"W wielu przypadkach, gdy rodzic dowiaduje się, że jego dziecko nie jest heteroseksualne, zaczyna się zastraszanie, przymus, zakaz wychodzenia… Groźby, że zostanie wyrzucone z domu. W Polsce prawo na to nie pozwala, ale to się dzieje". Z Lucyną Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę rozmawia Ignacy Dudkiewicz (NGO.pl, Magazyn „Kontakt” – www.magazynkontakt.pl)
Mówi pani dużo o rodzicach, którzy sobie nie radzą. Ale dzieci chcą ostatnio chronić zwłaszcza politycy. Co państwo może zrobić, by to robić?
– W Polsce od zawsze nie ma narodowego programu ochrony zdrowia psychicznego – ani dla osób dorosłych, ani dla dzieci. Nie prowadzimy wczesnej profilaktyki zdrowia psychicznego. Nie ma powszechnych warsztatów dla rodziców spodziewających się dzieci i rodziców małych dzieci o tym, jak radzić sobie z tym, że pojawi się dziecko.
Jesteśmy tak mądrzy, że potrafimy wysłać Teslę na orbitę, ale nie wiemy, co zrobić, kiedy dziecko płacze przez trzy dni. I udajemy, że to nie wpływa na nas emocjonalnie. Nie wiemy, co zrobić, kiedy dziecko nie chce jeść, kiedy się kłóci z rodzeństwem, ma bunt dwulatka. Potrzeba powszechnej edukacji dla rodziców. Nie w skali, w jakiej robi to nasza fundacja – bo grupy, które prowadzimy, to kropla w morzu potrzeb. System powinien objąć także pracowników żłobków, położne, pracowników przedszkoli, żeby mogli tę wiedzę przekazywać dalej, wspierając rodzica w pełnieniu jego roli. I żeby sami edukowali dzieci na temat rozpoznawania różnych zagrożeń, wspierali wiarę dzieci w to, że dorośli mogą im pomóc.
Jeżeli rodzice są na przykład pogrążeni w żałobie, stracie, rozwodzą się, są chorzy i nie mogą dziecku dać tego, czego ono potrzebuje, to przedszkole, żłobek i szkoła są tymi miejscami, które powinny ich czasowo zastąpić. A tak naprawdę nie chodzi o zastępowanie, ale o to, żeby robili to i rodzice, i szkoła. Obecnie zaś, gdy dziecku dzieje się coś złego, to rodzice mówią, że szkoła powinna wychowywać dzieci, które krzywdzą ich syna. A gdy to ich dziecko robi krzywdę innym, to szkoła ma się nie wtrącać, bo „to oni są od wychowania”. I ostatecznie nie robi tego nikt.
Co jest potrzebne, by szkoła mogła pełnić tę funkcję?
– Brakuje wykształconych pod tym kątem psychologów i pedagogów. W 41% polskich szkół nie ma takich specjalistów, w ogóle nie są zatrudniani. Trudno oczekiwać, że pani, która uczy geografii, nie wiadomo skąd posiądzie zaawansowaną wiedzę na temat tego, jak mówić dzieciom o zagrożeniach i wspierać jej w rozwiązywaniu problemów. To nie jest jej zadanie. A jak nie ma specjalistów, to nie mogą oddziaływać ani na dzieci, ani na rodziców.
I tak to przechodzi przez pokolenia.
– Otóż to! Rodzice nie wiedzą, co robić, bo z nimi też nikt o tym nie rozmawiał. Gdy konsultujemy ich problemy, to często mówią: „to jest takie trudne. Proszę zrozumieć, jestem tylko księgową”… Odpowiadam: „dla mnie trudna jest księgowość i gdy mam problem dotyczący podatków, to dzwonię do specjalistów – jak pani. Dobrze, że pani dzwoni do mnie, by porozmawiać o dziecku”. A polska szkoła zapewnia podstawową wiedzę z księgowości czy przedsiębiorczości, ale nie z profilaktyki zagrożeń. Proszę mi powiedzieć, co się bardziej przyda wszystkim dzieciom w przyszłości?
Oboje wiemy, że to pytanie retoryczne.
– Ta edukacja musi się dziać w cyklu ciągłym – do momentu, gdy człowiek kończy studia, ma 26 lat i myśli o tym, by mieć własne dzieci. Wtedy znów zaczyna się uczyć, choć z innej perspektywy. W każdym kolejnym cyklu będzie łatwiej, bo to, czego będą mnie uczyć jako rodzica, przyklei się do tego, czego dowiedziałam się jako dziecko. A my tracimy nie tyle kolejne lata, czy nawet dekady, ale kolejne pokolenia.
A przecież od kiedy działa telefon zaufania, czyli ponad 10 lat, mamy ogrom dowodów na to, że jako państwo i społeczeństwo zaniedbujemy niezwykle ważny obszar. Naprawdę jest tak, że dzieci nie mają z kim rozmawiać, nie mają kogo poprosić o pomoc albo od kogo dowiedzieć się czegoś na temat zagrożeń. Gdyby nie telefon, to milion dwieście tysięcy dzieci też by tego nie wiedziało. I codziennie próbuje dowiedzieć się więcej.
Cokolwiek się zmienia?
– Ministerstwo Zdrowia zaczyna jakieś działania. Dobrze, że są, ale ochrona zdrowia psychicznego wymaga rewolucji. Przygotowaliśmy szereg rekomendacji dotyczących działań, jakie muszą zostać podjęte w 5 wskazanych obszarach, , żeby rzeczywiście dokonała się prawdziwa zmiana na rzecz bezpiecznego dzieciństwa – można je znaleźć na końcu raportu „Dzieci się liczą 2017”.
Ale nawet tu i teraz można robić więcej. Tu i teraz pomagamy dzieciom. I nie wiem, dlaczego wiele osób nie potrafi tego zrozumieć i dlaczego telefon ma tylko pięć linii i dlaczego nie działa 24 godziny na dobę. Nawet jeśli rząd podejmie teraz działania, to ich efekty dla wielu dzieci przyjdą za późno.
Czyli przede wszystkim edukacja?
– Musimy odczarować mit, że korzystanie z czyjegoś wsparcia, to dowód na to, że sobie nie radzimy. Czy jeśli nie umiem rozliczyć podatków, to mam brnąć i popełniać błędy, czy jednak poprosić o pomoc? Mam ukrywać moją niewiedzę, bo jeszcze ktoś sobie pomyśli, że sobie nie radzę? No, nie radzę! Nie radzę sobie też z wieloma innymi sprawami. To jasne, że nie potrafimy nastawić złamanej ręki dziecka, gdy jesteśmy kierowcą autobusu, a nie ortopedą! To nic złego. Ale byśmy tak samo podchodzili do problemów zdrowia psychicznego, potrzebujemy powszechnego systemu, w którym wszyscy będziemy czuli, że korzystanie z pomocy jest normalne. Dziś nie jest.
Rodzice dzwonią do nas, bo można z nami porozmawiać anonimowo. Mówią, że to dobrze, że nie wiem, gdzie mieszkają i co robią.
Jak dzieci.
– Tak.
Tyle tylko, że nawet gdybyśmy odczarowali ten mit, to dostępność takiej pomocy w publicznej ochronie zdrowia jest skrajnie niska. A w prywatnej – ograniczona ekonomicznie.
– Jest jeszcze gorzej.
To znaczy?
– Ona jest ograniczona ekonomicznie, geograficznie, ale też po prostu fizycznie. Potrzebujemy wielokrotnie większej liczby psychologów, terapeutów i psychiatrów. Rozmawiamy w Warszawie, która jest epicentrum dostępności psychiatrów w Polsce. Moja koleżanka chciała skonsultować swoje dziecko. Płatnie – 250 złotych za 20 minut. I na początku marca dostała termin na lipiec. W stolicy i za ogromne pieniądze! To co ma powiedzieć osoba, która musiałaby wziąć wolne, żeby zawieźć dziecko do innego miasta i jeszcze za to zapłacić? Liczba psychiatrów nie rośnie, tylko maleje – stale i konsekwentnie. A ci, którzy są, sami tracą zdrowie. To też ludzie – też mają dzieci, nie mogą pracować po 48 godzin z rzędu, gdy na jednego lekarza przypada trzy razy więcej dzieci na oddziale, niż powinno. Można tak pracować w kryzysie – tydzień, miesiąc, ale my mamy kryzys permanentny. Tak się nie da pomagać.
Nie może więc dziwić wysoki wskaźnik samobójstw wśród dzieci i młodzieży…
– A to dane bardzo niedoszacowane. Statystyki policyjne mówią, że w ubiegłym roku były 92 udane próby samobójcze wśród dzieci. Tyle tylko, że samobójstwo nie jest przestępstwem, więc postępowanie jest wszczynane, tylko jeśli istnieje podejrzenie, że ktoś to dziecko do samobójstwa pchnął. Prób samobójczych – udanych i nie – jest znacznie więcej, niż ktokolwiek policzył. Niektóre z nich nie wymagają zaopiekowania medycznego, więc nikt o nich nie wie. Dziecko bierze leki, popija je alkoholem, ale budzi się następnego dnia. Albo wbiega pod samochód, który w ostatniej chwili wyhamowuje. Próbuje sobie podciąć żyły, ale nie wytrzymuje – na szczęście to jest bardzo bolesne. To wszystko próby samobójcze niewidoczne z punktu widzenia statystyk.
A gdy pomoc medyczna jest potrzebna, sytuacja staje się jasna?
– Też nie. Bo często te wydarzenia nie są kwalifikowane jako próby samobójcze. Zdarza się, że gdy ktoś rzuca się z 18 piętra, to w papierach znajdziemy tylko wielonarządowe uszkodzenie ciała ze skutkiem śmiertelnym. Jak ktoś weźmie leki – zatrucie. Jak rzuci się pod tira, to przecież nie ma kogo pytać, czy to był wypadek, czy samobójstwo. Lekarz nie będzie robił dochodzenia. Zdarza się, że nawet przy powieszeniach lekarze wpisują w akcie zgonu: „niewydolność krążeniowo-oddechowa”!
Trudno zaprzeczyć.
– Po co robić rodzinie problemy? Nie dostaną ubezpieczenia, zasiłku z ZUS-u, a nuż ksiądz nie będzie chciał pochować w święconej ziemi… I jeszcze wstyd na całą miejscowość. A że lekarze też są przepracowani, to wypisują kartę i idą do kolejnego pacjenta.
Skąd więc niby Główny Urząd Statystyczny ma wiedzieć, ile w Polsce jest udanych i nie prób samobójczych? Nikt tego dokładnie nie wie.
A jakie są szacunki?
– WHO ocenia, że na każdą zarejestrowaną próbę przypada między 100 a 200 niezarejestrowanych. Policja zarejestrowała w zeszłym roku 772 udane i nieudane próby samobójcze wśród dzieci i młodzieży. Mnożymy i wychodzi nam coś pomiędzy 77 a 154 tysiącami prób.
Słowem: dużo.
– Na koniec ubiegłego roku zrobiliśmy badania na próbie reprezentatywnej dzieci i młodzieży w wieku między 11 a 17 rokiem życia. 7% dzieci zadeklarowało, że jest po próbie samobójczej. W Polsce żyje 3 miliony 600 tysięcy dzieci. Badania wskazują więc na większą skalę problemu niż szacunki WHO. Na każdą 28-osobową klasę, statystycznie dwoje dzieci jest po próbie samobójczej. To jest prawdziwy obraz i prawdziwy dramat.
W wielu przypadkach, gdy rodzic dowiaduje się, że jego dziecko nie jest heteroseksualne, zaczyna się zastraszanie, przymus, zakaz wychodzenia… Groźby, że zostanie wyrzucone z domu.
To pokazuje, jak bardzo dzieci są pozostawione same sobie nie tylko do momentu, gdy targną się na swoje życie, ale też po próbach, o których nikt nie wie, których nikt nie zauważa albo które są bagatelizowane.
A jeśli nie? Jeśli ktoś zauważył?
– Niestety, zdarza się, że wszyscy wiedzą, że to była próba samobójcza, dziecko trafia do szpitala, jest zszywane, a rodzice wypisują je na własne żądanie. I potem różne rzeczy się dzieją. Często twierdzą, że skoro dziecko przeżyło, to jest w porządku…
Naprawdę można tak uważać?
– Tak. Boimy się tematu śmierci i o nim w ogóle nie rozmawiamy. A żeby targnąć się na własne życie, trzeba przekroczyć granicę między życiem i śmiercią. Jak się to zrobi i przeżyje, to dalej jest się po drugiej stronie. To nie działa w ten sposób, że skoro się nie udało, to znak, że będzie dobrze. Statystyki pokazują, że nie ma czynnika, z którym mocniej byłaby skorelowana próba samobójcza, niż wcześniejsza próba. Nie depresja, nie impulsywność dzieci czy dorosłych, nie doświadczenie przemocy. Największy związek jest między jedną próbą samobójczą a drugą. Bo człowiek zdecydowany na samobójstwo uznaje, że najlepszym sposobem na problemy jest po prostu ich zakończenie. I nieudana próba tego nie zmienia.
Na problemy psychiczne nie umiemy odpowiadać. A czy polska szkoła jest przygotowana do reagowania na przemoc rówieśniczą? Jak duży jest to problem?
– Jeżeli chodzi o skalę, to największy. 7 na 10 dzieci deklaruje, że doświadcza jakiejś formy przemocy, 4 na 10 – przemocy ze strony bliskich dorosłych, a 6 na 10 deklaruje, że jest to przemoc rówieśnicza. To najczęściej doświadczana forma przemocy. Już to pokazuje, że polskie szkoły sobie z tym nie radzą. A sposobem na to jest właściwa reakcja. Tylko wtedy przemoc może się nie nasilać. Zbyt często wydaje nam się, że to niewarte uwagi, że dzieci tak mają. Często trudno nam uchwycić granicę między tym, co akceptowalne i nie.
Uporządkujmy więc. Czym jest przemoc rówieśnicza?
– Przemoc rówieśnicza ma miejsce wtedy, kiedy dziecko w wyniku działania swojego rówieśnika doświadcza przykrości lub krzywdy. Ważne jest skupienie się na tym, kto doświadcza przemocy, a nie na przykład na intencjach krzywdzącego. Bo sprawca może nie mieć intencji sprawienia nikomu przykrości, tylko na przykład rozśmieszenia grupy i znalezienia akceptacji przez wyśmiewanie innego dziecka. Ważne też, by uważnie słuchać tego, co mówią dzieci. Przecież nie przyjdą i nie powiedzą, że są ofiarami przemocy rówieśniczej. Dlatego skalę jej doświadczania badaliśmy poprzez historyjki, po których dzieci zaznaczały, czy doświadczyły kiedyś czegoś podobnego. Dzieci często nie mają świadomości, że doświadczają przemocy. Albo robią wszystko, żeby tego nie nazwać przemocą, bo to by oznaczało, że są ofiarami. A to jest trudne do uniesienia.
Nawet w języku jest to obecne. Słowo „ofiara” ma negatywne konotacje. Coś jak „ciapa” czy „frajer”.
– Ponadto jak coś jest codzienne, to jest powszechne, jak jest powszechne, to jest normalne. A staje się takie, bo jako dorośli na to nie reagujemy. Powinniśmy to robić: reagować i zapobiegać poprzez odpowiednią edukację. Ale znów wracamy do problemu niewystarczającej liczby specjalistów w szkołach. Nie ma więc komu ani edukować, ani na przykład stworzyć planów działania dla wszystkich uwikłanych w przemoc: dla krzywdzonego, krzywdzącego i dla świadków, których też się znieczula przez brak działań. Konsekwentnymi działaniami możemy zapobiegać lub ograniczać skutki zdecydowanej większości przemocy rówieśniczej.
A gdy nie reagujemy, dzieci tracą do nas zaufanie. Również te, które nie doświadczają przemocy, ale ją widzą.
Proszę wyjaśnić.
– Dziecko widzi, że nikogo to nie interesuje. Idzie do mamy i mówi, że Bartek jest wyśmiewany, a mama mówi: „to się z nim nie zadawaj. On w ogóle jest strasznie dziwny i z takiej dziwnej rodziny. To nie twoja sprawa, Lucynka”. A Lucynka ma silne poczucie sprawiedliwości i sobie myśli: dom wariatów. Matka mówi „to nie twoja sprawa”, nauczycielka nie reaguje, nikt nie reaguje, wszystkie dzieci się śmieją. I kiedy Lucynka nie będzie sobie radzić ze swoją nieśmiałością, to do kogo pójdzie? Do mamy? Do nauczycielki, która nie pomaga? Może nawet przetrwa podstawówkę, pójdzie do liceum, w którym będą świetni pedagodzy, ale do nich też się już nie zwróci, bo doświadczenie jej mówi, że dorośli nie pomagają. I gdy będzie miała myśli samobójcze, to nikomu o tym nie powie albo zadzwoni do nas. Gdy będziemy po nocy z nią rozmawiać, powoli budować zaufanie, to w końcu nam powie, że jak była w podstawówce, to w klasie był taki Bartek, który niedawno popełnił samobójstwo, bo sobie nie poradził z tym, jak został potraktowany. Wszyscy gadali, że był słaby. I Lucynka czuje, że też jest słaba, a dla słabych nie ma miejsca na świecie.
Tak się może skończyć brak reagowania na przemoc w szkole. I to naprawdę nie jest przerysowana historia.
Mówi pani o bardzo różnych problemach, z którymi mierzą się dzieci, o tym, co im grozi, przed czym trzeba je chronić. Proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale jako żywo ani razu nie powiedziała pani o tym, o czym politycy mówią najgłośniej, czyli o rzekomym zagrożeniu związanym z „przymusową seksualizacją dzieci przez środowiska LGBT”…
– Nie widzę w pracy tego problemu. Oczywiście, spotykam się z dziećmi LGBT. Dla wielu z nich nieheteronormatywna orientacja jest dramatem, bo gdy ją ujawniają albo są o nią podejrzewane, to są odrzucane przez otoczenie – od rodziny, przez sąsiada, rówieśników po szkołę. Albo – jeśli jej nie ujawniają, to żyją w ogromnym lęku przed tym, co się stanie, gdy do tego dojdzie.
W wielu przypadkach, gdy rodzic dowiaduje się, że jego dziecko nie jest heteroseksualne, zaczyna się zastraszanie, przymus, zakaz wychodzenia… Groźby, że zostanie wyrzucone z domu. W Polsce prawo na to nie pozwala, ale to się dzieje. Bardzo zła jest sytuacja osób transpłciowych, bo często mają ogromną potrzebę, żeby ktoś do nich mówił innym imieniem, żeby mogły ubierać się w sposób charakterystyczny dla płci, którą odczuwają jako swoją. Spotyka je odrzucenie, poniżenie, kompletny brak szacunku, wiedzy i zrozumienia ze strony otoczenia, że ta osoba wcale się nie uparła, że sobie tego nie wymyśliła i nie wybrała.
Nie zdarzyło nam się natomiast, żeby ktoś poruszył temat tego, że dziecko jest seksualizowane w ramach edukacji – ani wśród dzieci, ani wśród rodziców.
A czym w tym kontekście dzwonią ci ostatni?
– Rzadko, ale czasem dzwonią, żeby podzielić się podejrzeniami lub odkryciem, że ich dziecko jest homoseksualne czy biseksualne. Pytają, co to będzie, czy da się to zmienić. Ale kiedy ich pytałam, czego się tak boją w seksualności własnego dziecka, to słyszałam dwie rzeczy: po pierwsze żal, że nie będzie wnuków. A po drugie strach, jak ludzie będą ich dziecko traktować, że będą je niszczyć, tępić i nie akceptować.
Czyli tak naprawdę bali się nie homoseksualności, ale homofobii?
– Można tak to ująć.
Przy czym pamiętajmy, że jeśli dziecko jest akceptowane przez swojego rodzica takie, jakie jest, to zapewne nie zadzwoni pod 116 111. Do nas docierają tylko te dzieci, które mają kłopoty w uzyskaniu akceptacji, które czują się odrzucone bądź którym towarzyszy bardzo silny lęk. Tak naprawdę każde dziecko chciałoby przede wszystkim usłyszeć od swoich rodziców, że będą je kochać bez względu na wszystko. To samo dotyczy dzieci i młodzieży LGBT, które bardzo często tej bezwarunkowej miłości nie uzyskują.
Czyli edukacji seksualnej nie ma się co bać? Polskie władze uważają inaczej…
– Bardzo dużo dzieciaków dzwoni do nas tuż przed podjęciem niechcianego kontaktu seksualnego. Często nawet nie wiedzą, że on jest przez nie niechciany.
Jak to?
– Dzwonią i pytają o najlepszy sposób na uniknięcie ciąży. A my wciągamy je w rozmowę, zachęcamy, by powiedzieli coś o swoim związku, ile mają lat, jak długo są razem, czy rozmawiali o antykoncepcji i w ogóle o tym, jak to będzie, gdy będą uprawiali seks. Słyszymy wtedy często: „Co też pani?! Przecież o tym się nie rozmawia!”. To pytamy, czy uważają, że będą w stanie się rozebrać przy drugiej osobie? I okazuje się, że ta dziewczyna czy chłopak o tym w ogóle nie pomyślał. Staramy się wybadać, czy dziecko zdaje sobie sprawę, do jakiej konkretnie sytuacji może dojść. Bo badania i nasze doświadczenia pokazują, że nawet jeśli dziecko czuje się skrępowane i w trakcie podejmowania kontaktu seksualnego ma poczucie, że to nie jest dla niego, że nie jest gotowe, to jednak się nie wycofuje.
Dlaczego?
– Bo nie wie, jak odmówić. Jest tak zaskoczone i sparaliżowane sytuacją, że jej nie przerywa, nie wie, że może powiedzieć „nie” czy „stop” w każdym momencie. W efekcie dochodzi do niechcianego kontaktu seksualnego, który ma takie same znamiona i konsekwencje jak gwałt.
Dlatego wciągamy dzieci w rozmowę o szacunku, o okazywaniu sobie czułości, miłości w sposób, na który obie strony są gotowe. I okazuje się, że nikt nigdy z dzieckiem nie rozmawiał o tym, co to znaczy być w związku, co to znaczy okazywać miłość i że seks nie jest jedynym sposobem, by to zrobić.
A rozmowa zaczęła się od metod antykoncepcyjnych…
Rozmowa o tym jest niezbędna?
– Tak. I kiedy słyszę, że powinni móc ją podejmować tylko rodzice, to wiem, w jak ogromnej części tego nie robią. Dzieciom potrzebna jest też wiedza. Wiele dzieci nie ma jej w ogóle, wciąż myślą magicznie na przykład, że podczas pierwszego razu nie zachodzi się w ciążę. A potem jednak ciąża się pojawia.
Edukacja seksualna jest o gotowości, o asertywności, o dbaniu o siebie i o drugą osobę, o poważnym traktowaniu siebie nawzajem. Jeśli nie zaczniemy tego robić, gdy jesteśmy nastolatkami, to często już nigdy nie będziemy potrafili stworzyć związku opartego na szacunku, a nie na manipulacjach czy podporządkowaniu.
Nie zmienia to faktu, że wiele dzieci pyta nas o seksualność i dojrzewanie. Chociażby o masturbację: czy to normalne i naturalne…
Czy grzeszne?
– Jak pytają, czy to grzech, to odsyłamy je do Kościoła, w którym są. Ale to zdarza się rzadko. Religia pojawia się jednak w innych kontekstach.
Jakich?
– Czasami bardzo paradoksalnych, gdy rodzice są niewierzący a dziecko bardzo chce praktykować i nie może. Albo gdy jeden rodzic wierzy, drugi nie, a dziecko nie wie, co ma zrobić, gdy idą święta. Mama chce, żeby poszło z nią na Triduum Paschalne, ojciec – żeby zostało w domu. Jest i trzecia opcja, gdy dziecko jest niewierzące, a rodzice zmuszają je do praktyki. Takie dziecko jest bardzo trudno wspierać – łatwiej jest rozmawiać o tym z rodzicem. Bo dziecku możemy powiedzieć niewiele ponad to, że rozumiemy jego trudną sytuację. Nie mamy jak zdalnie wpłynąć na rodzica. A jeśli rozmawiamy z rodzicem, to możemy z nim porozmawiać o tym, że trudno jest mieć głęboką wiarę i nie umieć jej przekazać. Choć czasem się okazuje, że znów nie chodzi o głęboką wiarę, ale na przykład o to, że wszystkie dzieci chodzą, więc i nasze powinno. Sytuacje są bardzo różne.
Na koniec chciałabym podkreślić jeszcze jedno. Mogę?
Proszę bardzo.
– Rodzice bardzo boją patostreamów, dopalaczy, alkoholu, seksu, wpływu rówieśników, zanegowania przez dziecko wartości wyznawanych w rodzinie, zachowań ryzykownych. Ale najważniejszym czynnikiem chroniącym w życiu dziecka przed podjęciem zachowania ryzykownego jest rodzic. Tyle tylko, że jest to też najsilniejszy czynnik ryzyka. Może dziecko uchronić przed ryzykownymi zachowaniami, jak i je do nich popchnąć. Sztuką jest być dobrym człowiekiem, ale jeszcze większą sztuką jest wychować dobrego człowieka. A wychowanie to proces aktywny.
Lucyna Kicińska – absolwentka Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego, Studium Terapii Narracyjnej. W Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę pełni funkcję koordynatorki Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 oraz Telefonu dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci 800 100 100. Członkini Polskiego Towarzystwa Suiscydologicznego. Autorka narzędzi edukacyjnych dotyczących bezpieczeństwa dzieci i młodzieży. Prowadzi szkolenia profesjonalistów z zakresu świadczenia pomocy przez telefon i online.
Ignacy Dudkiewicz – redaktor naczelny Publicystyki w portalu NGO.pl, redaktor naczelny Magazynu „Kontakt” (www.magazynkontakt.pl).
Poniedziałek, 07.05.2018 Zdrowie psychiczne i seksualne? Nie tylko hetero
Czwartek, 17.12.2009 Zielona Góra: darmowe wsparcie psychologa Poniedziałek, 26.02.2001 Tolersex
Czwartek, 03.08.2023 Ordo Iuris kontra telefon zaufania dla młodzieży - "to próba cenzury"
Poniedziałek, 30.11.2020 Rzecznik Praw Dziecka: małoletnie osoby LGBT grupą szczególnie narażoną na przemoc
Naprawdę, współczuję dzieciom, które żyją w naszych czasach. Nie rozumiałam nigdy tych, którzy tak idealizują dzieciństwo. Czasami dzieciństwo to czyjeś piekło na ziemi...
Problem poruszony w tym artykule jest problemem ogromnym i na szeroką skalę. Nie tyczy się tylko LGBT. Co możemy zrobić w takim wypadku?