Oto przed państwem Berek Marcina Szczygielskiego. Perfekcyjnie został tu zrealizowany romansowy schemat. Zazwyczaj jest bowiem tak, że na drodze życiowej romansowej bohaterki staje dwóch mężczyzn. Jeden fascynujący, tajemniczy i jeżdżący na harleyu, a drugi nieco ciapowaty, nieinteresujący i noszący niemodną koszulę w kratę. Bohaterka popełnia błąd angażując się emocjonalnie w tego pierwszego, ale koniec końców przychodzi po rozum do głowy i zrozumie, że kochała zawsze tego drugiego...
- Błażej Warkocki-
Kiedy swego czasu przeglądałem recenzje książek potencjalnie homoseksualnych z lat 90. XX wieku, nadzwyczaj często pojawiał się tam pewien motyw. Recenzent mianowicie konstatował ze zrozumieniem, że homoseksualny bohater tak interesująco cierpi, tak fascynująco wadzi się z Bogiem, tak spektakularnie spada na społeczne dno, tak głęboko przeżywa sztukę, tak neurotycznie nienawidzi siebie...
Oczywiście nie wszystko na raz, pewne wybory się wykluczają, ale recenzent wszystkie je przyjmował ze zrozumieniem. I gdzieś na końcu, po tym zrozumieniu, padało, wypowiadane z ulgą: na szczęście to nie jest gejowski harlekin. Nie do końca rozumiałem w czym problem. Heteroseksualnych harlekinów są tysiące i świat stoi na swoim miejscu. Nie wspominając o tym, że nasz wirtualny recenzent bał się czegoś, czego w polskiej literaturze jako żywo nie było.
Ale teraz już jest. Oto przed państwem Berek Marcina Szczygielskiego. Harlekin jak się patrzy. Perfekcyjnie został tu zrealizowany romansowy schemat. Zazwyczaj jest bowiem tak, że na drodze życiowej romansowej bohaterki staje dwóch mężczyzn. Jeden fascynujący, tajemniczy i jeżdżący na harleyu, a drugi nieco ciapowaty, nieinteresujący i noszący niemodną koszulę w kratę. Bohaterka popełnia błąd angażując się emocjonalnie w tego pierwszego, ale koniec końców przychodzi po rozum do głowy i zrozumie, że kochała zawsze tego drugiego, który jest prawdziwym oparciem, no i niezłym kandydatem na męża.
W Berku jest tak samo. Paweł, główny bohater, jest nieszczęśliwy, nic nie może go wyleczyć z "codziennej depresji, braku miłości opresji" (jak pisze Dorota Masłowska w Pawiu królowej, skądinąd najlepszej opowieści gejowskiej ostatnich lat). Mimo że chłopak i młody, i przystojny, i bogaty, i w ogóle fajowy. W roli kochanka ekscytującego acz nierokującego występuje bohater zbiorowy: różni przygodni kolesie poznawani w klubach, z którymi znajomość nigdy nie trwa dłużej niż do śniadania nazajutrz. Bohater ów jest nie tylko ekscytujący, ale wręcz demoniczny, bo w jednym ze swych wcieleń zarazi naszego Pawła wirusem HIV.
Ale spokojnie, wszystko będzie ok, bo już na pierwszych stronach pojawia się Mężczyzna Właściwy. Oczywiście bohater nie od razu rozpoznaje, że to właśnie Mr. Perfect, ale czytelnik nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie można się pomylić. Jak przystało na Mężczyznę Właściwego - postawny, pierś kosmata, no i porządny fach w ręku (czyli albo prawnik, albo lekarz, tu akurat lekarz). Miłość nie może jednak zatriumfować tak od razu, bijąca po oczach głupota Pawła nie pozwoli mu na zauważenie prawdziwych wartości. Na szczęście miłość sprzyja zakochanym i całym wszechświat, pasjonująca ilość przypadków oraz terapeutka łamiąca etykę zawodową zrobią wszystko, by zakochanych połączyć.
I tu dzieje się coś zastanawiającego, co jednak mieści się w schemacie harlekinowym. Otóż prawdziwa miłość wyklucza seks (nie wiem dlaczego, może już tak jest urządzony świat). Szczegółowe opisy seksualnych zbliżeń z początkowej części książki (z mężczyznami fascynującymi acz niewłaściwymi) nie znajdą swego odpowiednika gdy Mężczyzna Właściwy zagości w sercu i łóżku Pawła. Zamiast soft porno czytelnikowi zaoferowany zostanie opis - nie, nie kolacji przy świecach, lecz śniadania na tarasie. To zapewne taki symbol tego, że próba pierwszego śniadania, ostatecznie zakończyła się pomyślnie.
Miłość jednak uzdrawia nie tylko Pawła, lecz również jego głównego wroga, panią Annę, wielbicielkę moherowej garderoby. Skądinąd trudno nie zauważyć, że to wróg nazbyt łatwo skonstruowany, zbyt oczywisty, gazetowy. Gdyby rzeczonym "wrogiem" była porządna mieszczańska rodzina heteroseksualna, która nawet toleruje, zwłaszcza że jest nowoczesna i pracuje w telewizji, no ale jednak jakoś nie przepada za promocją homoseksualizmu - o ileż wszystko by się pokomplikowało.
Ale pokomplikować się nie może, bo jesteśmy w harlekinie. Tu rządzi miłość, która ogarnia wszystko i wszystkich, sprowadzi na właściwą drogę, rozwiąże wszelkie problemy, unieważni wszelkie konflikty. Tak dalece, że jedna z bohaterek zacznie wręcz dosłownie fruwać na skrzydłach miłości, by móc docelowo pojednać się z matką. Będzie happy end. Świat stanie się dobry, piękny, sensowny i ciepły.
Berek, jak słyszę, znajduje odbiorców, sprzedaje się świetnie. Nie mam nic przeciwko. Wszystkim zauroczonym czytelnikom i czytelniczkom polecam jednak pod rozwagę - jak na zatroskanego recenzenta przystało - myśl Ann Snitow: "Świat, w którym harlekiny mogą jawić się jako ciepłe, jest doprawdy zimnym miejscem".
Marcin Szczygielski, Berek, wydawnictwo
Latarnik
w której profilu jest napisane:
"muzyka, której najchętniej słucham to progresywny rock, alternatywa, punk, metal i gotyk, reggae i ska.
Nie lubię klasyfikacji gatunkowej, szufladkowania..."
trochę agresywny jest Twój wpis - taki bojowniczo-amazoński.
Tekst jest zabawny i z tego co widzę po innych komentarzach, raczej zachęca do kupna książki.
Książkę z chęcią bym przeczytał. :)
Nie żebym "Berka" uważała za dzieło wybitne, ale jest to książka niezła, warta przeczytania, a to co autor tej pseudo-recenzji zrobił, zakrawa na kpinę. A więc - autorowi mocherowy beret na głowę i wstyd do kieszeni.
...ale
Perfidną strategią marketingową jest groteska i kontrowersja...
...taka sama kicha jak dogma i kod davinci
Czego to ludzie nie wrobią dla rozgłosu
A kunsztem literackim to równy banał jak Grochola