Relacja z koncertu Tegan i Sary
Tegan i Sara kazały Polsce czekać na siebie niemal 15 długich lat. W tym czasie bliźniaczki z Kanady zdążyły objechać świat, wydać siedem albumów i stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych queerowych zespołów oraz swoistą potęgą kanadyjskiej muzycznej alternatywy. Mimo niewątpliwych sukcesów i rosnącej liczby fanek oraz fanów wciąż omijały Polskę. Jednak dzień spotkania sióstr Quin z polską publicznością w końcu nadszedł – 2 listopada w warszawskim Palladium.
- Weronika F. Justyńska -
Wieczór rozpoczął się występem debiutantki o pseudonimie SOAK. Niepozorna siedemnastolatka stanęła na scenie uzbrojona jedynie w gitarę akustyczną. "To soak" oznacza po angielsku "wsiąkać, przesiąkać" – i tak właśnie działa muzyka młodziutkiej Birdie Monds-Watson. Otworzyła usta i... niespodziewanie zaczarowała nas urzekającym, hipnotyzującym głosem, którego barwa przywodziła na myśl skandynawskie gwiazdy takie jak Fever Ray czy Lykke Li. Support wręcz idealnie dopasowany do Tegan i Sary – zresztą również z głosami sióstr Quin można skojarzyć wokal młodej Irlandki. Ośmielana oklaskami wykonała set składający się z klimatycznych, przyjemnych dla ucha piosenek. Mam nadzieję, że o SOAK jeszcze usłyszymy – zwłaszcza, że już teraz zasila szeregi utalentowanych artystów spod znaku LGBTQ.
Wreszcie, chwilę po 21, doczekaliśmy się – na scenę wyszły siostry Quin, witane ogłuszającymi oklaskami, piskami, krzykami. Przemknęło mi przez głowę: one wiedzą, jak bardzo ich wyczekiwaliśmy, są świadome wartości, jaką jest dla nas ich pierwszy występ w Polsce. Po nastrojowym, refleksyjnym supporcie nagle zrobiło się głośno i dziko: dziewczyny zaczęły od "Drove me wild" z najnowszej płyty. Już pierwszy kawałek okazał się petardą, która zamieniła widownię w falującą, tryskającą energią, kolorową masę. Następny singlowy "Goodbye, goodbye" podtrzymał efekt dyskoteki. Z publiczności w nieskrępowany sposób zdawała się wyzwalać euforia i radość gromadzona przez wszystkie lata oczekiwania na polski koncert zespołu. Również po Tegan i Sarze było widać wszystkie emocje, co zresztą jest ich znakiem rozpoznawczym, a na początku koncertu szczególnie uwidoczniło się w gitarowym "The Con".
Przy "Back in your head" wokalistki po raz pierwszy oddały głos widowni, która sama odtworzyła refren piosenki. Następną bombą energetyczną dla publiki okazało się "I couldn't be your friend" z ostatniej płyty, po którym przyszedł czas na pierwszą wolną, nastrojową piosenkę. "Now I'm all messed up" to kilka minut, podczas których scena tonęła w czerwonych światłach – choć mając w pamięci teledysk do utworu wypełniony barwnymi akwarelowymi plamami, można by spodziewać się raczej iluminacji we wszystkich kolorach tęczy.
Nadszedł czas na kilka starszych utworów – "Sentimental tune", "Where does the good go" oraz niezwykle emocjonalny "Nineteen", który chyba można nazwać sztandarowym dla T&S wyciskaczem łez. I właśnie przy tej piosence po raz pierwszy przemówiła Tegan. "Owszem, to smutny kawałek, ale ja nie mam najmniejszego zamiaru być smutna dziś wieczorem!" - zapewniła.
Siostry Quin, jak można się było spodziewać, doskonale uzupełniały się na scenie. Nie było między nimi rywalizacji - ani starań o dominację, a jedynie perfekcyjne porozumienie co do podziału ról przy poszczególnych piosenkach. Zresztą ta siostrzana komunikacja to siła duetu, bez której na pewno Tegan i Sara nie przetrwałyby kilkunastu lat w zespole. I tak "Alligator" opatrzony był instrumentalnym wstępem Sary, a Tegan towarzyszyła jej w trakcie całego utworu na grzechotkach. Aż samo nasuwało się na myśl – dlaczego nie występują przy tej piosence w niedźwiedzich strojach z teledysku? Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Potem "Like O, like H", a następnie "Shock to your system": pulsujący rytm, znów psychodeliczne światła, które przez cały wieczór były subtelnym, ale znaczącym elementem sceny.
"Czas przedstawić zespół" – zapowiedziała pod koniec podstawowej części koncertu Sara. Mówiąc "zespół", miała na myśli czterech panów, którzy stanowili nie tyle tło, ile kontrast dla kobiecej podstawy grupy. "Oto nasz perkusista..." Każdą wymienianą osobę witały pod sceną nie tylko oklaski, ale też głośne tupanie. Dziewczyny były pozytywnie zaskoczone. "Wow, jesteście lepsi niż Niemcy!" - wymsknęło się żartem Sarze. "Chyba nigdy wcześniej nie doświadczyłyśmy tego rodzaju reakcji!"
Jeszcze tylko "Feel it in my bones", czyli nieco zmieniona na potrzeby koncertu wersja duetu z DJ Tiesto, potem przebojowy "Closer", podczas którego zaobserwować można było efekt, widywany zwykle w wyreżyserowanych starannie teledyskach – cały tłum dosłownie falował. A potem pożegnanie przed przerwą – bo oczywiście bis musiał nastąpić.
Dziewczyny wyszły ponownie na scenę, aby przed wykonaniem "Call it off" zrobić to, na co chyba większość z nas czekała: powiedzieć kilka słów wsparcia dla społeczności LGBT. Nie był to żaden polityczny manifest, ani odniesienie do sytuacji w Polsce, czego pewnie niektórzy oczekiwali, jednak otrzymaliśmy równie cenne, a przy tym serdeczne słowa wsparcia: "Jesteście piękni, nie poddawajcie się". Na zakończenie było dynamiczne "Hop a plane" i nieco folkowy "Living room".
A potem Tegan i Sara zeszły ze sceny, pozostawiając niedosyt (zabrakło jednego z moich ulubionych utworów, czyli "Northshore"), ale i obietnicę powrotu.
Trzymamy za słowo!
Gwałci uszy. ;c
Nie, wyobraź sobie, że cały koncert zatykaliśmy uszy.
Gwałci uszy. ;c
Niestety tak.
a dlaczego niestety?
Niestety tak.