Przyjęło się, że raz na jakiś czas - ostatnimi czasy nawet notorycznie - nagłówki gazet straszą polskie rodziny homoseksualną zarazą. Homoseksualne związki są zagrożeniem dla trwałości tejże „instytucji”. Tej tradycyjnej, w której jest tatuś, mamusia, dzieci i czasem jakiś Reksio. Apokalipsa nadejść ma wraz z wprowadzeniem związków partnerskich. Nastanie chaos, mężowie porzucą swe żony, a Reksio najprawdopodobniej zwinie się wraz z budą i dziecięcym lamentem zanosić się będą ściany wielu polskich domów. Tak właśnie to sobie wyobrażam. Nieco w krzywym zwierciadle,
bo taki też w dalszym ciągu pozostaje wróg, zagrażający polskim rodzinom.Podczas mszy inaugurującej Dzień Papieski abp Gocłowski powiedział, że
„Kształt cywilizacji, zwłaszcza europejskiej, jej tożsamości, jest zagrożony na skutek zakwestionowania istoty trwałego związku mężczyzny i kobiety - jakim jest rodzina”. Pomijam już fakt, że przy okazji Dnia Papieskiego wypadałoby jednak skupić się na Papieżu, nie na związkach homoseksualnych. W dalszym jednak ciągu, ani po czytaniu artykułów zapowiadających apokalipsę, ani po wypowiedzi abpa Gocławskiego, nie wiem jak konkretnie miałoby wyglądać to zagrożenie. W jaki sposób będzie się ono uskuteczniało? Czy heteroseksualny mężczyzna po rozmowie z mężczyzną homoseksualnym nagle stanie się gejem? Lub czy pani w spożywczaku, sprzedając mi bułki, narażona jest, przez kontakt
ze mną, na stanie się lesbijką? Pytanie więc, jak szybko miałyby pojawić się efekty zarazy. Czy wypicie piwa z lesbijką uczyni z kobiety heteroseksualnej lesbę, czy może potrzeba do tego całej beczki piwa? Może siła rażenia zależy od wagi i wysokości osoby homoseksualnej? Wreszcie czy zasięg homoseksualizmu ma przypuśćmy pięć metrów, czy metr? Wtedy można ustalić jak głośne dzwoneczki powinny nosić na szyjach osoby homoseksualne… Pytania te są tak absurdalne, jak absurdalny jest poziom zagrożenia, jakim straszy się ludzi. W natłoku tych informacji ciężko jest uchronić się przed fanatycznym strachem. Dla bezpieczeństwa, co ostrożniejszym radziłabym cofnąć się do czasów kiedy to pan Cejrowski witał się z Markiem Kotańskim w rękawiczkach, a następnie prowadził z nim rozmowę przez szybę, w obawie przed AIDS. Można oczywiście uznać, że wiedza o tej chorobie nie była wówczas na obecnym poziomie, ale postawa pana W. może być świetnym instruktażem co należy zrobić, gdy na drodze osoby heteroseksualnej stanie homoseksualista.
Mówi się, że największy jest strach przed tym, co nieznane. Jak widać jest to nadal aktualne. Wielkim echem niosła się ostatnio wieść o podpaleniu sztucznej tęczy na Pl. Zbawiciela w Warszawie. Osobiście trzymam się tego co powiedziała autorka tęczy - był to symbol pozytywnych emocji i wydarzeń takich jak Parada Równości, Euro 2012, a także święto Bożego Ciała. Gdy oznajmiłam
to na pewnym forum internetowym, uznano że gadanie o Bożym Ciele to tylko polityczna manipulacja. Zastępcza paplanina, mająca na celu zamknięcie buzi osobom, którym tęcza nie pasuje. Rozumiem, że w tym kraju pewne formy społecznej aktywności zarezerwowane są jedynie dla wybranych i przez to zwykła artystka nie powinna mówić, że jakaś tam tęcza może symbolizować również Boże Ciało. Gdyby ten sam symbol został zasponsorowany przez jakieś pobożne miłe staruszki, wtedy nie byłoby mowy o tym,
że to jedynie przykrywka dla homoseksualnej propagandy, a co najwyżej niedoinformowanie.
W końcu to starsze kobiety, skąd mogą wiedzieć, że większość ludzi ten symbol kojarzy… No właśnie, i tu pojawia się kolejny zarzut, wycelowany w tęczę: gdy poinformowałam o symbolice religijnej, jaką ma w sobie tęcza, moja rozmówczyni, na wspomnianym już forum, stwierdziła
„I owszem to jest symbol przymierza Noego z Bogiem, ale mało kto o tym wie i większość odbierze to jako odnoszące się do ruchów LGBT„. Jest to dla mnie najsmutniejszy fragment całej naszej rozmowy i piszę
to całkowicie szczerze. Oto żyjemy bowiem w kraju, w którym ponoć 90 proc. społeczeństwa to katolicy. Owszem można nie znać dat synodów, można nie być asem z teologii, jakąś jednak wiedzę fajnie byłoby posiadać. Czy znajomość symboliki religijnej jest zbyt dużym wymaganiem? Byłoby miło, gdyby na widok symbolu Ichthys (ryba) nie pytać
„A Ty co, głodny jesteś?”, tak samo tęcza powinna wywoływać jakieś zastanowienie.
Również miejsce, które wybrano do wybudowania tęczy, wywołuje kontrowersje. Plac Zbawiciela stał się więc, w oczach niektórych, niczym niezdobyta twierdza. Ciekawa jestem, czy nie powinno się wprowadzić tam zakazu ruchu dla ateistów. A co z homoseksualistami, którzy są wierzący,
np. ze mną? Proponuję przymknąć jedno oko na sprawę, z racji „jako takiej wiary” (bo przecież homoś to tylko połowiczny katolik) i pozwolić nam na fruwanie metr nad chodnikiem. Interpretacja artystyczna zawsze pozostaje interpretacją artystyczną, niezależnie czy się z nią zgadzamy. Mnie samą wiele dzieł gdzieś „moralnie uwiera”, cóż jednak począć. Z tej jednak prostej przyczyny autorka może uznać, że tęcza symbolizuje Paradę, Euro 2012, Boże Ciało, a nawet jest interpretacją radosnej twórczości naszego rządu. Tak się więc zastanawiam - tęcza na Pl. Zbawiciela to zło. A jak miałaby się tęcza np. w okolicach centralnej siedziby KPH w Warszawie? Mówić o tęczy, postawionej w takim miejscu, jako symbolu Bożego Ciała? To dopiero Sodoma…
Wiele osób uznaje nieszczęsną tęcze za prowokację. Słowa tak samo mocne, a przy okazji tak niesprecyzowane, jak wspomniane wcześniej nagłówki gazet. Drag queen na Paradzie Równości
to prowokacja, geje trzymający się za rękę to również prowokacja. To wszystko przecież ocieka seksem. Wobec tego postawiono tęczę, ot taką normalną. Bez pióropuszy i innych gadżetów. Jednak to również jest prowokacja. Sądzę więc, że wszystkie polskie dzieci, od momentu nabycia umiejętności rysowania, wraz ze swą pierwszą tęczą, która pojawia się nad domkiem z płotkiem, prowokują seksualnie. Co w takim razie dzieje się w ich domach, że tak ordynarne symbole pojawiają się w ich głowach? To nie może być zwykła tęcza, która ma jakoś rozweselić przechodniów w drodze do pracy. Nie może to być symbol pojednania. To prowokacja. Bardzo lubimy to słowo w naszym kraju.
Strach ma wielkie oczy i z tego właśnie powodu twierdzę, że każdej osobie homoseksualnej w Polsce należy się order z ziemniaka. Przecież wobec tak wielkiej propagandy heteroseksualizmu
(te wszechobecne obrączki, ten chłopczyk trzymający się z dziewczynkę za rączkę w parku,
ta dziewczyna zawieszona na szyi faceta. A reklamy? Tu dopiero propaganda ma pole do popisu. Mężczyzna jest bohaterem w domu - wkręcił żarówkę - kobieta go całuje i robi mu kanapkę z delmą,
a ketchup na serku układa się w serduszko). Dziwnym pozostaje, że jeszcze wszyscy się nie pozamienialiśmy w heteryków. Jeśli jednak ktoś nagle zaczął się obawiać - może sobie kupić rękawiczki…
Anna Bajroniczna - Miłośniczka starych filmów, jazzu i fotografii. Skryta kochanka Zdzisława Beksińskiego, marząca o wyjeździe do Indii.
Autorka
bloga, w którym pół żartem - pół serio ujmuje bieżące i minione sprawy z życia (nie tylko) LGBT.
Ten typ katolika jest najgorszy. Wole tych dogmatycznych katolikow, chociaz wierza w bajki ale ponosza konsekwencje jak lazenie do kosciola I stosowanie sie do ograniczen. A konformisci katoliccy sa tak samo glupi jak ci dogmatyczni, tylko z lenistwa udaja nowoczesnych.
Świat jest komiczny. Kiedyś czytałem, że w Wielkiej Brytanii badano poglądy obywateli. Okazało się, że 15% ludzi deklarujących się jako ateiści... wierzy w życie po śmierci. To jest dopiero zjeść ciastko i mieć ciastko! Ale idzie to w drugą stronę, 10% ludzi wierzących w Boga, negowało życie po śmierci.
To oni mogą widzieć się nago?? ;p Ja myślałem, że pod kołderką, ze zgaszonym światłem chwile pobaraszkują, oczywiście w celu prokreacyjnym i koniec. Ale pisząc serio, Kościół ma bzika na punkcie seksualności. Czasami wchodzę na rozmawiamyowierze.pl gdzie można spaść z krzesła czytając tych ludzi. Pytają się o wszystko, czy seks francuski jest grzechem? dlaczego założenie prezerwatywy jest niemoralne?
A to jest bardzo ciekawe, Bóg który stworzył cały wszechświat, miliardy gwiazd i planet interesuje się czy Tomek z Lublina przed seksem zakłada prezerwatywę, a John i Ann z Nowego Jorku uprawiają seks oralny. Cóż za wścibskie bóstwo!
Też narzekam na brak edycji komentarzy! Powinni coś z tym zrobić.
"Oczywiście w praktyce mało która para czeka do ślubu z uprawianiem ślubu" Ten błąd pozytywnie o Tobie świadczy. Najczęściej ludzie popełniają takie błędy w drugą stronę. Przynajmniej nikt Ci nie powie, że głodnemu chleb na myśli ;D
http://www.youtube.com/watch?v=VfnRPOj33oM
Jeżeli faktycznie tak jest, to chwała im za to. Ślepe podążanie za ideologią (w tym przypadku religią), bez zwracania uwagi na okoliczności, jest złe.
Zresztą Benedykt XVI też kilka lat temu w wywiadzie stwierdził, że "mogą występować pojedyncze usprawiedliwione przypadki jej [prezerwatywy] użycia"; chodziło o kwestię prostytucji i możliwości zarażenia się HIV/AIDS (papież nazwał to "mniejszym złem"). Oczywiście, kiedy wszyscy sądzili, że Kościół wreszcie oprzytomniał i zdał sobie sprawę z tego, w jakim świecie żyjemy, szybko nadeszły głosy z Watykanu, że to wcale nie zmienia stosunku Kościoła do korzystania z antykoncepcji. :/
Mało kto zdaje sobie też sprawę z tego, że wg Kościoła stosowanie antykoncepcji, w tym również prezerwatyw, to również grzech. Jan Paweł II był/jest zresztą przez wielu krytykowany za to, że anty-antykoncepcyjna propaganda w krajach Trzeciego Świata prowadzona przez chrześcijańskich misjonarzy przyczyniła się do wzrostu zachorowań na AIDS oraz do wzrostu urodzeń dzieci (które, biorąc pod uwagę warunki tam panujące, szybko umierały).
a prawda jest taka, że w wielu krajach afrykańskich misjonarze/lokalni księża rozdają ludziom prezerwatywy kupowane za kościelne środki - przy poparciu swoich przełożonych (biskupów miejsca - bo zdaje się, ze żaden episkopat jako całość nie odważył się oficjalnie wypowiedzieć się na ten temat i nie zgodzić się z papieżem). tak więc czy nie jest to relatywizm głoszonych wartości? nie oceniam tutaj poglądów, zwracam jedynie uwagę na rozbieżność między głoszonym magisterium a jego wykonaniem. ale to nie wyjątek - w wielu kwestiach to norma.
Mało kto zdaje sobie też sprawę z tego, że wg Kościoła stosowanie antykoncepcji, w tym również prezerwatyw, to również grzech. Jan Paweł II był/jest zresztą przez wielu krytykowany za to, że anty-antykoncepcyjna propaganda w krajach Trzeciego Świata prowadzona przez chrześcijańskich misjonarzy przyczyniła się do wzrostu zachorowań na AIDS oraz do wzrostu urodzeń dzieci (które, biorąc pod uwagę warunki tam panujące, szybko umierały).
Jeżeli bierzemy pod uwagę przestrzeganie zasad i nakazów Kościoła, to sytuacja tu w ogóle przedstawia się ciekawie. Teoretycznie bowiem prawdziwy katolik powinien w 100% słuchać się hierarchów kościoła w sprawach natury moralno-egzystencjonalnej. W rzeczywistości jak jest, każdy wie. Kolega ostatnio mi opowiadał, jak to na naukach przedmałżeńskich ksiądz opowiadał im o specjalnym znaczeniu nocy poślubnej, gdyż jest to moment, w którym mąż i żona stają przed sobą i widza się po raz pierwszy nago. ;) Oczywiście w praktyce mało która para czeka do ślubu z uprawianiem ślubu. O mieszkaniu razem (na co Kościół też patrzy krzywo) już nawet nie wspomnę. Mało kto też wie, że wg Kościoła stosowanie antykoncepcji, w tym również prezerwatyw (za co mocno krytykowany był Jan Paweł II, gdy
Kiedyś natrafiłem na artykuł o sytuacji Kościoła w Polsce (artykuł pochodzi z 2007 roku): http://dziedzictwo.ekai.pl/text.show?id=4501
W tekście poruszona jest kwestia selektywności wiary, m.in. stosunku właśnie do przedmałżeńskiego seksu, antykoncepcji, rozwodów, aborcji itp. Najbardziej jednak rozbawił mnie ten fragment:
Jaki jest sens uznawania się za katolika, jeżeli nie wierzy się w aspekty będące tak naprawdę podstawą religii (niebo, zmartwychwstanie i życie wieczne - wg religii chrześcijańskiej to jest przecież ostateczny cel egzystencji człowieka); o paradoksie, jakim jest to, że co najmniej 1% ludzi uważających się za katolików nie wierzy w Boga, to już nawet nie wspomnę :P
Oczywiście chodziło mi o regularne uczestnictwo we Mszy, ale co do sakramentów to nie tylko miałem na myśli cykliczne jedzenie opłatków czy mówienie swoich grzechów to pana w czarnej spódniczce z zawieszonym na szyi fioletowym szalikiem. Chciałem tutaj wskazać, że katolikami są osoby które regularnie chodzą do kościoła i są posłuszni jego nakazom, skąd mogą korzystać z tych niebiańskich łask. Np. ludzie żyjący w konkubinacie - mogą chodzić nawet codziennie do tej świątyni, jednak zabronione jest im przystępowanie do sakramentów, dlatego, że łamią kościele prawa. Jednak przykład jest bliższy - może Ty.
Kościół stosuje ciekawe triki. Żeby mieć usprawiedliwienie do wtrącania się w sprawy Polski stwierdza, że 90% Polaków to katolicy. A po chwili, okazuje się, że tylko 10% to katolicy, bo tylko ta grupa ludzi spełnia całkowicie wymagania, a reszta wcale nie różni się od ateistów. Osoba która jest "wierząca niepraktykująca" jest na tym samym poziomie co ateista.
Dla mnie osobiście, ateista jest nieporównywalnie wyżej...
Nieprawda. 33% to o wiele za dużo. Już jakiś czas temu czytałem wyniki badań socjologicznych z których wynika, że regularnie do Kościoła chodzi i przyjmuje tzw. sakramenty tylko 10% naszych wspaniałych obywateli. Wg prawowitego nauczania Kościoła, tylko oni mogą nazwać się katolikami, a z tego wynika, że co do ateistów w Polsce możemy mówić - 8% większość.
Mówienie, że tylko osoby regularnie (domyślam się, że chodzi o cotygodniowe) przystępujące do Komunii mogą nazywać się katolikami to lekkie przekłamanie. Przykazania kościelne wyraźnie definiują minimum, jakie muszą spełnić wierni Kościoła Katolickiego; jest tam m.in. napisane, że wierni powinni przynajmniej raz do roku przystąpić do sakramentu spowiedzi oraz przynajmniej raz do roku (na Wielkanoc) do sakramentu Komunii Świętej. Regularnego przyjmowania Komunii nikt nie wymaga.
Nieprawda. 33% to o wiele za dużo. Już jakiś czas temu czytałem wyniki badań socjologicznych z których wynika, że regularnie do Kościoła chodzi i przyjmuje tzw. sakramenty tylko 10% naszych wspaniałych obywateli. Wg prawowitego nauczania Kościoła, tylko oni mogą nazwać się katolikami, a z tego wynika, że co do ateistów w Polsce możemy mówić - 8% większość.