Kinga i Klaudia są ze sobą od 8 lat – wspólne mieszkanie, wspólne wychowywanie dwóch przygarniętych kotów i kulawej suczki Tośki. Wspólne spłacanie kredytu, który Klaudia wzięła na samochód, rzecz jasna również wspólny. Wymieniać można jeszcze długo, dziewczyny czują się rodziną – chociaż jak same mówią: „nieco nienormatywną, ale jednak równie silną w miłość”. Mimo to rodzice nie akceptują ich związku. Przez 8 lat nigdy nie odczuli też potrzeby wzajemnego poznania się. Kiedy mama Kingi przedstawia sąsiadkom partnerkę swojej córki, mówi „a to Klaudia, koleżanka Kingi”.
Maciek i Andrzej są parą od 4 lat. Niedawno wspólnie kupili mieszkanie. Kiedy rozmawiamy na Skype Andrzej pokazuje białe ściany pokoju: „Tutaj będziemy mieć pokój do pracy. Chcemy oddzielić pracę od relaksu i odpoczynku. Tam będą regały na materiały Maćka, a w tym rogu postawimy mój stół kreślarski”. Andrzej jest architektem ogrodów, rok temu zaprojektował część relaksacyjną ogrodu działkowego rodziców Maćka. Jak sam mówi „Normalnie musieliby zapłacić za to sporą sumę, ale zrobiłem to za darmo. Wiadomo, to w końcu rodzice mojego partnera” – kiedy jednak wraz z Maćkiem Andrzej został zaproszony na imprezę, na której prezentowana była działka, usłyszał: „To Andrzej wszystko zrobił, zdolny jest. Fajnie, że Maciek ma takiego przyjaciela. Może kiedyś i Maćkowi coś zaprojektujesz, jak przyjdzie czas na ślub i dzieci?”
Starasz się wzbudzić sympatię w rodzicach Maćka?Myślę, że to normalne. Maciek to mój partner i chciałbym mieć normalne relacje z jego rodziną. Ale to fakt – staram się wzbudzić ich sympatię w sposób zdecydowanie większy, niż to robi np. mąż Maćka siostry. On się nawet szczególnie nie stara, wystarczy, że jest, że to facet
i ma spokój.
W jaki sposób starasz się ją wzbudzić?W sierpniu na ich rocznicę wykupiliśmy im z Maćkiem wycieczkę do Paryża. Pojechali na tydzień, mieli pokój z widokiem na wieżę Eiffla. Paryż to było marzenie matki Maćka.
Rozumiem, że waszego związku nie akceptują, ale z wycieczki skorzystali?Tak. Pojechali, narobili masę zdjęć, wrócili zadowoleni. Siostra Maćka z mężem kupiła
im zastawę obiadową, a zarabiają dużo więcej niż my. Mimo to ich związek jest dla rodziców Maćka czymś wspaniałym, nasz natomiast jest zwykłą znajomością dwojga przyjaciół.
Wasze rodziny się nie znają?Nie. Nie czują potrzeby wzajemnego kontaktu i nie poczują jej, skoro uznają nas za dwójkę kumpli mieszkających w jednym mieszkaniu.
A dalsza rodzina? Wiedzą, że mieszkacie razem?Tylko ze strony Maćka rodziny, u mnie wiedzą o nas tylko rodzice. Rodzina Maćka myśli,
że mieszkamy razem, bo dziś mieszkania kosztują i to efekt oszczędności. Myślą, że jak każdy
z nas pozna wreszcie jakąś kobietę to mieszkanie sprzedamy, podzielimy kasę i każdy pójdzie w swoją stronę.
Nie wyprowadzacie ich z błędu?Widzisz, to jest tak, że możesz albo się wkurwić i to wszystko rzucić, albo godzisz się
na to za cenę jako takiego spokoju. Bo człowiek chce mieć mimo wszystko ten kontakt z rodziną, jakikolwiek. Do moich rodziców jeździmy raz na dwa miesiące, do Maćka co miesiąc. Przywykliśmy, to jest taka bezsilność, że już nie chcesz tłumaczyć, już nie chcesz w pewnym momencie walczyć. Wiesz, że przyjechałeś raptem na głupie 2-3 dni, nie chcesz zaczynać wojny. Wolisz przesiedzieć w prowizorycznym klimacie spokoju i życzliwości. I tak za chwilę wrócisz do Warszawy, do swojego mieszkania, do swojej pracy i znajomych, wśród których duża część osób jest taka sama – to pary lesbijek i gejów. Mają swoje związki, pracę, swoje sprawy.
Gdybyście zaczęli wyprowadzanie z błędu nie skończyłoby się na 2-3 dniowym wyjeździe?Dokładnie. Ta dyskusja przeniosłaby się na telefonowanie, na rzucanie tekstami, że jego, czy moja matka jest zdruzgotana, na dzwonieniach i szantażowaniu płaczem, groźbach, itp. Upletliśmy sobie wszyscy takie gniazdko, w którym my nic nie mówimy, oni o nic nie pytają. Oni zwracają się do nas jak do dwójki przyjaciół, choć wiedzą, że okłamują sami siebie. My nie reagujemy, bo chcemy mieć święty spokój.
Zawsze tak było?Nie, nie zawsze. Na samym początku się kłóciliśmy, szarpaliśmy. Ja ze swoimi rodzicami, Maciek ze swoimi. On się wtedy akurat sprowadził do Warszawy, szukał pracy. Chcieli go wziąć
na zastraszenie. Gadanie „On się Tobą pobawi i zostawi, a Ty sam w tej Warszawie będziesz”. Tymczasem nic takiego się nie stało. Mamy ten komfort, że jesteśmy niezależni finansowo. Nie jesteśmy już nastolatkami, którzy przeprowadzili się do dużego miasta na studia i rodzice mogą ich zastraszyć odcięciem od źródełka. Ja pracuję i zarabiam bardzo dobrze, Maciek również. Utrzymujemy się sami z naszej ciężkiej pracy.
Wygląda, jak gdyby nie było więc żadnego problemu? Wy macie swoje życie, rodzice swoje, wy coś udajecie i oni również, ale generalnie możecie przy sobie oddychać…No właśnie nie. Chciałbym pojechać do Maćka i być traktowany jako jego partner. Żeby nie było, że znów Maciek z kolegą przyjechał, żeby jego ciotki mnie nie pytały o to, jak tam z dziewczynami, czy kogoś sobie znaleźliśmy.
Więc może jednak warto rozpocząć to wyprowadzanie z błędu?Próbowaliśmy, serio…
Może trzeba jeszcze?Myślę, że jesteśmy zmęczeni. W ostatecznym rachunku lepsza jest ta niekomfortowa, ale stabilna sytuacja. To smutne, ale tak jest. Może kiedyś nam te siły powrócą.
Będą mijać lata, a wy – czego wam oczywiście życzę – nadal będziecie mieszkać razem. Wtedy chyba trzeba będzie tych sił.Tak, w końcu na pewno ktoś z rodziny powie „Ok, to może już dosyć?”. Trzeba będzie coś odpowiedzieć. Póki co mamy względny spokój i 2-3 dniowe wizyty. Tyle wystarczy.
Zdjęcie na stronie głównej: Mike Licht, The Wedding Couple - Thayer-Miller-ML
Mike Licht, NotionsCapital.com
Szczęśliwie mam tolerancyjną matkę, która w zupełności uznałaby mojego chłopaka, jakbym jakiegoś miał, bo kiedyś miałem i problemu nie było wielkiego. Jednak i tak nie przechodzi jej przez gardło słowo chłopak/partner, tylko traktuje "przyjaciel" jako synonim. Z kolei gdybym miał takich rodziców jak opisanych w tym artykule i po latach nie zaakceptowaliby mojego chłopaka, to bym postępował inaczej. Mianowicie złośliwie bym robił to samo co każda zakochana para, czyli obściskiwanie się, okazjonalne siadanie na kolanach, buziaki itd. Na ich oczach. Ja wychodzę z założenia, że jeśli jestem już uniezależniony od rodziny to mogę spokojnie stosować taką taktykę. Jeśli zostanę wyklęty, to mogę się do nich już nie odzywać. Niektórzy ludzie mają to do siebie, że jeśli boją się o utratę przyjaciół, albo bardzo chcą z kimś utrzymywać kontakt, to unikają mówienia rzeczy, które tamta osoba może potraktować jako powód do zerwania znajomości. Ja wychodzę z założenia, że nie potrzebuję wokół siebie takich ludzi. Nie ważne kto to jest, nie zwrócę głowy za odchodzącą osobą, która zrobiła to z powodu takich rzeczy jak orientacja. Mogą odejść, niech najlepiej się nie pojawiają. Nigdy nie jest mi żal utraty takich "przyjaciół".
Rozumiem Cię doskonale bo mam podobną sytuację, jednak w tym roku już rodzice nie życzyli mi nikogo ("dziewczyny"), jedynie babcia bo wg niej "trudno jest żyć tak samemu..." - co ja doskonale wiem ;-) tyle że ja wolę chłopaka. Piszesz bardzo pewnie o tej niezależności, nie wiem czy zakładałeś kiedykolwiek inne scenariusze życia jakie może ono przynieść. Nie wiem jakich masz rodziców, ale moi mimo tego że nie akceptują mojej orientacji, to bardzo mi pomogli gdy 2 lata temu miałem poważny wypadek i potrzebowałem praktycznie codziennej pomocy. No chyba że masz tak oddanych i troskliwych przyjaciół. :-)
Szczęśliwie mam tolerancyjną matkę, która w zupełności uznałaby mojego chłopaka, jakbym jakiegoś miał, bo kiedyś miałem i problemu nie było wielkiego. Jednak i tak nie przechodzi jej przez gardło słowo chłopak/partner, tylko traktuje "przyjaciel" jako synonim. Z kolei gdybym miał takich rodziców jak opisanych w tym artykule i po latach nie zaakceptowaliby mojego chłopaka, to bym postępował inaczej. Mianowicie złośliwie bym robił to samo co każda zakochana para, czyli obściskiwanie się, okazjonalne siadanie na kolanach, buziaki itd. Na ich oczach. Ja wychodzę z założenia, że jeśli jestem już uniezależniony od rodziny to mogę spokojnie stosować taką taktykę. Jeśli zostanę wyklęty, to mogę się do nich już nie odzywać. Niektórzy ludzie mają to do siebie, że jeśli boją się o utratę przyjaciół, albo bardzo chcą z kimś utrzymywać kontakt, to unikają mówienia rzeczy, które tamta osoba może potraktować jako powód do zerwania znajomości. Ja wychodzę z założenia, że nie potrzebuję wokół siebie takich ludzi. Nie ważne kto to jest, nie zwrócę głowy za odchodzącą osobą, która zrobiła to z powodu takich rzeczy jak orientacja. Mogą odejść, niech najlepiej się nie pojawiają. Nigdy nie jest mi żal utraty takich "przyjaciół".
Z moich doswiadczen wynika, ze o akceptacje Krolowej Matki zabieganie nie ma sensu. Jak sie ktos uprze, by nas *przeczekac*, to moze z zacisnietymi zebami cale zycie odliczac dni z nadzieja na uplyniecie naszej kadencji. Osobiscie nigdy nie uwazalam zwiazkowego blogoslawienstwa rodzicow za cos niezbednego, od moich (i cudzych) rodzicow oczekuje tylko szacunku dla mnie i mojej drugiej polowki. Nie oczekuje, ze beda sie naszym zwiazkiem zachwycac, bo to nie oni maja w nim byc do konca zycia. Dlatego tez kiedy slysze o szalenczym zabieganiu o pseudoakceptacje, to widze nieodcieta pepowine.
chociaż mama czasem się mnie pyta co słychać u mojego kolegi, co ja po prostu uważam to za coś miłego :D w końcu mnie nie pyta kiedy sobie kogoś znajdę (domyślnie dziewczynę), co słyszę zawsze od babć i ciotek >.<
Pociągają mnie kobiety, ale emocjonalnie, a nie seksualnie. To bardzo proste.
nie było u nas i nie będzie przyzwolenia, by mówić o terapii reparatywnej... bardzo popularna metoda traktowania innych... te rodziny krzywdzą swoje dzieci-ni to je kochają-ni to je odrzucają... miłość warunkowa i totalna kontrola ze strony rodziny, społeczeństwa...
fajnie, że Kinga i Klaudia,Maciek i Andrzej walczą z przeciwnościami, jakie napotykają-u nas w Polsce...