Trzy dni w trzynaście godzin? Challenge accepted! I to bardzo udany challenge, czyli piąty, zwariowany sezon "Orange is the new black" od 9. czerwca już na Netflix.
Czy kilka lat temu ktoś mógłby przewidzieć, że serial o kobiecym więzieniu, w którym aż
kipi od kobieco-kobiecych romansów i emocji stanie się takim hitem? Dziś
"Orange is the new black" to już prawdziwy weteran (a raczej weteranka) Netflixa i jeden z jego najbardziej znanych tytułów. Jak do tego doszło?
Dla niezorientowanych (chociaż pewnie takich tu nie znajdziemy, ale żeby nie było): OITNB to oparty na książce Piper Kerman komediodramat, rozgrywający się w kobiecym więzieniu Litchfield. Piper trafia tam za posiadanie pieniędzy z transakcji narkotykowych, które były własnością jej byłej dziewczyny, Alex, którą w Litchfield także spotyka.
Przez cztery sezony śledziliśmy losy nie tylko Alex i Piper (które tak naprawdę czasem schodziły na drugi plan), ale całej gamy przeciekawych kobiet (a także czasem i strażników), poznawaliśmy ich przeszłość, historie, i jak to w życiu - dowiadywaliśmy się, że nie wszystko jest takie czarno-białe, jak mogłoby nam się wydawać. Była miłość, przyjaźń, rodzinne dramaty, przemoc, także seksualna, rasizm, a nawet temat aborcji i homofobia. I co najważniejsze: wszystko podane w charakterystycznym dla serialu klimacie
czasem mniej lub bardziej ciężkiego humoru i absurdu. "Orange is the new black" jest też jednak przede wszystkim bardzo aktualną opowieścią o współczesnym świecie: scenarzystki świetnie potrafiły wyczuć to, co jest ważne i pokazać w mikro-świecie i społeczności Litchfield.
Serial pokochały nie tylko lesbijki, dla których to, nie ma co ukrywać, pierwsza tak mocno kobieco-kobieca produkcja od dawna. Seksowna, odważna, ale też nafaszerowana symboliką, gestami i lesbijskimi postaciami. I nie zapominajmy, że to dzięki OITNB zabłysła gwiazda Laverne Cox, transpłciowej aktorki i aktywistki, która w serialu wciela się w Sophię.
Dziś już wiemy, że czekają nas kolejne sezony, które Netflix zamówił. Można się zatem pokusić o myśl, że
może dlatego twórczynie serialu zdecydowały się na eksperyment w postaci sezonu, którego akcja dzieje się w trzy dni. Jak wyszło? Moim zdaniem ciekawie, chociaż czuło się, że 13 odcinków to jednak trochę za dużo. Przypuszczam jednak, że wśród naszych czytelniczek znajdą się i takie, które uznają, że to zdecydowanie za mało.
Przypomnijmy co wydarzyło się pod koniec czwartego sezonu
(UWAGA NA SPOILERY Z POPRZEDNICH SEZONÓW): po śmierci Poussey w Litchfield zaczyna się bunt, a twórczynie serialu zostawiły nas z Dayą mierzącą z pistoletu do Humphreya. Już w pierwszych odcinkach dowiemy się, jak sytuacja się zakończyła. W Litchfield wybuchają zamieszki, a akcja pędzi, niczym dziewczęta po więziennych korytarzach. Obserwujemy poszczególne bohaterki, dowiadując się, jak one odnajdują się w nowej sytuacji i wobec buntu. Nie zapominajmy o najważniejszym: sprawiedliwości, której Taystee (w piątym sezonie błyszczy najbardziej) domaga się w związku ze śmiercią Poussey.
Ale obok sprawiedliwości chodzi też przecież o godność, szacunek, człowieczeństwo. W rozmowie z "Independent" Taylor Schilling, czyli serialowa Piper mówiła, że sezon kręcony był w trakcie amerykańskiej kampanii wyborczej, która często była na planie tematem rozmów. "To niemożliwe, by oddzielić serial od kontekstu, w którym był tworzony" - dodawała aktorka i nie da się ukryć, że w piątym sezonie to czuć chyba najbardziej.
Jak zwykle w OITNB nie brakuje charakterystycznego absurdu i humoru, który rozładowuje cięższe momenty. Ostrzegam jednak, że trzeba przygotować się na niezłą emocjonalną jazdę, zwłaszcza pod koniec sezonu. Coś jednak czuję, że będą Panie zadowolone. Bo czyż nie dlatego tak kochamy OITNB?
Bardzo chciałabym zespoilerować więcej, ale myślę, że po prostu warto spędzić tych trzynaście godzin w Litchfield.
I potem koniecznie dać nam znać, jak Wam się podobało.Premiera 5. sezonu "Orange is the new black" 9 czerwca na Netfliksie.
(md)
Spróbuj może na iitv.pl.