W maju krakowskie Kino Pod Baranami piąty doroczny festiwal filmów LGBT, Miłość między innymi, otworzyło filmem wyprodukowanym w krajach byłej Jugosławii. Zaś w miniony czwartek festiwal kina bałkańskiego zamknął dumnie film z wiodącym wątkiem gejowskim. Jak widać, bałkańskie kinematografie nie unikają problematyki mniejszości seksualnych. Go West Ahmeda Imamoviča to bośniacka opowieść o krwawej wojnie z początku lat 90. Obraz zaskakujący i nieoczywisty.
Dwóch gejów mieszkających w Sarajewie, Kenan i Milan, próbują uciec przed tężejącym zagrożeniem wojny domowej na wieś, do serbskiej rodziny Milana, by stamtąd przedostać się za zachodnia granicę i rozpocząć nowe życie w spokojnej Holandii. Kenan jest Bośniakiem i muzułmaninem. Jako obrzezany mężczyzna jest w szczególnym niebezpieczeństwie; bojówki serbskie bezlitośnie mordują muzułmanów w ramach zarządzonych przez armię czystek etnicznych. Milan wpada na pomysł ratowania kochanka przebraniem: odtąd Kenan podróżuje w stroju kobiety w charakterze narzeczonej Milana; jego delikatna uroda pozwala mu na to, by pozostać nierozpoznanym. W rodzinnym domu Milana sprawy się komplikują, ponieważ samotny ojciec wraz z przyjaciółmi ze wsi postanawia wyprawić synowi i jego „narzeczonej” tradycyjne, prawosławne wesele. Rozpoczyna się gra pozorów, gra tożsamości, etnicznych, religijnych, seksualnych. Wszystko prowadzi nieuchronnie do tragedii.
Zastanawiające, że właśnie w kraju byłej Jugosławii, gdzie obecnie skrajna prawica sprawuje rząd dusz, powstają filmy odważnie konfrontujące widza z tematem homoseksualności. W Polsce ta tematyka ciągle ujmowana jest, o ile w ogóle już gdzieś się pojawi, w nawias eufemistycznej nieśmiałości. Imamovič, z pochodzenia Bośniak, muzułmanin, zupełnie nie wydaje się skrępowany obraną problematyką i swoją gorzką opowieść snuje pewną ręką, nie obawiając się widza zaszokować.
Film Imamovič zadedykował dwóm osobom: swojemu ojcu oraz wielkiemu mistrzowi włoskiego kina, Sergio Leone. Tego drugiego uważa zapewne za swojego duchowego, czy też może „artystycznego” ojca. Go West miało być nie tylko dramatyczną historią z czasów wojny bałkańskiej, ale także hołdem dla niego. Bośniacki reżyser całą opowieść stylizuje na dawne dzieła Leone, które najwidoczniej podbiły jego wyobraźnię. Westernowa estetyka i wojna w byłej Jugosławii? Pomysł ryzykowny, ale zrealizowany zaskakująco konsekwentnie.
Podrabianie stylu Sergia Leone wychodzi Imamovičowi tak dobrze, że udaje mu się szczęśliwie przekroczyć granice zwyczajnego epigoństwa. Mamy tu scenerię piaszczystych, rdzawych wzgórz południa Serbii, przypominającą pejzaże Dawno temu w Ameryce czy Za garść dolarów; mamy gospodę przywodzącą na myśl westernowy saloon; mamy galerię postaci wyjętych wprost z westernu (stary pijak o złotym sercu, szlachetna dziwka, nawiedzony wiejski kaznodzieja); wreszcie muzykę, starającą się naśladować dostojne nuty Ennio Morricone. Wszystko składa się na fabułę utrzymaną w zasadzie w całości w pastiszowym tonie. Taka formuła z reguły budzi dystans, ale w tym przypadku pastisz wcale nie pozostawia nas jako widzów obojętnymi. Magia westernu? …przepraszam – raczej easternu? Może to urok kina Leone, autora którego styl był najbardziej pretensjonalny spośród wszystkich wielkich filmowców XX wieku, a który mimo to, a może dzięki temu, potrafił tchnąć w swoje opowieści prawdziwie epickiego ducha. Imamović nie może się z nim równać, ale też nie przegrywa jako reżyser; Go West okazuje się filmem bardzo intensywnym i wielowymiarowym.
Zróżnicowanie etniczne, religijne jest przekleństwem Bałkanów; brak poszanowania dla odmienności powszechną zasadą funkcjonowania armii, zasadą na, której oparta jest bestialska polityka zniszczenia, prowadząca do eksterminacji. Zapożyczone u Leone chwyty narracyjne jeszcze intensyfikują ten przekaz. Mimo cytatów estetycznych, Go West pozostaje filmem bardzo bałkańskim, przez wielu widzów pewnie uznanym za hermetyczny. Dawna gwiazda francuskiego kina, Jeanne Moreau, która w filmie gra epizodyczną rolę dziennikarki, przeprowadzającej wywiad z Kenanem, staje się ucieleśnieniem cywilizowanej, zachodniej Europy, która nigdy nie będzie w stanie zrozumieć specyfiki problemów jugosłowiańskich uchodźców i stać ją będzie jedynie na pełne współczucia, zgrozy i zarazem pożałowania spojrzenie. W finale filmu tylko sztuka będzie miała moc kojącą. Imamovič wierzy w jej siłę i podkreśla to wkładając w usta swojemu bohaterowi słowa Trockiego o tym, że prawdziwa sztuka zawsze wygra z polityką i zawsze pozostanie od niej wolna.
Filmowy miszmasz, który zaproponował Ahmed Imamovič, nie jest lekkostrawną pożywką dla kinomana, który oczekuje klasycznej opowieści z brutalną wojną w tle. Poziom absurdu, groteski wydaje się tutaj zbyt wysoki, dla wielu niestrawny. Ale taka już specyfika bałkańskiego charakteru. Rubaszny humor staje się narzędziem obrony przed koszmarem wojny. Chyba nigdzie indziej na świecie filmowcy nie potrafią tak zręcznie podszywać szczerego komizmu autentycznym, przejmującym tragizmem. Można się zżymać na to, że pastisz nie jest odpowiednią konwencją do opowiadania o krwawej wojnie, ale czy jednocześnie nie jest artystyczną formą kapitulacji przed tematem, którego tak naprawdę żaden fabularny gatunek nie udźwignie?
Przemysław Pełka