i co wynika z tego dla gejów?
700 głosów może przeważyć: Al Gore czy George Bush. Kto przez następne 4 lata będzie lokatorem Białego Domu i najpotężniejszym politykiem świata? Bush był już tak blisko. O 8.15 naszego czasu obwieszczono jego zwycięstwo. Teraz znów jest wszystko otwarte.
IS nie zamierza komentować ani powtarzać faktów politycznych. Znacie je z relacji radiowych i telewizyjnych. To, co nas interesuje to ewentualne skutki wyboru pierwszego lub drugiego kandydata na sytuację społeczności gejowskiej w Ameryce, a pośrednio też w innych, tzw. "cywilizowanych" krajach.
Amerykańscy geje mają ciągle jeszcze nadzieję, że do Białego Domu wprowadzi się Al Gore - demokrata. Jest on bowiem spadkobiercą skromnych co prawda, ale istotnych sukcesów administracji prezydenta Clintona, obliczonej na stopniową liberalizację najbardziej dokuczliwych i dyskryminujących osoby o odmiennej orientacji seksualnej przepisów prawa, zachowań i tradycji. Natomiast Bush, wywodzący się z arcykonserwatywnego Teksasu, podczas kampanii wyborczej manifestował wyraźną niechęć do gejów.
Powiedzieć też trzeba, że problematyka gejowska nigdy nie była tak obecna w przedwyborczych debatach politycznych i publicystyce jak obecnie - podobnie zresztą jak w Polsce. Najwidoczniej, coś pękło, odwieczne tabu zużyło się. Homoseksualizm stał się problemem otwarcie dyskutowanym. To dobrze, to bardzo dobrze! Tym bardziej, że w sytuacji, gdy przy tak silnej polaryzacji nastrojów społecznych, jak widzimy to teraz w USA, wygranie wyborów na urząd prezydenta zależy od kilkuset głosów w jedną lub w drugą stronę. Liczy się każdy głos, każdy wyborca, niechby nawet był... przeklętym pedałem!
Obaj kandydaci nie obiecywali gejom wiele. Obaj odrzucają małżeństwa gejowskie. Bush otwarcie zapowiedział, że w jego administracji żaden otwarty i zadeklarowany gej nie będzie tolerowany. Odmówił uwzględnienia orientacji seksualnej jako kryterium oceny w nowej "Ustawie o Zwalczaniu Nienawiści". Nie chciał spotkać się z przedstawicielami gejowskich organizacji (choć przyjął ich w ostatniej chwili, kiedy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami). "Jesteśmy wszyscy dziećmi Bożymi" - powiedział po tym spotkaniu, dodając, że "stał się lepszym człowiekiem".
Al Gore przez cały okres swej kampanii wyborczej starał się okazywać gejom sympatię. Zapowiedział, że wniesie do Kongresu ustawę zwalczającą dyskryminację gejów i lesbijki w miejscu pracy.
Kto wygra? Dowiemy się niebawem!
Jan Saven
Jakikolwiek będzie wynik tych wyborów (a mam na myśli wybory prezydenckie), nie wydaje mi się, aby miało to jakiś drastycznie duży wpływ na sytuację gejów w USA. Jak widać po naprędce zorganizowanym spotkaniu Busha ze środowiskiem gejów i jego oświadczeniu, że "wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi", polityka Białego Domu kształtowana będzie raczej przez doraźne korzyści polityczne, a nie nadrzędne wytyczne światopoglądowe. Nie zapominajmy również o Kongresie, który może tak blokować, jak i wnosić swoje własne inicjatywy ustawodawcze. Warto zauważyć, iż fakt prawie że patowej sytuacji w obu izbach amerykańskiego Kongresu ma dla gejów znacznie większe znaczenie, niż sam fakt wyboru republikańskiego prezydenta. Dwie prezydenckie kadencje demokratycznego Billa Clintona nieznacznie tylko polepszyły sytuację amerykańskich gejów i lesbijek.
Reasumując, bardziej obawiam się ekscesów zdominowanego przez republikanów Kongresu, niż li tylko wyboru Busha juniora na gospodarza Białego Domu. W tej sytuacji rzeczywiście demokratyczny prezydent stanowiłby pewien hamulec dla potencjalnych anty-gejowskich, republikańskich inicjatyw.