„Seks jest przyjemny, a przyjemność jest dobra” powtarzają w swojej książce puszczalskie autorki. W zasadzie trudno się z nimi nie zgodzić.Propozycja „kochanie, może otworzymy nasz związek” często oznacza dla gejów i lesbijek, że partner(ka) ich nie kocha. Easton i Hardy pokazują, że jest wręcz odwrotnie – że partnerzy ufają nam na tyle, że są w stanie podzielić się takim pomysłem, a dodatkowo, że są wobec nas szerzy i nie chcą nas zdradzać na boku, tylko otwarcie mówią o swoich potrzebach i pomysłach. To dopiero dowód miłości!
W podtytule „Puszczalskich z zasadami” czytamy „Praktyczny przewodnik dla miłośników poliamorii, otwartych związków i innych przygód”. Wszystko, co obiecują, znajduje potem odzwierciedlenie w treści książki. Dodać należy, że książki ważnej, bo odważnej – pierwszej chyba w Polsce, skierowanej do masowego odbiorcy, mówiącej tak wprost o sprawach związanych z życiem w relacjach niemonogamicznych.
W mówieniu przeszkadza językSłowo „puszczalscy” (w oryginale: „slut”) jest dla autorek ważne. Chcą je od-czarować, zabrać jego negatywne znaczenie i w ten sposób nazywać siebie i swoich bliskich. Bo „puszczać się” to w zasadzie tyle, co nie być w monogamicznej relacji. A to właśnie styl życia Easton i Hardy. Nie jest to jednak bezmyślny promiskuityzm, spanie z kim popadnie, ranienie innych ludzi. Tym właśnie puszczalscy z zasadami różnią się od puszczalskich. Uprawianie seksu z wieloma osobami nie jest dla nich sportem, udowadnianiem swojej wartości czy atrakcyjności. Zdecydowanie się od tego odcinają. Puszczalscy z zasadami to osoby, które dbają o swoich partnerów, czasem nawiązują z nimi bardzo długie, bardzo trwałe relacje, nie porzucając zarazem sypiania z wieloma osobami (naraz albo kolejno). Celem książki jest też rozpoczęcie odzyskiwania tego słowa. Niczym angielskie „queer”, które – początkowo obraźliwe – stało się dziś elementem sformułowania „queer pride” (duma dziwadeł/pedałów), tak i puszczalscy („slut”) stać ma się słowem bez negatywnej proweniencji. Jak autorki próbują to osiągnąć?
Zacznijmy od samego słowa poliamoria. Poli – wiele, amor – miłość, poliamoria oznacza więc „wielo-miłość”. Relacje poliamoryczne, to wszystkie te, które nie mieszczą się w definicji monogamicznego związku. Dotyczą tak osób heteroseksualnych, jak i niehetero. O tym właśnie jest ta książka – o tym, czym jak wyglądają takie relacje i dlaczego mogą być przyjemne. Autorki, same żyjące od dziesiątek lat w tego typu relacjach, dzielą się doświadczeniami swoimi i swoich znajomych. Posypują wszystko typowym dla terapii małżeństw/związków językiem i zalewają sosem poszanowania wszystkich dla każdego. Mieszanka wychodzi im całkiem strawna.
Poradnikowo ale sensownieAle! Musi być „ale”. Autorki piszą w amerykańskim stylu. Cała książka jest „praktycznym przewodnikiem”, a więc typowym dla literatury USA poradnikiem, w którym nie mogło zabraknąć głupawych czasem ćwiczeń („napisz list do swojej zazdrości”) i który jest przeszywany zdaniami typu: „Nie obiecujemy ci, że na pewno się uda, ale masz pewność, że nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz”. Z jednej strony język ten może powodować, że książka rzeczywiście trafi do właściwego odbiorcy – zainteresowanego poradnikowym charakterem publikacji, ale z drugiej – odstrasza wielu swoją pozorną infantylnością.
Jeśli jednak pominąć kwestie irytującego czasem języka poradnikowego, „Puszczalscy…” jest bardzo wartościowym dziełem. Autorki powoli, dokładnie, systematycznie i bez skrępowania rozwalają wszystkie dogmaty, które przyjmujemy w procesie socjalizacji jako „oczywiste” i „niepodważalne”. Czasem odwołują się do zjawisk związanych bezpośrednio ze środowiskami LGBT, ale same uciekają od ujmowania się w ramy orientacji seksualnej (choć ostatecznie jedna z nich nazywa się chyba lesbijką, a druga – kobietą-gejem). Mówią jednak o mechanizmach, które powodują, że na samą myśl o „związkach wieloosobowych” część z nas wzdryga się z obrzydzeniem. Jeśli prześledzić uważnie ich tok rozumowania – widać od razu, że małymi kroczkami, bez odnoszenia się do wielkich narracji, mówią o tym, co wstrzymuje ludzi przed poliamorią. Zarazem jednak zwracają uwagę, że już w obyczajowo konserwatywnych latach 50. XX wieku amerykańskie badania pokazywały, że tylko połowa heteroseksualnych małżeństw żyła w naprawdę monogamicznych relacjach. Że prawda leży daleko – poza wyimaginowanym, wyidealizowanym obrazkiem uroczej pary z dwójką dzieci na przedmieściach.
To prawda o nasW całej książce wyraźny jest liberalny wydźwięk postmodernistycznego „bądźmy sobą po swojemu”. Autorki zachęcają, by nie krępować się barierami, jakie narzuca nam (pop)kultura i żyć swoim życiem, nie bacząc na oceny innych osób. Granicą jest dla nich niekrzywdzenie osób trzecich. Dopóki jej nie przekraczamy, wszystko jest dozwolone.
Przy całej swojej „swobodzie tożsamościowej”, nie udaje się im niestety uniknąć esencjalizowania. „Kobiety zazwyczaj…”, „geje charakteryzują się tym…”, „lesbijki mają w zwyczaju…” Chcą namówić nas na uciekanie od szufladek tożsamościowych, zarazem używając ich dość swobodnie co rusz w swojej książce. I choć ostatecznie wydźwięk wszystkich wypowiedzi wspiera swobodę decydowania o sobie i nieszufladkowania, to można by jednak oczekiwać, że Easton i Hardy nie popełnią tak banalnych błędów i nie będą używać pojęć, które w innym miejscu odrzucają (zwłaszcza, że polskie tłumaczenie powstało na podstawie drugiego wydania książki – poprawionego i poszerzonego).
Siłą książki są przykłady. Nie poznajemy co prawda wszystkich bohaterek i bohaterów z imienia i nazwiska, ale historie opowiadane w książce wydają się być autentyczne. Pozwalają nam jakoś odnieść to wszystko do rzeczywistych relacji i układów. Są po prostu życiowe. Stąd też nie brakuje i tych, które kończą się źle: rozpadem relacji, tworzeniem toksycznych związków czy problemem z nierozwiązanym konfliktem. Autorki wyciągają także i z tych historii coś pozytywnego – uczą co można zrobić, by takich sytuacji unikać, by nie dać się w nie wplątać.
Cała książka – jak na amerykański poradnik przystało – unosi się w (auto)terapeutycznej mgiełce. Zrozumienie siebie, uzdrawiająca moc rozmowy, negocjowanie relacji, komunikowanie swoich emocji – to trudne, ale dziś i powszechne standardy mówienia o tym, jak żyć w średnioklasowym społeczeństwie. „Puszczalscy…” nienachalnie operuje językiem psychologiczno-terapeutycznym i dzięki temu zyskuje dużo bardziej uniwersalny charakter aniżeli miałaby, gdyby była to po prostu książka z historiami osób rozwiązłych.
Zostańmy poli?To ważna książka, bo porusza temat w zasadzie nieobecny w polskojęzycznej literaturze. To ważna książka, bo dodająca odwagi tym, którzy próbują odnaleźć się w poliamorycznych związkach. I wreszcie: to ważna książka, bo pokazująca jak tworzą się normy, które ograniczają nasze życie, nie tylko seksualne. Wydaje się, że także tradycyjne, monogamiczne pary odnajdą w niej wiele wskazówek ważnych dla bliskich relacji. Autorki poświęcają dużo uwagi komunikowaniu, ustalaniu reguł i indywidualizowaniu związków, które tworzymy. Ich celem nie jest bowiem narzucenie czytelnikowi autorskiego punktu widzenia – nie oczekują, że po lekturze wszyscy staniemy się poliamorystami. Książka ma raczej pokazać, że wolność, jaką mamy w kształtowaniu naszych relacji międzyludzkich jest olbrzymia i może prowadzić także do stworzenia nietypowych, niedwuosobowych połączeń. Wszystko opiera się jednak na szacunku, zaufaniu i ustalaniu zasad, jakimi rządzić się będą utworzone relacje. Konsensus, zrozumienie i ciągłe renegocjowanie wypracowanych już granic są podstawą tego, jak rozsądnie, racjonalnie i przy minimalizacji szansy na porażkę, tworzyć związek.
Nie bez znaczenia jest emancypacyjny charakter wydawnictwa. Książka nie dość, że ma być sygnałem do tworzenia się społeczności poliamorycznych (a one, wierzcie, w Polsce też już istnieją), które będą walczyć o akceptację i zaistnienie w przestrzeni publicznej, ale zarazem jest też podręcznikiem samoemancypacji, poszukiwania siebie, swoich preferencji i swojej wolności. I chyba dlatego warto ją przeczytać.
„Puszczalscy z zasadami”Dossie Easton, Janet W. Hardy
Wydawnictwo Czarna Owca, 2012
Jej Perfekcyjność – osoba trans, socjolożka, medioznawca, doktoranta w Zakładzie Socjologii Kultury Instytutu Socjologii UW, działacz Samorządu Studentów UW, bloggerka, dziennikarz. Więcej na
facebook.com/JejPerfekcyjnosc
Znam wiele lesbijek i gejów, którzy mają w sobie brak tolerancji dla osob poliamorycznych i są przeciwko dla związków wieloosobowych. Mówią na nich puszczalscy - bez zasad, lub organizatorzy i uczestnicy biseksualnych orgietek (wiele razy to słyszałam).
To coś podobnego do sprzeciwu osób hetero dla związków jednopłciowych oraz ich braku tolerancji wobec lesbijek i gejów.
Pewien mądry ksiądz powiedział, że z aborcją jest jak z alkoholem - to, że jest dostępny, nie znaczy że trzeba się nim upijać. Każdy żyje po swojemu i wg swoich zasad. Artykuł ani mi się podoba, ani nie podoba. Nie wyobrażam sobie jednak spać z innym chłopakiem, gdy mam swojego. Po prostu. Wychodzę z założenia, że im lepszy związek i dłuższy, im partnerzy lepiej się znają, tym lepszy seks mogą w nim mieć. Pod warunkiem, że naprawdę się kochają. Wystarczy otwartość na potrzeby drugiej strony. Ale otwartość polegająca nie na tym: "lubisz skóry to spotkaj się ze skórzakiem", ale: "lubisz skóry, to dla odmiany sprawię ci taką przyjemność, mimo że za tym nie przepadam".
a widocznie temat artykułu wzbudza kontrowersje :)
warto przedstawiać swoje poglądy :)
Mysle ze takie wymienianie pogladow jest nawet budujace.
Jak widać, tak.
Mysle ze takie wymienianie pogladow jest nawet budujace.
My prowadzimy ciekawe dyskusje, jak sie komus nie podoba to przeciez nie musi sledzic i czytac...
Mysle ze takie wymienianie pogladow jest nawet budujace.