Premiera "MDNA"
Madonna wraca w dobrym stylu. Znów wyprzedziła peleton muzyki pop. Album „MDNA” uwodzi świeżością, dynamiką, nowymi brzmieniami i szczerością tekstów
Swoje 30 sekund ma tu znów Nicki Minaj, która kończy słowami There’s only one queen and that’s Madonna. Bitch! (Jest tylko jedna królowa i jest nią Madonna. Dziwka!). Ten dziwaczny kawałek kończy epickie outro rodem z jakiegoś powalonego „Jeziora łabędziego”, którego łabędzie dostały głupawki.
I’m a sinner (8 na 10)
Jestem grzesznicą i tak jest dobrze – śpiewa Madonna głosikiem małej dziewczynki. Pobrzmiewają tu i hinduskie klimaty, i melodyjki a la chrześcijańskie kolędy. Wszystko podlane hipisowskim sosem z wymienianiem świętych na koniec (nie zabrakło gejowskiej ikony, czyli św. Sebastiana).
Love spent (8 na 10)
Banjo we współczesnym numerze tanecznym? Tak. Brzmi na miejscu i cool. „Love spent” to jedna z tych piosenek, które pokazują, że pop też czasem może być sztuką.
Masterpiece (6 na 10)
Ascetyczna aranżacja i piękna, romantyczna kompozycja z latynoskim posmakiem. Nagrodzona Złotym Globem piosenka pochodzi z filmu „W.E.” w reżyserii Madonny.
Falling Free (9 na 10)
Okazuje się, że nie trzeba mieć głosu Mariah Carey ani Celine Dion, by zaśpiewać mocną balladę. „Falling Free”, numer, który wraz z Madonną napisał Joe Henry („The devil wouldn’t recognize you” z poprzedniej płyty) to idealne zakończenie płyty.
Ale w wersji deluxe na drugim dysku mamy jeszcze parę kawałków:
Beautiful Killer (8 na 10)
(tylko dla fanów madonny)
http://youtu.be/33Mdct_-LHs
Już od pierwszej chwili było wiadomo jaka będzie ta płyta. Madonna porzuciła Warner Bros, który sprawował pieczę nad jej karierą od samego debiutu w 1983r. na rzecz kontraktu z Interscope. Dlaczego? Zwyczajnie zaproponowali jej więcej pieniędzy i możliwość zrobienia jeszcze większego światowego tourne niż "Sticky & Sweet Tour". A że Madge jest świetną businesswoman, o czym wiedzą wszyscy, na atrakcyjne warunki przystała nie krząkając nosem i zabrała się do roboty.
Jeszcze przed pojawieniem się "MDNA" wiele o przyszłym albumie mówiły nazwiska osób, które brały udział w jego produkcji. Poczciwy staruszek William Orbit, Benny Benassi, PRZEOKROPNY Martin Solveig i Demolition Crew. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły - to może być klubowa petarda, być może nawiązanie do "Ray of Light" za sprawą Orbita, lub bliżej "Confessions on a dancefloor" dzięki reszcie składu. Jednak trzeba na to spojrzeć właśnie z tej biznesowej strony, tak jak zrobiła to Madonna.
Prawda jest taka, że od "Like A Prayer" Madonna w swojej ojczyźnie w Ameryce jest skończona. Skompromitowała się tam wydając "Eroticę", a potem próbowała wkupić się w łaski rodaków wydając "Bedtime Stories", a w 2008r. bezpłciowy "Hard Candy" - oczekiwanego skutku brak. Za to współpraca z Williamem Orbitem w 1998r. zaowocowała naprawdę dobrym, elektronicznym albumem "Ray of Light", który z powrotem wniósł Madonnę na szczyty popularności w Europie. Potem było "Music", "Confessions..." i jakoś sobie nasza babunia radziła na Starym Kontynencie. Współpraca z Williamem Orbitem i resztą europejskich Dj'ów to właściwie ROZPACZLIWE POSZUKIWANIA NOWEGO RYNKU, który już dawno utraciła w Stanach. Trzeba powiedzieć, ze efekt owej strategi niestety jest mizerny.
Osobiście uważam "MDNA" za album jeszcze gorszy niż "Hard Candy". To już samo w sobie mówi wiele o jego słabości. Nie ma na nim praktycznie nic za co moglibyśmy na nowo pokochać Madonnę (jej słynne reinwencje). Madge po prostu wyłożyła swój diabelski plan podboju serc młodych słuchaczy i zadzwoniła po oklepanych, grających w każdym klubowym radiu producentów. Niestety nie do końca zdała sobie sprawę, że mocny beat, który miał się okazać jej zwycięskim marszem, wraz z włączeniem tej płyty na odtwarzaczu przeistacza się w tępe otumanione dudnienie pozbawione sensu i jakiejkolwiek chwytliwej melodii. Wszędzie panuje rozgardiasz i wyjątkowo nachalna próba odmłodzenia się i zyskania sympatii. Tak jakby Baba Jaga kusiła małe dzieci cukierkami, które jak się rozwinie z błyszczącego sreberka, nie mają smaku lub nadają się do wyplucia (Ach, ten podstępny marketing).
O złe momenty na tym albumie naprawdę nie jest trudno. Kiczowaty "Girls Gone Wild" i jego teledysk ocierający się o tanią promocję homoseksualizmu, trio z Nicki Minaj i M.I.A - ZGROZO!, "Turn Up The Radio z przeklętym Martinem Solveig'iem... W ogóle cały ten album tak naprawdę zniszczyły utwory z tym bezguściem, pozbawionym smaku francuskim kmiotem, który jest autorem nudnego i pozbawionego emocji "Hello" z Dragonette. Niestety utworów z jego udziałem jest... prawie połowa! Za to numery klubowe, w wykonaniu Orbita i Benassiego mają, ale co z tego, skoro niewykorzystany potencjał. "Gang Bang"... chyba jedyny popis kreatywności "artystki". Piosenka może i ciekawa, ale jednak ten tępy łomot i prymitywne wiejskie basiwo potrafi skutecznie odstraszyć, gratuluję! Na uwagę zasługują za to ostanie piosenki na płycie, te spokojniejsze, balladowe. "Love Spent" rzekomo wyrażające żal do Guy'a Ritchiego, ale dosyć lekko i swobodnie brzmiące, rozkręcające się pod koniec. Zaraz po nim, nie do końca takie cacuszko "Masterpiece", monotonne jak cholera, ale dosyć miły i zdaje się szczery tekst i wreszcie jedyny dobrze skomponowany utwór - "Falling Free". Chyba jedyny dobry dlatego, że w całości napisany przez Madonnę i Orbita. Ocierająca się o ambient, spokojna ballada, przy której naprawdę można odnieść wrażenie swobodnego spadania we własnych uczuciach. Owe kawałki są dobre, ale bez większego szału. W sumie są dobre w porównaniu do reszty chłodno wykalkulowanych hitów.
KRÓTKO MÓWIĄC: Madonna pomimo posiadania wpływów w światowym szołbizie nagrała "Ot kolejny album". Światowe tourne zorganizowane, bileciki za grubą kasę na zapewne równie grube show są już do nabycia, machina promocji po "Superbowl" ruszyła. Królowa, która od około... 20 lat nie nagrała nic wartościowego ruszyła na kolejne sceniczne podboje. Wiek emerytalny jest przedłużany na całym świecie, więc staruszka musi albo popracować dłużej lub wydajniej. Wybrała opcje drugą, "MDNA" i zaciera rączki przed koncertami. Nowa wytwórnia również.
DLA WSZYSTKICH, KTÓRYM PODOBA SIĘ "MDNA" - i tak wam się szybko znudzi.
POZDRAWIAM!
Następny obrońca Madonny widzę, aż dziw ze żaden z obrońców Gagi się tu jeszcze nie wypowiedział :)