"Bez względu na to jakie rozstrzygnięcie zapadnie, to ja myślę sobie, że i tak wygraliśmy wszyscy" - mówi w rozmowie z nami dr Jakub Urbanik. W środę poznamy wynik rozprawy dra Urbanika, któremu polscy urzędnicy nie wydali zaświadczenia o możliwości zawarcia ślubu za granicą.
Przypomnijmy, że to nie pierwszy taki przypadek w naszym kraju: w Europejskim Trybunale Praw Człowieka jest już
skarga Tomasza Szypuły na polskie urzędy stanu cywilnego, które nie chciały wydać mu potrzebnego do małżeństwa za granicą zaświadczenia. Podobna sytuacja spotkała dra Urbanika, który z prof. José Luisem Alonso Rodriguezem jest w związku od 11 lat.
Prawnik zaskarżył urzędników, powołujących się na konstytucyjną zasadę ochrony małżeństwa i rodziny jako związku kobiety z mężczyzną. Sprawa znalazła się w Sądzie Okręgowym - dr Urbanik wskazuje na uchybienia Sądu Rejonowego i chce, by sąd drugiej instancji zadał Trybunałowi Sprawiedliwości UE tzw. pytanie prejudycjalne: związane ze stosowaniem prawa unijnego, w tym przypadku o swobodnym przepływie osób.
W środę poznamy wynik rozprawy.Jak Pana oczekiwania, przewidywania co do środowego wyroku?Dr Jakub Urbanik: Ja oczywiście oczekuję rozstrzygnięcia dla siebie pozytywnego, czyli negatywnego dla Urzędu Stanu Cywilnego – po to też poszedłem do sądu. Przy czym ta sprawa jest dla mnie interesująca nie tylko dlatego, że jest moją własną sprawą, ale też interesuje mnie naukowo: jestem prawnikiem, którego interesują sposoby sankcjonowania przez państwo związków ludzi i cała ta sprawa jest doświadczeniem naukowym. Jest też drugi poziom, mój osobisty, czyli przede wszystkim potrzeba zawarcia związku: dobrze by było mieć chociaż częściową ochronę prawa hiszpańskiego. Jesteśmy ze sobą na tyle długo, że wynikają z tego różne konsekwencje i powikłania. Myślę sobie również, że jestem uprzywilejowany, bo doświadczam w życiu mniej homofobii niż spora część naszej społeczności. Nie grozi nam duża fala homofobii po naszym publicznym wystąpieniu, więc jest też nam dużo łatwiej niż ludziom, którzy mogą się obawiać reakcji w swoim środowisku, rodzinie, pracy. Obaj jesteśmy prawnikami, więc jest to nasz obowiązek.
Dlaczego zdecydował się Pan na drogę sądową?Jeżeli ktokolwiek sądzi, że prawo wobec niego lub jej jest nienależnie stosowane to powinien, choćby to miało nikłe szanse powodzenia, iść do sądu i próbować to zmieniać. Jeżeli tego nie spróbujemy, to troszeczkę sami będziemy sobie winni. Dlatego idę do sądu: by po pierwsze sprawdzić, czy sąd da się przekonać do racjonalnej argumentacji, która jest w dużej części zasługą mojego adwokata, dra Pawła Marcisza. Mnie ona całkowicie przekonuje na poziomach interpretacyjnym i perswazyjnym: dlatego myślę sobie, że gdyby ta sprawa była zupełnie wyprana z ideologii, to argumenty jednak powinny racjonalnie sąd przekonać.
Jeżeli jednak się nie uda przekonać sądu?Nie porzucam nadziei i myślę pozytywnie: sąd odroczył wydanie postanowienia, to znaczy dał sobie wtedy czas na namysł i mam nadzieję, że podejdzie bardziej rzeczowo do naszych argumentów niż sąd pierwszej instancji, który po pięciominutowym namyśle powtórzył argumenty urzędu. Jeśli jednak tak się nie stanie to wyczerpanie krajowej drogi sądowej, otwiera nam możliwości wystąpienia do sądów ponadnarodowych: przede wszystkim Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Co taka sprawa może zmienić w sytuacji ludzi LGBT, a przede wszystkim par jednopłciowych?Prawo polskie nie jest prawem precedensowym, ale na pewno decyzja sądu wyższej instancji, jaką jest sąd apelacyjny, ma silnie perswazyjny charakter nie tylko dla sądów niższej instancji, ale, może przede wszystkim, dla urzędów. Liczy się efekt symboliczny: ułatwi może urzędnikom w przyszłości podejmowanie decyzji o wydawaniu tych zaświadczeń jeszcze na poziomie urzędu.
Ja generalnie mam emocjonalnie pozytywne wrażenia z całej tej sprawy. Byłem kiedyś w radiu z Tomkiem Szypułą, który opowiadał o swojej historii i mówił, że to była droga przez mękę: wydawanie, niewydawanie zaświadczenia i kolejne instancje sądowe. Moje doświadczenia są raczej dobre: spotykałem się w miarę dużą życzliwością urzędników i sędziów. Wiem, że argument „bardzo byśmy chcieli panu pomóc, ale nie możemy bo blokuje nas konstytucja” jest absurdalnym argumentem, ale na poziomie emocjonalnej komunikacji był ważny. Jeżeli zatem sąd drugiej instancji wyda pozytywną decyzję, to dla takich urzędników, którym te sprawy nie są obojętne, to będzie silny argument. I doda im odwagi.
Wspominał Pan o wsparciu, którego doświadczył, czy także z zewnątrz?Bez względu na to jakie rozstrzygnięcie zapadnie, to ja myślę sobie, że i tak wygraliśmy wszyscy. Od momentu upublicznienia naszej sprawy spotkałem się z ogromną falą życzliwości, zwłaszcza od osób, od których bym się w ogóle nie spodziewał: np. moich byłych studentów, czy osób, które w ogóle nie powinny być zainteresowane. Tydzień temu chodziłem po kampusie i nie tylko otrzymałem masę wiadomości, ale zaczepiali mnie ludzie, by mi pogratulować i podkreślić, że to jest także dla nich ważna sprawa – rozumieją to jako wykonywanie praw obywatelskich, respektowanie praw człowieka, coś, co jest ważne dla całej społeczności, nie tylko par jednopłciowych. Po pierwszej rozprawie moja była studentka rzuciła się mi na szyję, wyściskała mnie i powiedziała, że ona i jej znajomi, którzy chodzili do mnie na zajęcia są strasznie dumni. Ja to traktuję jako wyraz uznania nie dla mnie, ale dla sprawy.
Sprawa naszego małżeństwa jest nie tylko naszą sprawą, ale papierkiem lakmusowym, które pokazuje co społeczność, społeczeństwo uznaje za standard praw człowieka. Bez względu więc na środowy wynik chciałbym tak bardzo optymistycznie podkreślić, że szum, który wokół naszej sprawy powstał przyniesie raczej pozytywne skutki niż negatywne.
Dlaczego warto egzekwować swoje prawa, nagłaśniać podobne sprawy?Nie chciałbym nigdy nikogo oceniać i narzucać standardów postępowania, które sam stosuję. „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” – mówiąc banalnym cytatem z Szymborskiej. Ja sam nie wiem, jakbym się zachował na miejscu osób, które np. doznają homofobii. Obserwując jednak ludzi wokół mnie, nie tylko ujawnione, które często spuszczają uszy po sobie, gdy doświadczają homofobii, mam refleksję, że postawa podniesionego czoła jest chyba korzystniejsza. Często akty homofobii wynikają z przekonania drugiej strony o bezkarności, o przyzwoleniu kulturowym, społecznym na takie działania. Jeżeli spotykają się ze zdecydowaną reakcją drugiej strony, a jeszcze chętniej reakcją, tak jak w moim przypadku, wspartą przez środowisko, to pole dla tych aktów będzie maleć, będą się ograniczać do postawy anonimowych bluzgów w Internecie. Jeden z dawnych profesorów mojego wydziału, uznawany za współojca socjologii prawa, Leon Petrażycki, mówił o emancypacji kobiet, że to taka kwestia, która nie podlega żadnej dyskusji, a z osobami, które temu procesowi zaprzeczają, nie należy w ogóle rozmawiać, tylko należy je wychowywać. Działo się to jeszcze długo przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Myślę sobie, że tak samo jest z emancypacją osób w jakikolwiek sposób odmiennych, w tym o odmiennej orientacji seksualnej. Dzisiaj kobiety są równouprawnione, małżeństwa międzyrasowe są normalnością, powoli ludzie coraz bardziej się przyzwyczajają też do formalizowania związków osób tej samej płci. Ale dzieje się tak tylko dzięki kolejnym sprawom sądowym, aktywistom i aktywistkom, działaczom i działaczkom, którzy swoim działaniem wychowywali otoczenie, przyzwyczajali. To ma kapitalne znaczenie, zwłaszcza przyzwyczajanie reszty: że różniąc się od innych ludzi, zasługujemy na szacunek.
Jakub Urbanik jest jednym z bohaterów powstającego filmu dokumentalnego o równości małżeńskiej w Polsce, "Artykułu osiemnastego".
#ART18 na QUEER.PL
No tak, ale zapewne doktor Urbanik nie chciał robić tego na opak, bo o tym wiedział, tylko chciał to zrobić legalnie, nie wstydząc się swojej orientacji ani sytuacji :)
mam nadzieje, ze szybko skieruje sprawe do trybunalu UE i trzymam kciki