W gdańskim sądzie rejonowym rozpoczął się proces radnej Prawa i Sprawiedliwości, Anny Kołakowskiej, która w zeszłym roku na 20 minut zablokowała wraz z rodziną pierwszy trójmiejski Marsz Równości. "Manifestanci nieśli na banerze hasło "jesteśmy rodziną". Ale oni nie są rodziną. To my jesteśmy rodziną. Rodzina usiadła na ulicy i zablokowała ich marsz. Broniliśmy zapisu konstytucji, który mówi, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny" - mówiła Kołakowska w sądzie.
Pod koniec maja zeszłego roku
ulicami Gdańska przeszedł pierwszy Marsz Równości. Wydarzenie, w którym udział wzięło ok. 1500 osób, nie obyło się jednak bez incydentu: w okolicach dworca PKP Marsz Równości został na 20 minut zablokowany przez przeciwników - w tym radną Prawa i Sprawiedliwości, Annę Kołakowską wraz z mężem, synem i córką. Policja siłą usunęła protestujących, cztery osoby zatrzymano.
Na Kołakowską nałożono grzywnę za zakłócenie legalnej manifestacji, radna się jednak odwołała i w czwartek ruszył proces, który cieszył się dużym zainteresowaniem, zwłaszcza przeciwników Marszu Równości.
W trakcie procesu zarówno Kołakowska, jak i jej mąż przywołali fragmenty książek LGBT i queerowych manifestów, by udowodnić, że geje i lesbijki chcą zniszczenia "normalnej rodziny".
Dlaczego zdecydowali się zablokować marsz? "Manifestanci nieśli na banerze hasło "jesteśmy rodziną". Ale oni nie są rodziną. To my jesteśmy rodziną. Rodzina usiadła na ulicy i zablokowała ich marsz. Broniliśmy zapisu konstytucji, który mówi, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny" - podkreślała Kołakowska, a jej mąż dodawał: "Chcieliśmy postawić tamę dla tezy, że homoseksualizm jest taką samą normą, jak heteroseksualizm, bo zabrania się nam mówić tego, że homoseksualizm jest perwersją. Jako katolik miałem obowiązek zareagować widząc cudzy grzech, bo pozostając obojętnym, byłbym współwinnym" - cytuje rodzinę serwis trojmiasto.pl.
Co ciekawe,
radna tłumaczyła też, że na jezdni usiadła... z powodu szoku, albowiem w tłumie zobaczyła swojego byłego kolegę ze studiów, który dziś jest Kingą. Blokowanie marszu było też dla niej "katolickim obowiązkiem", albowiem "rodzina to my a nie ci dewianci".
Kolejna rozprawa w maju.
(red)
"Jako katolik miałem obowiązek zareagować widząc cudzy grzech, bo pozostając obojętnym, byłbym współwinnym" śmiechłam, a gdy kogoś tłuką w kącie to każdy głowę odwraca w drugą stronę...