientacji seksualnej. Emily i Susan wydają się zagubione tylko w momencie swojego dorastania. Nie jest to jednak do końca niezrozumienie uczuć, jakimi siebie nawzajem darzą, lecz raczej konspiracja między dwiema młodymi dziewczynami, które szukają najdogodniejszego rozwiązania, by być jak najbliżej siebie. Natomiast, gdy śledzimy ich dojrzałe lata, wyczuwalna jest na ekranie pewność tego kim są, a to zasługuje na szczególną uwagę widza. Obie kobiety starają się zbudować swoją intymność w niesprzyjających im warunkach, ukrywają swoje uczucie przed światem, pozostawiając uchylone drzwi jedynie widzom. To nie film o dwóch kobietach, dla których zbliżenie seksualne jest grzechem lub powodem do wstydu, widać, że czerpią z tego radość. Takie niuanse, na pozór oczywiste, są mimo wszystko trudne do przedstawienia bez użycia dialogu. Tutaj można pochylić się nad zgrabnie napisanym scenariuszem i reżyserią. Wspomniana wcześniej Madeleine Olnek przez lata wystawiała swoje sztuki na nowojorskich scenach teatralnych. I tą teatralność wyczuwa się w „Szalonych nocach z Emily”. Nie należy się jednak tym faktem zniechęcać, ponieważ do produkcji tej powinno się podejść jak do filmu autorskiego, jest on bardzo kameralny, intymny i feministyczny. Brzmi poważnie, ale w rzeczywistości „Szalone noce z Emily” to komedia.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy własnego głosu w Internecie. Daliśmy radę przez 24 lata - z Waszą pomocą przetrwamy także ten ciężki okres. Równocześnie utrzymanie takiego projektu jeszcze nigdy nie było tak trudne.
Zobacz jak wspomóc QUEER.PL
Wątek komediowy jest zgrabnie wpleciony w historię głównie dzięki Molly Shannon, dobrze znanej z jednego z pierwszych queerowych sitcomów emitowanych w Stanach Zjednoczonych „Will&Grace” czy Saturday Night Life. Dzięki niej poznajemy Emily o ironicznym wyrazie twarzy, która o poezji nie potrafi mówić w sposób wyważony i powściągliwy. Jej interpretacja Emily jest pełna ekspresji, życia i poczucia humoru. Wraz z Susan Ziegler, która wcieliła się w postać partnerki Emily, Susan, stworzyły znakomitą ekranową parę. Ich gra aktorska jest bardzo swobodna, przez co bohaterki uwspółcześniają się w oczach widza i nie przypominają skostniałych kobiet z dawnej epoki.
Produkcja ta staje w ciekawej kontrze do wcześniejszego obrazu z 2016 roku „A Quiet Passion” z Cynthią Nixon w roli głównej. Ów film skupił się bowiem na samotności, przemijaniu i przewlekłej chorobie Emily, przez co film ten może stać się przytłaczającym dla widza. „Szalone noce z Emily” zaskakuje natomiast lekkością i jasnością obrazu. Oglądając go, czuje się świeżość przypominającą pierwsze wiosenne dni. Emily, choć niewątpliwie jest kobietą obdarzoną geniuszem, znajduje inspiracje w wielu przyziemnych czynnościach, takich jak pielęgnowanie ogrodu czy pieczenie ciasta dla dzieci mieszkających w sąsiedztwie. Obserwujemy, jak w skupieniu oddaje się pisaniu w pogodne dni w swoim jasnym pokoju, przez co nie odczuwamy, iż bohaterka jest wyalienowana lub osamotniona. Olnek pokazuje, że samotne, ciche dni są wyborem Emily, są one raczej zdrowym balansem po szalonych chwilach spędzonych z Susan (i nie tylko). Jej dom wydaje się miejscem przyjemnym i nie jest on tonącym w mroku i ciszy schronieniem poetki.
Emily Dickinson długo czekała na swój coming out, jednak w końcu z zakurzonej szafy pomogła jej wyjść reżyserka, która przedstawiła jej życie w liryczny i zabawny sposób. Dzięki reżyserce odkrywamy Emily na nowo. Madeleine Olnek nie tylko stara się zrozumieć Emily jako artystkę, ale również kobietę z ambicjami, która wbrew rozpopularyzowanej opinii chciała być publikowana. Jak każda osoba obdarzona talentem miała nadzieję być zauważoną i usłyszaną przez szersze grono odbiorców. Film ten odkrywa więc całe spektrum pragnień Emily i z pewnością zachęci nie jedną osobę do sięgnięcia po poezję Dickinson, co z pewnością bardzo ucieszyłoby poetkę.
Piątek, 08.01.2021 "Szalone noce z Emily" na platformie internetowej Kina Pod Baranami!
Poniedziałek, 12.08.2024 Wakacyjna miłość i poszukiwania siebie – recenzja festiwalowego hitu „Big Boys” w reżyserii Coreya Shermana
Wtorek, 12.03.2024 Kino: Eva Longoria i Gabrielle Union jako matki niebinarnej pary
Wtorek, 02.01.2024 10 najgoręcej wyczekiwanych queerowych premier filmowych 2024 roku
Piątek, 24.11.2023 „Na dnie” – o dwóch takich, co chciały „zaliczyć” popularne cheerleaderki. Komedia z Rachel Sennott dostępna online
Gdyby autorka wierszy żyła współcześnie nie musiałaby sie kryć ze swoją orientacją
Dobrze że powstał już 2 film o Emily Dickinson
Dobrze że powstał już drugi film o Emily Dickinson